„Sing” to film bardzo… poprawny. Zarówno w dobrym jak i złym tego słowa znaczeniu. Animacja Gartha Jenningsa miała ogromy potencjał na to, by być naprawdę interesującą i porywającą zarazem. Jednak jest skierowana przede wszystkim do dzieci. I to jest największy problem.

Historia Bustera Moona – misia koala będącego właścicielem upadającego teatru, jest naprawdę dobrze napisana. Dostajemy szereg bardzo sympatycznych postaci, podejmujących zmagania w zorganizowanym przez Moona konkursie śpiewu. Choć każde ze zwierząt w tym filmie da się lubić, do moich faworytów należą bucowata mysz Mike, goryl Johnny, nieodnajdujący się w swojej rzeczywistości syn gangstera, oraz momentami kradnąca całe show świnia Gunter z niemieckim akcentem.

Bardziej wymagająca widownia może być jednak rozczarowana sposobem przedstawienia charakterów tych zwierzaków. Wszystkie postacie są w zasadzie wycięte z kartonu, mają zestaw paru cech, które je określają i  pozostają takie same do końca filmu. Ale według mnie akurat to służy filmowi, bo i historia jest tak naprawdę prosta jak drut i nikt nie próbuje udawać, że powstał on w oparciu o bardzo skomplikowany scenariusz. Bohaterowie są klarowni i wiadomo, jaką rolę odegrają w tej historii.

Mam natomiast ogromny problem z przesłaniem tego filmu, a doskonale widać, że chciał takowe mieć. Jennings w którymś momencie pisania scenariusza się chyba totalnie zagubił i sam nie wiedział, co chce widzowi przekazać. Z jednej strony aż bije w oczy satyra z panującej obecnie mody na organizowanie tzw. „talent show”, gdzie każdy ma szansę mieć swoje 5 minut. Dobrze się z tym kleją niezbyt subtelne  toporne i oczywiste sceny mające pokazać ciemną stronę sławy i drogi do kariery – zaniedbywanie rodziny, osobiste rozterki, rozpad związku. Jednocześnie jednak cały czas snuje się za historią „odkrywczy” morał, że nie warto się poddawać i trzeba realizować swoje cele. Z czasem krytyka konkursów talentów zdaje się zmieniać w ich pochwałę i przedstawiać je jako niemal symbol zażartej walki o własne marzenia. Pamiętam, jak za młodu mama kazała mi zawsze zakładać -czapkę, i nie interesowało jej, że „moi koledzy nie noszą czapki”, a gdy wracałem do domu z jedynką zawsze pytała, co dostali koledzy. Dokładnie tak się czułem, oglądając ten film.

Polskiemu dubbingowi nic nie można zarzucić. Nawet youtuberzy ( Stu i Marcin Dubiel) poradzili sobie lepiej, niż myślałem. Najlepiej wypada oczywiście dubbingujący Moona Marcin Dorociński. Z wielką przyjemnością obserwuję, jak ten aktor z roku na rok się rozwija, zarówno jako aktor filmowy, jak i dubbingowy (wciąż pamiętam Pańską wpadkę przy Mass Effect, Panie Marcinie). Tu wypadł świetnie, wprowadzając sporo pasującej do filmu przesady w swoich kwestiach.

Ścieżka dźwiękowa składa się ze sporej liczby popularnych hitów, które każdy zna z radia czy telewizji, ale często zapomina się o ich tytułach. Wszystkie piosenki są dobrze wkomponowane w film i nie sprawiają wrażenia dodanych na odwal się. Goryl śpiewający „I’m Still Standing” Eltona Johna to mój osobisty faworyt, jeśli chodzi o tę „piosenkową” część filmu, która swoją drogą stanowi niejako parodię musicalu. Dobry musical zawiera własne, napisane pod niego piosenki, które się na nim wybijają. Tu jest dokładnie odwrotnie, co samo w sobie nie jest w żadnym wypadku wadą. Filmom animowanym wolno naprawdę wiele.

Animacja jest OK i tylko tyle. Wykonanie nie budzi żadnych zarzutów, jednak całość jest po prostu za grzeczna. Cały czas brakowało mi odrobiny szaleństwa, jakichś przerysowanych momentów rodem z „Looney Tunes”. „Sing” jest bardzo realistyczny wykonawczo, a to w przypadku filmu animowanego nie jest zaletą. Ten typ produkcji ma to do siebie, że może przekraczać granice niedostępne nawet dla głupkowatych filmideł z Seagallem czy Stalonem w roli głównej. Ta animacja jest całkowicie uziemiona, stonowana i przez to nudna.

Podobny problem miałem z humorem. Podczas seansu śmiałem się naprawdę wiele razy, ale od takich filmów oczekuję, że przynajmniej raz rozbawią mnie do łez. Nie doczekałem się niestety żadnych naprawdę mocnych żartów, chociaż malutkiej dawki rubasznego humoru. Jennings poszedł po linii najmniejszego oporu i ograniczył się do bardzo standardowych żarcików sytuacyjnych, a także paru stereotypów. Niedźwiedzie z rosyjskim akcentem(cudownie kliszowate) przynajmniej odegrały istotną rolę w historii filmu, jednak głupkowate japońskie gryzonie nie wniosły do niego absolutnie nic. Mimo że zabawne, to zbędne. Nawet bohaterowie filmu (poza Moonem, który troszkę się wyróżniał i Johnnym, wszak brał udział w napadach) nie mają żadnych szalonych momentów.

Mimo wszystko wyszedłem z sali kinowej zadowolony, choć trochę rozczarowany. „Sing” to dobry film. Zabawny, dobrze opowiedziany (poza chaotycznym przekazem) i przyjemnie głupkowaty. Rodzice ze swoimi pociechami mogą czuć się zaproszeni, mężczyźni z poczuciem humoru ośmiolatka, jak ja, również. Nie należy jednak mieć zbyt dużych oczekiwań. Wszystkie problemy które wymieniłem, wynikają z tego, że „Sing” jest kierowany do dzieci i przez to jest bardzo grzeczny, stonowany, spokojny. Nie w takim kierunku powinien iść film animowany. Małym dzieciom także wypada zapewnić odrobinę szalonej, nieprzewidywalnej rozrywki, która porwie ich chłonne, pełne energii umysły. Więcej odwagi, panie Jennings!

PS: Za scenę, w której biała myszka, ubrana w czerwony garnitur, odgrywa na saksofonie motywy z „Take Five” i „Baker Street” film ma u mnie ogromnego plusa.

Recenzja powstała dzięki współpracy z  Cinema City. „Sing” nadal jest w obecnym repertuarze kina.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *