Recenzja

Niebezpiecznie jest się zakochać na froncie – recenzja

Oglądając zwiastuny czy plakaty promujące film, miałem wrażenie, że na seansie będę się śmiał. Nie dlatego, że byłem przekonany, że film będzie wypełniony gagami, czy może będzie tak słaby, że nie sprosta wymaganiom gatunku. Wszystko za sprawą Maxa Vatana, który wyglądał niemal identycznie, co grany również przez Brada Pitta, Aldo Raine z „Bękartów Wojny”. Na szczęście, produkcja Roberta Zemeckisa, bardzo odbiega od dzieła Quentina Tarantino. I bardzo dobrze.

We współczesnym kinie stawia się na akcje. Dość często mocno traci na tym historia, bo dostajemy kolejnego mięśniaka, który się mści rozwalając wszystko dookoła. Wydaje mi się, że należy winić za to „Szklaną Pułapkę”, w końcu to w niej John McClane zestrzelił helikopter radiowozem policyjnym. Tak samo za sprawą Jamesa Bonda kino szpiegowskie stało się efektowne dzięki akcji i pościgom. Lubimy czuć dreszczyk adrenaliny i tego spodziewamy się nie tylko po filmach akcji, ale również po historiach ze szpiegami.

Głównymi bohaterami „Sprzymierzonych” są oficer brytyjskiego wywiadu (Brad Pitt) oraz francuska członkini ruchu oporu (Marion Cotillard), którzy spotykają się na niebezpiecznej misji w północnej Afryce. Jak można było się spodziewać, między bojownikami o wolność zaiskrzyło, czemu trudno się dziwić zważywszy na magiczną atmosferę Casablanki. Jest to jednak ostatni moment, w którym moglibyśmy się czegoś spodziewać.

Historia, chociaż niezbyt odkrywcza, jest prowadzona w sposób wyśmienity. Z każdą sceną widz może mieć w głowie kilka różnych pomysłów odnośnie tego, co zdarzy się dalej. Gdy jedna kwestia się rozwiązuję, zaraz mamy przed oczami kolejne rozwiązania, a każde z nich jest równie prawdopodobne, co pozostałe. Do samego końca wydaje nam się, że zaraz dojdzie do kolejnego zwrotu akcji i zobaczymy coś innego niż moglibyśmy się spodziewać. Odetchnąłem dopiero, gdy pojawiły się napisy końcowe.

„Sprzymierzeni” zasługują na olbrzymiego plusa. Film jest niezwykle subtelny. Brak tu pościgów, wybuchów jest niewiele (a przecież to środek wojny), a strzały z karabinów padają rzadko. Humor również się pojawia, ale jest on podany ze smakiem, żarty nie są przelukrowane i wciskane nieco na siłę (ukłon w kierunku Marvela). Sceny łóżkowe również zostały wplecione w sposób delikatny, jak za starych dobrych czasów, gdzie nie było konieczne „świecenie” biustem na ekranie (damska część widowni za to może zobaczyć nieco więcej Brada).

Oczywiście nie wszystko było subtelne, bo dramat przeżywany przez głównych bohaterów był niezwykle autentyczny. Historia na tyle chwytała za serce, że złapałem się na interpretacji fragmentu, w którym dostrzec możemy, że wzbierająca na sile burza piaskowa oddaje wzrastającą namiętność między bohaterami zamkniętymi w tym czasie w samochodzie (na taką wrażliwość nie było mnie stać na żadnym wypracowaniu w liceum)

Dramat bohaterów został wyjęty z większej całości, jaką jest dramat wojny. Bohaterowie przeżywają swoje własne cierpienie, a wydarzenia historyczne są dla niego tylko tłem. Losy Maxa i Marianne oraz ich córeczki Anny, mogłyby się wydarzyć w dowolnym czasie, lecz wtedy brakłoby subtelnej i delikatnej otoczki. Twórcy spisali się świetnie, stawiając na trzymającą w niepewności do samego końca historię. Tym razem elementy kina akcji ozdabiały historię, a nie odwrotnie.

Film do kin wszedł 25 listopada, a jeżeli nie chcecie przegapić takiej historii, do końca roku macie szanse zdążyć na seans. Ja wolę obejrzeć „Sprzymierzonych” jeszcze raz, niż dostać tuzin filmów ze szpiegiem, który niszczy miasto czołgiem. Dla mnie 8/10.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *