2016 rok był niespodziewanie owocny dla ostrej muzyki gitarowej, nie tylko jej skrajnych odmian (black metal, death metal). Swój dalszy rozkwit przeżył thrash metal, który za sprawą zarówno nowych, jak i starych kapel, otrzymał niemal drugą młodość. W ciągu całego roku zostało wydanych tyle płyt, że trudno jest się zdecydować, które wybrać. Oto 10 albumów, od których warto zacząć przegląd metalowych dokonań z ostatnich 365 dni.

  1. Testament – „Brotherhood Of The Snake”

To kolejna płyta, którą Testament udowadnia, że zamiast Wielkiej Czwórki thrash metalu powinna być Wielka Piątka  Po fenomenalnym „Dark Roots of The Earth” poprzeczka dla zespołu była zawieszona bardzo wysoko. Na szczęście panowie wybrnęli z tego w pięknym stylu, jednocześnie unikając wtórności. Tym razem melodyjność wcześniejszej płyty ustąpiła bezkompromisowej grze i wizji Erica Petersona. Słuchacz nie ma praktycznie ani chwili czasu na odpoczynek (poza genialnym„Seven Seals”), muzyka jest spójna i ostra, a całość zdobią kapitalne, jak zwykle, solówki lidera zespołu. Nad głosem Chucka Billy’ego nawet nie ma sensu się rozwodzić, bo mimo upływu lat nie starzeje się on ani trochę. Przykro mi, panowie Hetfield, Souza i Belladonna, ale wśród najlepszych wokalistów thrash-metalowych obok nazwisk Mustaine i Araya widnieje właśnie Billy.

  1. Babymetal – „Metal Resistance”

Pozycja z lekkim przymróżeniem oka, bo Babymetal w zasadzie stroi sobie żarty z heavy metalu, traktując go niemal jak muzykę taneczną (i mówiąc o tańcu nie mam na myśli pogo). „Metal Resistance” przesiąka taką ilością kiczu, której wstydziłaby się każda kapela glam-rockowa z lat 80. Mamy tu mnóstwo plastikowej elektroniki, pseudotechnicznych zagrywek gitarowych i trudnych do wytrzymania damskich, japońskich wokali rodem z tanich anime. Dodatkowo wszystko to jest podlane uwielbianym przeze mnie sosem o nazwie: „Nawet nie próbujemy udawać, że robimy to na poważnie”. A ponieważ uważam, że każdy powinien czasem czymś takim dostać w twarz, szczerze polecam ten album. Dla tych, którzy cenią sobie odrobinę tandety w popkulturze, pozycja obowiązkowa.

PS: Riffy w niektórych utworach są naprawdę dobre

  1. Metallica – „Hardwired… To Self Destruct”

Po tragicznym „St. Anger”, źle wyprodukowanym i przydługim „Death Magnetic” oraz nagranym z Lou Reedem „Lulu”, który w skali od 1 do 10 oceniłbym na -10, byłem gotów spisać Metallicę na straty. Z nowym albumem Ulricha i spółki nie wiązałem zbyt dużych nadziei, mimo świetnego singla tytułowego. A jednak. Oto mamy najlepszy album od czasu nagranego 20 lat temu „Load”. W końcu zespół, który uznawany jest za prekursora thrash metalu, przypomniał sobie, że może warto by zagrać trochę potężnego, dobrze brzmiącego thrashu. Całość jest świetnie wyprodukowana, a riffy Hetfielda grzmią aż miło. Oczywiście nie może być aż tak kolorowo – większość utworów jest przekombinowana i spokojnie można by je skrócić o kilka minut. Jednak są na tym albumie również prawdziwe skarby. „Dream No More” i ”Spit Out The Bone” z czystym sumieniem można dopisać do klasyków grupy, pomijając paskudny teledysk do tego drugiego (błagam Cię, Metallico, nigdy więcej czegoś takiego).

  1. Korn – „The Serenity Of Suffering”

Nie przepadam za Korn (ani ogólnie za nu-metalem). Jednak pisząc tę listę staram się zachować pewien stopień obiektywizmu, a ten każe mi uznać nową płytę grupy za jedno z najlepszych metalowych dokonań tego roku. Bardzo cenię sobie powrót do korzeni po wieloletnich, wątpliwej jakości eksperymentach(w tym współpracy ze Skrillexem). Nachalnej elektroniki jest tu jak na lekarstwo, za to mnóstwo soczystego mięsa i porządnej dawki energii. Nie bez znaczenia pozostaje też pieczołowita produkcja. Nick Raskulinecz (współpraca z Foo Fighters i Deftones) doskonale wie, jak wycisnąć z gitar wszystko, co się da. No i wokal – Jonathan Davis śpiewa po prostu wybornie. Chyba nikt, tak jak on, nie potrafi manewrować między różnymi stylami śpiewu (w tym growlem), by stworzyć odpowiedni dramatyzm dla muzyki. Właśnie takich wokalistów, jak Davis, współczesny metal potrzebuje.

  1. Opeth – „Sorceress”

Opeth zdecydowanie nie jest już tym samym zespołem, co kiedyś. I mnie akurat to cieszy, bo wolę nowe, (retro-, ale jednak)progresywne i łagodniejsze oblicze grupy, niż ekstremalne granie w stylu death metalu, za którym nigdy nie przepadałem (poza wyjątkami, jeden z nich poniżej). „Sorceress” to bardzo różnorodna płyta, łącząca mocne, klasyczne kompozycje z piosenkami folkowymi (w szczególności hołdujący muzyce Jethro Tull „Will Of The Wisp”). Szukacie niebanalnego utworu ze zmianami tempa, mocnym brzmieniem i progresywną strukturą? Co powiecie na „Chrysalis”? Lubicie łagodne ballady w wydaniu zespołów metalowych? Zapraszam do posłuchania „Sorceress 2”.  A może odrobina orientalizmu? Proszę bardzo – „The Seventh Sojourn”. Faktem jest, że część piosenek na albumie nie ma wiele wspólnego z metalem, ale przemyślana różnorodność to największa zaleta tego albumu. Ogromną pochwałę dostaje również Mikael Akerfeldt za niesamowity wokal z operową manierą.

  1. Deftones – „Gore”

Wbrew temu, co sugeruje tytuł, nie ma tu żadnego hardcorowego łojenia, a po prostu bardzo melodyjny metal alternatywny, w którym „główne skrzypce” gra brutalna ściana gitar, towarzysząca nam prawie przez cały album. Deftones od lat tworzy świetną muzykę i tym razem także nie zawodzi. Niektórym może przeszkadzać bardzo piosenkowy wokal Chino Moreno, który mimowolnie kieruje muzykę lekko w stronę popu. Ale Moreno to znakomity wokalista, a jego czysty śpiew przyjemnie kontrastuje z brudnym brzmieniem instrumentów. Jest to bardzo miła odmiana w czasach, gdy wielu metalowych wykonawców wychodzi z założenia, że do mikrofonu należy warczeć, ryczeć i piszczeć, byle tylko nie śpiewać. Solidna, spójna płyta ze świetnymi kompozycjami, w której trudno jest wskazać utwory gorsze i lepsze.

  1. Suicidal Tendencies – „World Gone Mad”

Crossover thrash zaczyna się i kończy właśnie na Suicidal Tendencies. Większość zespołów z tego gatunku wcześniej czy później rozpada się, lub co gorsza, istnieje dalej i pożera swój własny ogon, nie oferując niczego ciekawego. Natomiast zespół Mike’a Muira istnieje od ponad 30 lat, a każdy jego album to jedyna w swoim rodzaju dawka punkowej energii, z zawarciem tych wszystkich elementów, których punk starał się usilnie unikać, w tym także licznymi solówkami (niskie ukłony dla Pana, Panie Pleasants). Obecności Dave’a Lombardo na perkusji chyba nie muszę komentować. A tym, którzy uważają, że to tylko godzina bezsensownego łojenia na zasadzie „byle szybko”, specjalnie prezentuję najbardziej rozbudowany (i najlepszy) utwór na „World Gone Mad”. ST od zawsze żyje we własnym świecie i niech tak zostanie.

  1. Megadeth – „Dystopia”

Tak wysokie miejsce na tej liście Dave Mustaine zawdzięcza jednej rzeczy – umiejętności wyciągania wniosków. Po wydaniu przeciętnych „13” i „Super Collider” Rudy zrozumiał, że nie tą drogą powinien podążyć. „Dystopia” to wycieczka w różne okresy z przeszłości zespołu. Trochę brutalnego grania z „Endgame”, trochę nacisku na chwytliwe riffy rodem z „Countdown To Extinction”, Mustaine i Ellefson w doskonałej formie i mamy thrash metal, jak się patrzy. To Megadeth, który pokochałem, którego chciałbym słuchać, który dalej pokazuje, jak gra się metal i jak znaleźć złoty środek między przebojowością a wirtuozerią. Co do tego, że Chris Adler z Lamb Of God da sobie radę, nie miałem najmniejszych wątpliwości. Natomiast Kiko Loureiro musiał się naprawdę postarać, by mnie do siebie przekonać. Na szczęście udało mu się. Tak dobrych, żelaznych solówek nawet Marty Friedman by się nie powstydził.

  1. Amon Amarth – „Jomsviking”

Melodyjny death metal, który nie dłuży się i nie zanudza na śmierć. Growl, którego da się słuchać bez zatykania co chwila uszu. Kwintesencja skandynawskiego, metalowego grania z całym dobrodziejstwem inwentarza. Czy naprawdę potrzeba czegoś więcej? Każdy utwór na swój sposób jest inny, czymś się wyróżnia, ale całemu albumowi przyświecają wspólne idee – hołdowanie starym, skandynawskim wartościom, wielbienie nordyckich bogów, czczenie pamięci Wikingów i ich podbojów. Amon Amarth robi to od lat, a efekty dalej są piorunujące. Gdyby melodic death metal brzmiał właśnie tak jak „Jomsviking”, byłby to jeden z moich ulubionych gatunków.

  1. Gojira – „Magma”

Największe zaskoczenie tego roku. Wcześniejsze dokonania Gojiry dawkowałem bardzo ostrożnie. Nie potrafiłem się przekonać do ich przydługich albumów i death-metalowych gitar. A tu proszę. Zespół podążył w nieco innym kierunku – złagodzili brzmienie, skupili się na tym, by grać jak najlepiej, a nie jak najmocniej, instrumenty przestały zagłuszać siebie nawzajem, Joe Duplantier przestał ryczeć, a zaczął śpiewać – i w konsekwencji otrzymaliśmy nie tylko najlepszą płytę metalową 2016 roku, ale i  jedną z najlepszych, jakie te 365 dni miało nam do zaoferowania . Ten album w stopniu mistrzowskim osiągnął to, co w muzyce uważam za najważniejsze – klimat, klimat i jeszcze raz klimat. W tym przypadku psychotyczny, depresyjny, idealnie oddający przekaz tekstów. Zupełnie, jakby Gojira powstała właśnie po to, by nagrać ten konkretny album. Wspaniałe dzieło i brutalny kopniak w zadek dla wszystkich, w tym dla mnie, którzy nieraz w swoich głowach słyszą słowa „Metal umiera”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *