Recenzja

Ostatni Rozdział bez wielkiego finału

Zjechać coś jest łatwo, stanąć w obronie czegoś – nieco trudniej. Gdy siada się do recenzji książki, filmu, albumu, mamy swoje zdanie. I kropka. A gdyby tak oddać głos dwóm osobom, właśnie wychodzącym z kina? Zaczynamy cykl recenzji filmowych w postaci dialogu redaktorów, na co dzień różnie podchodzących do świata kina.

Oleksii Abramov: Amerykański film na podstawie japońskiej gry z aktorką ukraińskiego pochodzenia w roli głównej. Kiedyś taką kombinację można było uznać za przepis na sukces. Niestety, czasy się zmieniły i tak egzotyczną mieszanką nikogo nie oszukasz. Ja po filmie wyszedłem mocno zniesmaczony. A Ty? Wiem, że byłeś lepiej nastawiony do ostatniej części „Resident Evil”.

Wojciech Bryk: W czasach „globalnej wioski” egzotyczne wymieszanie nie jest niczym niezwykłym, staje się wręcz elementem obowiązkowym, jeżeli widza chce się czymś zaskoczyć. Dlatego też wkrótce zobaczymy Scarlett Johansson w ekranizacji mangi. Zawsze jestem pozytywnie nastawiony do filmu, w którym będziemy mieli do czynienia z zombie, no i w dodatku Alice… ahh. Zawsze uwielbiałem jej dynamikę, jej ruchy, umiejętności i zapał. Lecz widać, że nawet ona jest już mocno zmęczona i po prostu jej się już chyba nie chce. W końcu od wydarzeń w Ulu minęło naprawdę dużo czasu.

O.A.: Tak, choreografia w filmie bardzo ucierpiała. Niewątpliwie na jakość wpłynęła ciąża Jovovich, dlatego też ujęcia są przepełnione zmęczeniem. Co prawda, efekty specjalne też nie są na miejscu. Mam wrażenie, że technologia została na poziomie pierwszej części z 2002 roku. I mutanty – naprawdę mi się nie podobały wszystkie nowe wariacje żywych trupów, w tym te latające.

W.B.: Nie ma co się oszukiwać, efekty specjalne mają ogromne znaczenie. I jakoś nie jestem w stanie uwierzyć osobom, mówiącym, że „to fabuła ma znaczenie, a efekty są bez znaczenia”. Zawsze będą wpływać na nasz odbiór, bo przecież wrażenia estetyczne są dla nas bardzo ważne. Jak zauważyłeś, efekty nie grają zbyt dobrze. W momencie, gdy na ekranie pojawia się zagrożenie w postaci podrasowanego zombiaka, mamy cięcia tak szybkie, że na dobrą sprawę nie wiemy, na co tak naprawdę patrzymy.

Od pierwszej części minęło niemal 15 lat, technologia daje twórcom filmów możliwość odtworzenia bohaterów, których odtwórcy już nie żyją, a w produkcji, która jednak jest klasyką w gatunku, dostajemy efekty z grupy „nie stać nas na nic lepszego, więc domyśl się, że tam może być coś dobrego”. Niestety nie tylko montaż zdawał się być momentami zbyt szybki. Seria w pewnym momencie stała się bardziej kinem post-apokaliptycznym niż horrorem, więc mogliby bardziej zagrać ciszą i pustką. Zamiast tego na początku dzieję się i dzieje.

O.A.: Początek to mnie w ogóle zaskoczył. Żadnych wyjaśnień, co się stało w Waszyngtonie z momentu ostatniej części, które, nawiasem mówiąc, nie pojawiły się także pod koniec. Zdziwiła mnie też oprawa ekranu w stylu interfejsu gier komputerowych, która czasami wkraczała w ujęcia. Moim zdaniem była ona zupełnie zbędna.

Co tam mówić, nawet obroty kamery wokół minikarty i następne przejście od hologramu obiektów do rzeczywistego miejsca akcji już nie są te, co kiedyś. A tak je lubiłem, wręcz czekałem na każdy taki moment. Ale może wprowadzimy trochę radości. Momentami film potrafił zaskakiwać, a dramatyczne sceny były na wysokim poziomie. I skoro już o dramatyzmie, jak oceniasz grę aktorską?

W.B.: Jestem zaskoczony tym, że jednak film Cię momentami zaskakiwał. Wiem, że Ostatniemu Rozdziałowi postawiłeś poprzeczkę dość wysoko, tym bardziej, że liczyłeś na poprawę humoru po poprzedniej części. Może mnie trudniej zaskoczyć w tym przypadku, ze względu na ilość obejrzanych horrorów, które obecnie bawią mnie mocniej, niż współczesne polskie komedie. Chociaż są takie momenty, ale je zostawmy przyszłym widzom.

Co do aktorów: Alice nadal na poziomie, chociaż nie tak dynamicznie, jak kiedyś (ciąża rzeczywiście mogła mieć na to ogromny wpływ), chociaż jeżeli potrwałoby to jeszcze trochę dłużej, to moją ulubienicą zostałaby Selene z „Underworld”. Klasyczna „paczka” towarzyszy, jak dla mnie zupełnie bez wyrazu. Mieliśmy chyba dostać grupę różnorodnych bohaterów o ścierających się charakterach, jednak przeznaczono dla nich tyle czasu, że dla mnie byli po prostu tłem i w tym przypadku to nie komplement.

No i oczywiście na koniec Pan Doktor. Japa zawsze mi się uśmiecha, gdy w nowych produkcjach pojawia się aktor z „Gry o Tron”. Ian Glen mnie kupił. Twardy, z charakterystyczną dla wielu czarnych charakterów elegancją i wyższością, kombinator planujący z wyprzedzeniem. No i jak ktoś uzasadnia swoje szaleńcze plany, cytując Biblię, to wiedz, że coś jest na rzeczy i koleś nie ma równo pod sufitem. A taki model złoczyńcy uwielbiam. Wiem jednak, że Twoim ulubieńcem na ekranie był ktoś inny.

O.A.: Dla mnie postacią numer jeden ostatnich części jest Wesker. Tak cudownego antagonisty jeszcze trzeba poszukać w licznych produkcjach filmowych. Może nie nosi eleganckich garniturów, jak Dr Isaacs i nie prowadzi tak dobrych dialogów przepełnionych patosem, ale za to ta jego kamienna twarz razem z jedynie z rzadka pojawiającym się podłym uśmiechem mnie po prostu kupiła. Tym bardziej szkoda, że w tej części jest go tak mało, nie dostał nawet osobnej sceny walki, a co więcej, koniec historii tej postaci mnie znowuż nieprzyjemnie zaskoczył.

Alice jak zawsze na odpowiednim poziomie. Warto zauważyć, że jest to aktorka jednej roli, bowiem nie czuje się tak dobrze w żadnej innej. Nawet w „Trzej Muszkieterowie” z 2011 roku widać, że wolała zagrać tę samą postać z „Resident Evil”, tylko w drogich królewskich ubraniach. Jak to się mówi, starego psa nie nauczysz nowej sztuczki.

A pozostałe osoby? Tak, to tylko niezauważalne tło, którego ja osobiście nawet już nie pamiętam. Wracając do fabuły. Po obejrzeniu tej części poczułem się tak, jakby producenci zapomnieli prawie o wszystkim, co się działo wcześniej i trochę pozmieniali ważne kanony na potrzeby nowoczesności. Dla mnie to było po prostu mocno niespójne.

W.B.: Wybacz, ale gościa z tak kwadratową szczęką nie widziałem od czasów „Terminatora”, a i tak wydaje mi się, że u niego było więcej mimiki. Mimo to, przyznaję, że jest to czarny charakter do granic możliwości i również z niecierpliwością oczekiwałem walki z jego udziałem, tym bardziej, ze poprzednia wyszła z nim całkiem nieźle. Niestety mimo że jest to postać dość charakterystyczna, trzeba ją dorzucić chyba do paczki od tła. Gdy patrzymy na film z perspektywy całej serii, czujemy niesmak, ale gdyby oderwać go od reszty, to nie wypada on chyba aż tak źle. Dajmy już spokój minusom, myślę że nawet Ty znajdziesz pozytywne aspekty.

O.A.: No cóż, kombinacje z klonami są wisienką na torcie tego filmu. Brawa dla męża Milly, który od początku stał u kierownicy tej produkcji. Muzyka z poprzednich części bardziej mi przypadła do gustu (do tej pory odpalam niektóre kompozycje), ale w tym filmie ścieżkę dźwiękową też słucha się dość przyjemnie. Klimaty laboratoriów korporacji Umbrella są na miejscu i moje oko się cieszy za każdym razem, gdy wracamy do najciemniejszych zakątków Ulu. No i klasyczna scena w pokoju z laserami, większość fanów serii będzie skakać z radości. Natomiast finalna walka mogła być lepsza. Moja ocena końcowa to 5/10.

W.B.: Dawniej bezrefleksyjnie przyjmowałem wszystko, co dane było mi obejrzeć, lecz ostatnio zrobiłem się bardziej krytyczny. Mimo że do serii mam sentyment, to jednak kuły w oczy motywy, które dostajemy w innych horrorach i bez których można byłoby się już obejść. Dla mnie „Resident Evil” to dynamiczne walki w bliskim kontakcie, mroczne lokacje, świetnie oddające fakt, że wszystko zaczęło się od gry, hordy zombie i coraz bardziej szalone projekty Umbrelli. Niby wszystkie te elementy w filmie były, ale jakby oszczędnie, a przy wielkim finale powinno być przecież mnóstwo „fajerwerków”.

Część postaci, które się pojawiły, nie są już dla mnie nawet wspomnieniem. Za to tym najważniejszym należy się duży plus. Finalna walka rzeczywiście pozostawia wiele do życzenia, ale na jej obronę dostajemy wspomniany przez Ciebie pokój, co idealnie zamyka nam cykl i kończy podróż Alice (mam nadzieję, że kończy). Tym razem co do oceny się zgodzę, bo jednak od „Residenta” oczekiwaliśmy więcej, ale nie przyzwyczajaj się do tego.

Dla tych, którzy mimo naszego zrzędzenia chcą dać szanse tej produkcji albo sami sprawdzić, czego tak się czepialiśmy, macie jeszcze szanse obejrzeć film w sieci kin Cinema City.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *