Recenzja

„Nieśmiertelni” wracają do korzeni – Recenzja

Nowy album The Rolling Stones to, jak zawsze, wielkie wydarzenie, ale i również lekkie zaskoczenie. Kto by pomyślał, że tym 73–letnim dziadkom uda się wykrzesać z siebie jeszcze coś nowego? I faktycznie nic nowego nie wykrzesali, bo „Blue & Lonesome” to wyłącznie covery. Niepotrzebne, zagrane na szybko, lecz proste, piękne i klimatyczne bluesowe covery.

Płyta została nagrana w 3 dni i tak naprawdę w tym tkwi jej największa zaleta. Nie przejmowano się za bardzo produkcją ani dopracowaniem nagrań. Utwory brzmią nieco niechlujnie i chropowato, wręcz garażowo. Szczególnie perkusja, która w wielu momentach brzmi jak żywcem wyjęta z lat 60. I można się zastanawiać, na co komu dzisiaj taka płyta. Ale dla mnie, po przekombinowanej i przydługiej „A Bigger Bang” sprzed 11 lat, to bardzo miła odmiana. Zamiast na siłę wyciągać z siebie pomysły na nowe kawałki, Stonesi wrócili do korzeni i oddali hołd swoim bohaterom, na których piosenkach przed laty uczyli się grać.

Można wręcz odnieść wrażenie, że panowie wcześniej słuchali oryginalnych wersji wybranych utworów i starali się odtworzyć je najwierniej, jak tylko się da. Absolutnie żadnej rewelacji tu nie ma, jedynie szacunek i miłość do chicagowskiego bluesa lat 50. i 60. Chwała im za to, że wybrali kompozycje raczej mniej znane, zamiast najbardziej kanonicznych i ogranych standardów (wyjątkiem jest ostatni utwór), przez co album może też posłużyć jako mały wykład z historii muzyki. Szczególne znaczenie w tym zestawieniu ma „Ride ‚Em On Down”, który zespół zagrał na swoim pierwszym w historii koncercie – w Marquee Club, 12 lipca 1962 roku.

Płyta jest bardzo spójna wykonawczo, toteż trudno wskazać najlepsze pozycje. Moim osobistym faworytem jest „Hate To See You Go”, w którym najbardziej z całego zestawu czuć luźną atmosferę, w jakiej Richards i spółka spędzili te kilka dni nagraniowych. Harmonijka, prosty jak drut gitarowy riff, jednostajny rytm perkusyjny – w skrócie czysty, nieskazitelny blues, w dodatku upiększony nieśmiertelnym wokalem Micka Jaggera, który dalej śpiewa, jakby miał co najwyżej 25 lat. Lekki efekt pogłosu, dający wrażenie rozchodzenia się jego śpiewu w przestrzeni tylko dodaje klimatu. Poza tym szczególnie godny uwagi jest „I Can’t Quit You Baby”, na którym zagrał Eric Clapton (jego gitarę usłyszymy też w „Just Like I Treat You”). Zaproszenie tego pana do wspólnej gry było strzałem w dziesiątkę. Z całym szacunkiem dla „Nieśmiertelnych”, ale Clapton zawsze lepiej od nich czuł bluesa i dzięki niemu właśnie ten utwór wyróżnia się na tle innych. Jego partie są po prostu magiczne i jak zwykle jedyne w swoim rodzaju. Od razu słychać, że te solówki nie należą ani do Richardsa, ani do Wooda – żaden z nich nie potrafi tak grać. Sam utwór to oczywiście tradycyjny blues, bardzo zbliżony do oryginalnej wersji Otisa Rusha, daleki natomiast od słynnego wykonania Led Zeppelin z 1969 roku.

„Blue And Lonesome” to album bardzo przyjemny w odbiorze, idealny zarówno do posłuchania w samochodzie, jak i w domu, podczas codziennych zajęć albo odpoczynku. Jednak jego głównymi adresatami, którym przede wszystkim go polecam, są oczywiście miłośnicy bluesa. Starzy wyjadacze, po raz kolejny, jak za dawnych lat, udowadniają, że ten gatunek jest nieśmiertelny, podobnie zresztą, jak ciała dwóch najbardziej znanych muzyków spośród The Rolling Stones.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *