Recenzja

Nie takie straszne spotkanie trzeciego stopnia – recenzja

Gdy kosmici lądują na naszej planecie, pewne jest, że wkrótce zrobi się gorąco. Kogo jednak tym razem delegował Biały Dom naprzeciw intruzom: wielkie roboty, grupę komandosów, mutantów, a może superbohaterów? Nie, tym razem była to pani lingwistka.

Wybierając się do kina na film, w którym pozaziemska cywilizacja postanawia wysłać swoje statki na ziemię, spodziewamy się pewnego klasycznego zestawu. Obowiązkowo, po stronie obcych – wysoka technologia, czyli lasery i promienie śmierci, po stronie gospodarzy – żołnierz, który wykaże się heroizmem. Każdy jednak, kto spodziewał się wybuchów i tak modnych teraz efektów specjalnych, może się mocno rozczarować, bo „Nowy początek” będący ekranizacją opowiadania Teda Chianga to film o kosmitach, niebędący (klasycznym) filmem o kosmitach.

Bez ostrzeżenia i niewiadomo skąd, na Ziemi pojawia się dwanaście niezidentyfikowanych obiektów latających. Opinia publiczna, niezadowolona z pojawienia się nieproszonych gości, jest przekonana, że na wszelki wypadek powinno zacząć się od strzelania, a na pytania czas przyjdzie później. I w tym momencie, szablon filmów SF zostaje porzucony, bo władza nie próbuje od razu strzelać z największych dział, tylko stawia na dialog. Na dobrą sprawę, większość filmu to rozwinięcie fragmentu, który w innych produkcjach trwa od 2 do 5 minut, gdy próbuje się podejścia pokojowego. Zamiast powoływać do życia oddział specjalny, wojsko szuka pomocy u dr Louise Banks (Amy Adams) – znanej i szanowanej lingwistki.

Drużynę dzielnych bohaterów, oprócz pani doktor, stanowią: stanowczy, ale wyrozumiały pułkownik Weber (Forest Whitaker), który dla odmiany nie ma syndromu Rambo oraz fizyk Ian Donnelly (Jeremy Renner). I chociaż lubię Hawkeye (chyba nawet bardziej niż Black Widow) to jednak dla jego obecności wytłumaczenie znalazłem dopiero przed samymi napisami końcowymi. Wcześniej wydawał się wepchnięty tam na siłę. Tym złym i złośliwym, który miał pokrzyżować plany głównym bohaterom w momencie, gdy cała kinowa sala krzyczy: „tak, uda im się”, miał być chyba agent Haplern. Ten jednak wydawał się niknąć gdzieś w tle, pomiędzy namiotami, łamiąc inny kinowy stereotyp bezczelnego, złośliwego agenta CIA.

Czy można kręcić film o kosmitach bez oszałamiających efektów specjalnych? Można, i to ze świetnym rezultatem. W „Nowym Początku” otrzymujemy stawiające na minimalizm sceny, podczas których dostajemy dreszczy. Jestem przekonany, że widzowie mogli odczuć to samo, co dr Banks, gdy pierwszy raz zobaczyła statek obcych. I chociaż wnętrze statku, tak jak sam pojazd, były przygotowane skromnie, to sceny, w których dochodziło do rozmów z przybyszami, wyglądały naprawdę świetnie. Surowe wnętrze, pozbawione światełek, diod i lampek, do tego postaci kosmitów, spowite gęstą mgłą, wprowadzały klimat grozy. Dość szybko ustąpił on miejsca przyjaznej atmosferze, gdy między naukowcami a heptapodami odbywały się lekcje angielskiego.

Chociaż finał był z pewnością zaskakujący, to jednak nie do końca rekompensował ilość momentów, w których można było zadać sobie pytanie: „ale o co właściwie chodzi?”. Po pierwsze, nagłe retrospekcje głównej bohaterki, które pojawiały się nie wiadomo po co i nie wiadomo w związku z czym. Trudno też było zrozumieć niespodziewane pojawienie się lektora, który zaczął opisywać działania dr Banks, zupełnie jak w filmie dokumentalnym. Lecz jeżeli uda nam się na to przymknąć oko, to potem wszystko stanie się jasne. Nie dawało mi również spokoju, czy teoretycznie możliwe jest zrozumienie języka funkcjonującego na obcej planecie. Przestałem się tym trapić, gdy po kilku tygodniach pani doktor potrafią biegle rozmawiać z jednym z kosmitów… ona po angielsku, on po swojemu, ale oboje się rozumieli.

Niestety ze względu na zawiłą zabawę czasem, nieco ucierpiała bardzo ciekawa narracja szkatułkowa. O ile na końcu scala w jedno dwie różne historie – z jednej strony epizod z kosmitami, z drugiej osobista historia lingwistki, to początek tej narracji, po prostu gdzieś umyka.

Ktoś, kto zdecydował się na „Nowy Początek” i spodziewał się kosmicznej rozwałki w hollywoodzkim stylu, powinien czuć się rozczarowany. Chociaż brak tu laserów i kosmicznych efektów specjalnych, to zaskoczenie powinno być jak najbardziej pozytywne. Twórcy filmu łamią schematy i wychodzi im to świetnie. Pozostaje jedynie kwestia przyjęcia wielkiego finału, bo ten jednych może totalnie rozłożyć na łopatki, a dla innych może być mocno przekombinowany i ująć sporo z ciekawie zaprezentowanej całości.

Czy teraz rząd wyciągnie wnioski i nie będzie od razu strzelał do obcych? Moja ocena to 7/10 mimo, że na koniec szczęka może opaść.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *