Kultura

„Odnaleźć siebie” rozmowa z Maciejem Tuorą

Trzeba odnaleźć własny styl a nie kopiować innych – mówi Maciej Tuora. Autor „Małej Schizofrenii”, były student dziennikarstwa i komunikacji społecznej na UMCSie. Współorganizator warsztatów w Domu Słów.

Patryk Pytlak: Na początek chciałbym zapytać o twoją książkę, którą nazwałeś „Mała Schizofrenia”. Skąd taki tytuł?

Maciej Tuora: Zawsze próbuję robić tak, że kiedy książka jest w pewnym momencie fabularnym, czy jest skończona, to dopiero wtedy staram ugryźć tytuł. Ten tytuł był adekwatny do tego, co działo się w moim życiu osobiście i w samej historii książki.

P.P.: W ogóle skąd pomysł na taką książkę?

M.T.: Z wielu powodów. Jednym było poszukiwanie czegoś, co mógłbym napisać, jak również  wielka inspiracja Charlesem Bukowskim. A drugi powód to po prostu wydarzenia, które w tamtym momencie mnie otaczały. Próba poradzenia sobie z pewnymi rzeczami, pewnymi problemami. Przeanalizowania ich w inny sposób. Taki rodzaj autoterapii.

P.P.: Czyli ta książka w dużym stopniu odwołuje się do twojego życia?

M.T.: Sama książka zaczęła się od krótkiego opowiadania, które potem przerabiałem. Dochodziły kolejne strony. I, zamiast opowiadania, wyszła, że tak powiem nowelka. Jak dużo jest w niej z mojego życia? Jest mi strasznie ciężko powiedzieć. Na pewno są w niej elementy, które zaczerpnąłem z rzeczywistości. Chociaż w moim stylu bardzo lubię ukrywać tę prawdę. Zakrywać się jakimiś kłamstwami. Trochę tę rzeczywistość naginać. Po to, żeby nie tworzyć świata, który jest, istnieje.

P.P.: Dużo osób mówi o twojej książce, że jest bardzo wulgarna. Przez co nie przypadła wielu osobom do gustu. Sam powiedziałeś, że powinna być ona dostępna dla osób +18. Zgadzasz się z tym?

M.T.: Teraz jeszcze bardziej się z tym zgadzam. Ta wulgarność wzięła się z inspiracji. Przede wszystkim stylem Bukowskiego. Może prostym stylem. Tym, co mnie otaczało. W mojej głowie był też zamysł. Pierwsza część książki jest takim szokiem. Czymś wulgarnym. Druga część książki jest zdecydowanie bardziej stonowana. Ze względu na to, że chciałem, aby bohater taki był. Żeby był prostym, bezczelnym, buntowniczym nastolatkiem, który poprzez pewne wydarzenia dopiero zaczyna dojrzewać. Wtedy jego myślenie zaczyna się zmieniać.

P.P.: Wielokrotnie mówiłeś, że duży wpływ na twój styl miał Chuck Palahniuk. Jak ważny w twoim życiu jest właśnie ten pisarz?

M.T.: Kiedy skończyłem pierwszą książkę i zdałem sobie sprawę, że pora znaleźć inny styl. Ten poprzedni był inspirowany kimś. Przez co nie mogę powiedzieć, że jest to w 100% moja książka. Jest to jakaś próba znalezienia siebie. Duża część tego stylu jeszcze została we mnie. Palahniuk zainspirował mnie w zupełnie inny sposób. Na początku poznałem film na podstawie jego książki [Fight Club – przyp. red.]. Sięgnąłem po książkę. Potem pisząc o nim pracę magisterską zasięgnąłem po trochę więcej informacji. Przeczytałem wszystkie jego książki, które były dostępne. Próbowałem również skontaktować się z nim. Udało  się. Chuck pokazał mi przede wszystkim to, że te kłamstwa, którymi można zaginać rzeczywistość, czy to, o czym piszemy, nie muszą być standardowe. Styl pisarza nie może być standardowy. On ma być eksperymentem. Odjechanym zupełnie eksperymentem. To, co kiedyś od niego usłyszałem, to są dwie świetne porady. Czyli: „złam wszystkie zasady, jakie znasz”.
A druga – „napisz książkę, którą chciałbyś przeczytać”.  Są banalne, ale bardzo na mnie wpłynęły. Zacząłem poszukiwać własnego stylu. Już nie inspirując się, naśladując innego autora, ale raczej stosując się do jego zasad.

P.P.: Skończyłeś również dziennikarstwo na UMCSie.  Twój autorytet Palahniuk też skończył dziennikarstwo, ale  na Uniwersytecie w Oregonie. Jaki wpływ na twoje pisanie miało to, że skończyłeś dziennikarstwo?

M.T.: Na moje pisanie miały wpływ dwie rzeczy, ponieważ dziennikarstwo nie było moim pierwszym wyborem. Moim pierwszym wyborem była szkoła aktorska w Krakowie, do której nie przygotowałem się kompletnie na egzamin i przez to się nie dostałem. I może to dobrze.  Potem było to dziennikarstwo. Może trochę z przypadku. Potem okazało się, że ten wybór był w porządku. Z dziennikarstwa czerpię przede wszystkim to, że strasznie lubię, kiedy pisanie książki jest powodem do „researchu” tego, o czym  piszę. Tak, jak niektórzy autorzy najpierw robią „research”, a potem piszą książkę. Ja z kolei odwrotnie. Wtedy odnajduję największą prawdę. Dziennikarstwo zainspirowało mnie również do pisania o rzeczywistości. O tym, co nas otacza. Pamiętam świetne ćwiczenie, które dostaliśmy w czasie zajęć. Jeden
z prowadzących powiedział: „Okej, macie 15 minut przerwy, żeby wyjść na papierosa albo się przewietrzyć, ale musicie wrócić z tematem.” To było takie inspirujące. Rzeczywiście tematy ciągle nas otaczają. Gdy się im dobrze przypatrzymy, tak, jak robi to dziennikarz. Będzie dociekliwy. Będzie ciekawy wobec świata, który go otacza, swojego własnego bycia. To te tematy się znajdą.

P.P.: To może porozmawiajmy o warsztatach, które prowadziłeś  w „Domu Słów”.  Skąd pomysł na takie warsztaty?

M.T.: Pomysł wziął się stąd, że sam próbowałem znaleźć warsztaty, na które mógłbym uczęszczać. Miejsce w Lublinie, gdzie mógłbym podzielić się pisaniem. Bo pisanie jest zajęciem, które zamyka nas na ludzi. Siadamy w jakimś pokoju, jesteśmy z tym tekstem sami, ale ten tekst musi wyjść do ludzi. My musimy wyjść do ludzi zainteresowanych pisaniem. Sami rozwijamy siebie. Znalazłem parę warsztatów w Polsce. Jedne były bardziej udane, drugie mniej. Rozmawiałem z autorami na temat tego, jak piszą. Kiedy odkryłem warsztaty Toma Spangenbauera z Niebezpiecznego Pisania, na które uczęszczał również Palahniuk, okazało się, że warsztaty nie muszą być tylko zabawą albo wykładami. To mogą być naprawdę fajne ćwiczenia, które zmuszają do zabawy tekstem. W Polsce ciężko było zorganizować takie warsztaty, bo większość ludzi nie wie, co to jest. I dlatego fajnie by było stworzyć takie miejsce, gdzie ludzie mogliby przyjść. Ja mógłbym im coś powiedzieć, może oni mogliby zainspirować mnie. Powiedzieć coś od siebie. Przy okazji moglibyśmy wymienić się swoimi tekstami.

P.P: Prowadziłeś warsztaty z tzw. Niebezpiecznego Pisania. Czym się one różnią od zwykłych warsztatów z kreatywnego pisania?

M.T.: Nie wiem, czy można postawić grubą krechę i rozdzielić, czym jest kreatywne pisanie a czym niebezpieczne. Ja strasznie nie lubię używać nazwy kreatywnego pisania. Pisanie
z założenia powinno być kreatywne. Tym, czego uczy nas niebezpieczne pisanie jest to, żeby być przede wszystkim sobą w swoich tekstach. Należy wykorzystywać nie tylko swoje plusy, ale również minusy. Należy być świadomym jak każdy człowiek. Każda jednostka przetrawia świat czy różne wydarzenia po swojemu. Każda historia z perspektywy różnych bohaterów może być zupełnie inna. Każdy ma swoje problemy, radości. I właśnie to powinno zawierać się w tych książkach. Powinniśmy być świadomymi twórcami, którzy lubią sobie poeksperymentować, ale w dalszym ciągu musimy pamiętać, że piszemy dla kogoś. Robimy to nie tylko dla siebie. To jest ta diametralna różnica. Poza tym, Niebezpieczne Pisanie ma ćwiczeniowo styl takiego prania mózgu, czyli wielu ekstremalnie dziwnych ćwiczeń, które na początku mogą strasznie namieszać nam w głowie. Ale potem, kiedy one odleżą i ułożą się
w głowie, to powinny naturalnie przychodzić, kiedy siądziemy do pisania.

P.P.: Przez te warsztaty chciałeś tylko przekazać wiedzę czy również coś osiągnąć?

M.T.: Chciałem pokazać ludziom, którzy zaczynają pisać, taką drogę, którą ja musiałem dłubać, szukać. Chciałem oszczędzić ludziom czasu. Zachęcić ich do tego, żeby w pisaniu podejmować jakieś ryzyko. Być świadomym tego, co się tworzy. Ale również chciałem stworzyć miejsce, gdzie człowiek może swobodnie przyjść ze swoim tekstem. Może go przeczytać. Możemy wymienić się spostrzeżeniami. Wtedy wiadomo, że teksty będą lepsze, będą powstawać w dużo fajniejszej atmosferze.

P.P.: Czy zamierzasz w przyszłości napisać jeszcze jakąś książkę?

M.T.: Tak, na pewno. Piszę cały czas, ale nie zawsze to moje pisanie nadaje się do wysłania do wydawnictw. Przestałem się skupiać na tym, że wszystko co napiszę, musi się kiedyś ukazać. Piszę teraz bardziej eksperymentalnie. Piszę dla własnej przyjemności. Na pewno mam jakieś projekty w głowie. Jest ich nawet sporo. Myślę, że pisać nie przestanę nigdy. Za długo to trwa.

P.P.: Może tak na koniec. Porozmawiajmy o twojej przyszłości. Gdybyś przeniósł się 10 lat do przodu, to dalej pracowałbyś w „Domu Słów” czy gdzieś indziej? Zrobiłbyś krok do przodu, czy został tutaj, bo jesteś spełniony?

M.T.: Gdybym się przeniósł te 10 lat do przodu, to na pewno nie chciałbym stać w tym samym miejscu. Chciałbym zrobić krok do przodu. Ale jeśli mówimy o tym miejscu, czyli
o Domu Słów, to dlaczego by nie. Tutaj mógłbym zostać. Ono jest nowe. Dopiero się rozwija. Jestem ciekawy co z tego wyniknie.

P.P.: Jesteś przecież współtwórcą Domu Słów…

M.T.: Jak przyszedłem, to on w pewien sposób istniał. Ja dałem od siebie tylko część warsztatów. Razem z Grześkiem, Moniką czy Kamilem [Grzegorz Jędrek, Monika Colerick, Kamil Brewiński. Pracownicy Domu Słów – przyp. red.]. Cały czas się rozwijamy. Chciałbym się dostosowywać do ludzi młodych, którzy przychodzą na zajęcia. Nie odstawać od nich. Potrafić porozumieć się z nimi. Byleby do przodu.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *