Felieton

Egzotyka w piłce była zawsze

Dziwią mnie komentarze na temat niszczenia kultury piłki nożnej przez chiński rynek. Przecież takie sytuacje działy się od dawna. Piłkarze z Europy przenosili się różne krańce świata, żeby sobie dorobić. Gdybyście mieli do wyboru zarabiać 2 tysiące złotych w Polsce czy 20 tysiące w Niemczech, każdy normalny wybrałby Niemcy. Bo przecież pieniądz rządzi światem. A dla lig, do których gwiazdy zawitają, jest to ogromny zastrzyk promocyjny. Oglądanie największych gwiazd footballu sprzyja rozwojowi piłki nożnej w każdej lidze.

Egzotyka Amerykańska

Na przełomie lat 70. i 80. Piłka nożna przynosiła coraz większe dochody. Reklamy, sponsorzy wielkie nazwiska. Wreszcie coś ruszyło. Rozpoczął się marketing jaki znamy teraz. Popularność footballu rosła z dnia na dzień. Nie umknęło to również Stanom Zjednoczonym, bo jak mogli oni nie zobaczyć tego, jak dużo można zarobić na „zwykłym kopaniu piłki”. Mimo to, że mieli na swoim koncie brązowy medal ( z Urugwaju w 1930), rozwój tego sportu przyhamował. Od 1954 roku nie potrafili zakwalifikować się do Mistrzostw Świata, przegrywając rywalizacje na kontynencie z Meksykiem. Można sobie wyobrazić, jaki to był wstyd dla dumnych amerykanów, że wielkie Stany nie potrafią grać w piłkę. A Meksykanie już nawet zorganizowali ten turniej ( w 1970).

Wtedy nie myśleli o szkoleniu, tylko o promocji tego sportu. O jak najszybszym zarobku. Za wszelką cenę.

Kto myślał o grze w soccer football, jeśli o tym sporcie nikt nie słyszał. Czysta amatorka. Klasa B, albo poziom obijania ściany domu w San Escobar. Bo jednak jak się pomyśli o USA i o sporcie w tym kraju, to na pierwszym miejscu są football amerykański, hokej oraz baseball. I co zrobili właściciele klubów? Do amatorskiej wtedy ligi sprowadzono takie gwiazdy jak: Pele, Franz Beckenbauer, Eusebio, Johan Cruyff, Kazimierz Deyna, George Best czy Gerd Miller.

foto: todayonline.com

I nagle… BOOM!!! Amerykanie oszaleli. Pieniądze były coraz większe, sponsorzy również zaczęli spoglądać z zaciekawieniem na ten rynek. Amerykanie zaryzykowali kupowanie wielkich legend za jeszcze większe pieniądze, i się udało. Dopiero w latach 90, ale zaowocowało. W 1994 USA zorganizowały mundial, a w 1996 powstała profesjonalna liga. Kupowanie legend to był strzał w dziesiątkę.

Teraz każdy szanowany zespół, z najwyższej półki musi pojechać na przed sezonowe tournee do USA.

Egzotyka Japońska

Kraj Kwitnącej Wiśni od zawsze wzorował się na USA. W ogóle dziwi mnie, że Japończycy tak słabo grają w koszykówkę. Podobnie do Stanów, piłka nożna w Japonii nie rozwijała się tak jak powinna. Japonia rzadko się kwalifikowała na mistrzostwa świata, również rzadko byli w czołówce turnieju na swoim kontynencie. Dodatkowo nie mieli rodzimej, profesjonalnej ligi. Aż do lat 90. Dopiero w 1992 roku postanowiono wskrzesić te rozgrywki. Wielkie pieniądze, wielkie ambicje i jeszcze większe legendy. Podobnie jak w USA, postawiono na ściąganie kończących karierę wielkich piłkarzy, niż szkolenie i pracę u podstaw. Do J- League ściągnięto m.in. Dunge i Jorginho (piłkarze ci w 1998 roku zdobyli wicemistrzostwo świata). Dodatkowo dołączyli do nich Zico, Gary Lineker, Dragan Stojković, Christo Stoiczkov, czy Hugo Maradona (brat słynnego Diego). Nazwiska, które robiły wrażenie ( i dalej robią) i to one rozbudziły ligę japońską. Niestety przyszedł XXI wiek i koniec eldorado. Japończycy teraz nie wypłacają takich pieniędzy, które mogłyby skusić gwiazdy na wyjazd do tego kraju.

foto: thenational.ae

Jednak od powstania ligi rozwój tego sportu gwałtownie wzrósł. Może o tym świadczyć m.in to, że od 1992 aż czterokrotnie zdobyli mistrzostwo świata, a od 1998 roku nieprzerwanie kwalifikują się na mundial. Dodatkowo w 2002 roku razem z Koreą Południową zorganizowali ten turniej. Robi wrażenie, jak w przeciągu 25 lat można rozwinąć ten sport.

Egzotyka Indyjska

Indie to w piłkarskim świecie prawdziwy stan umysłu. Państwo, w którym jest ponad miliard mieszkańców, a nie potrafi się zorganizować i utworzyć profesjonalnej ligi. W porównaniu do USA czy Japonii to w Indiach piłka nożna wyglądała na prawdziwą amatorkę.

Dopiero w 2011 roku przyszedł prawdziwy przełom. Utworzono I – League. Jednak poziom tam prezentowany był tragiczny. Dosłownie tragiczny. Rozgrywki trwały kilka tygodni, a piłkarzy licytowano na aukcjach. Aukcjach na zasadach draftu, czyli kto więcej zapłaci, jednak nie klubowi a zawodnikowi.

W kolejnych latach postawiono na model kupowania starych piłkarzy, aby oni jeszcze sobie dorobili. I tak w kolejnych latach do Indian Premier League trafili m.in. Hernan Crespo, Fabio Cannavaro, Robert Pires, Alessandro del Piero, David Trezeguet czy Robbie Fowler. Rozgrywki z udziałem tych gwiazd były stricte towarzyskie i trwały kilka miesięcy. W między czasie funkcjonowała profesjonalna liga, ale nikt nie skupiał na niej uwagi.

foto: emitates247.com

Tym, co różniło ligę Indyjską od lig Amerykańskiej czy Japońskiej byli również grający trenerzy. Takie rozwiązanie bardzo rzadko stosuje się w najwyższej klasie rozgrywkowej, jednak nie w indyjskiej. Tam trenerami byli m.in. Roberto Carlos, Nicolas Anelka, David James.

Cała akcja okazała się sukcesem i liga indyjska coraz więcej znaczy na rynku azjatyckim. Jednak przed nimi jeszcze bardzo długa droga, aby dorównać Japonii, Korei Południowej czy państwom z Zatoki Perskiej.

Egzotyka Chińska?

Chiny idą za przykładem z przeszłości i to widać. Jednak w porównaniu do USA, Japonii mają mieli większe możliwości. Transfery na poziomie 60 milionów robią wrażenie, jednak rząd tego kraju powoli wprowadza zakazy odnośnie limitu obcokrajowców. I to może być gwóźdź do trumny tego footballu. Jak jeszcze wprowadzą limit odnośnie pensji, to żadna gwiazda europejskiego footballu nie ucieknie do Chin. Choć patrząc obiektywnie, czy piłkarze pokroju Alexa Witsela, Oscara, Gervinho czy Carlosa Teveza to aż takie gwiazdy? Piłkarze, ci trzymali jakiś poziom, ale nie był to poziom nazwisk jakie grały w USA, czy Japonii, o Indiach nie wspominając.

foto: stuff.co.nz

Tak naprawdę, żadna z mega gwiazd nie uciekła do Chin, bo piłkarze pokroju Cristiano Ronaldo, Roberta Lewandowskiego czy Zlatana Ibrahimovicia chcą jeszcze coś osiągnąć. I to się szanuje. Szanuje się to, że nie grają tylko dla pieniędzy. Grają dla nas. Dla prawdziwych fanów pięknego sportu, jakim jest piłka nożna.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *