Recenzja

Zdecydowanie za wczesna pobudka – recenzja

Mechanik Jim Preston i pisarka Aurora Lane są pasażerami statku Avalon, który ma przetransportować 5 tysięcy zahibernowanych osób na nową planetę, którą mają zaludnić. Jednak coś idzie nie tak i kapsuły głównych bohaterów ulegają awarii, wskutek czego budzą się oni o 90 lat za wcześnie, a z samym statkiem zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Pasażerowie zapowiadali się jako porządne kosmiczne kino, w którym efekty specjalne będą zapierały dech w piersiach. Okazuję się, że zdeklasowanie filmu przez Rogue One, nie jest zaskoczeniem, bo dostajemy kompilacje tego wszystkiego co już w kinie widzieliśmy. Mamy tu fragment o „rozbitku” który jest skazany na samotność na bezludnym (w pewnym sensie) statku, wielką miłość, która może rozpaść się przez pewną tajemnicę, mamy tu kosmicznego Titanica, a w końcówce oglądamy jak główny bohater odgrywa klasyczną scenę niemal żywcem wyjętą z Casablanki. Pod koniec filmu mamy do czynienia ze scenami, których zakończenia jesteśmy pewni. I proszę. Kończą się tak jak się spodziewaliśmy. Poza kilkoma efektami specjalnymi nie bardzo jest się czym zainteresować.

Jednym z niewielu plusów filmu jest obsada. Między Jennifer Lawrence i Chrisem Prattem można wyczuć chemię i przyjemnie śledzi się ich międzygalaktyczny romans. Uroku wszystkiemu dodaje Michael Sheen, czyli niezwykle sympatyczny barman-android Arthur (w tym sezonie miano mojego ulubionego robota przegrywa jedynie z K2 z Rogue One). Historii wyszłoby na dobre, gdyby jej akcje przenieść na Manhattan, gdzie zwykły mechanik mógłby zakochać się w sławnej pisarce. Dorzućmy do tego przyjacielskiego barmana i kosmiczne efekty możemy sobie naprawdę darować.

Sielanka bohaterów jednak się kończy, a statek wyraźnie zaczyna się sypać. Jako, że nie wiadomo, co dalej zrobić i żeby uniknąć zatrzymania w miejscu, dobrze byłoby się dowiedzieć co się dzieję i jak temu zaradzić. Dlatego nieoczekiwanie budzi się jeszcze jedna osoba. Spośród ponad 5 tys. kapsuł, awarii ulega akurat ta należąca do osoby, która może wskazać bohaterom co, jak i gdzie naprawić. Zupełnie jakby statek sam próbował się uratować. Przypomina to trochę sytuacje, w której gra wyświetla graczowi podpowiedzi, gdy ten już kompletnie nie ma pojęcia co dalej robić. Takie wrażenie potęguję fakt, że równie szybko co się pojawił, wybudzony kapitan równie szybko znika.

Jeżeli chodzi o zwiastuny, to jest ostatnio moda na to, żeby wepchnąć do nich wszystkie najlepsze sceny z filmu, tak aby potem nie zostawić tak naprawdę nic widzowi. W tym przypadku jest podobnie, bo najbardziej efektowne smaczki możemy od razu zobaczyć, z tym, że pewien drobny, ale znaczący fakt przemilczano. Dzięki czemu przynajmniej raz w czasie seansu dochodzi do momentu w którym można szerzej otworzyć oczy z zaskoczenia – „bo nie tak to miało być”.

Historia nie trzyma w napięciu, przez cały seansu ma się wrażenie, ze coś takiego już się widziało. A końcowe sceny są tak do bólu przewidywalne, że nie można nawet założyć ze znajomymi jak to się skończy. Efekty specjalne może i mogą cieszyć oko, ale jak na dzisiejsze standardy kina s-f jest ich strasznie mało. Historia kochanków, którzy są razem tylko ze względu na nietypowe okoliczności, mogłaby zdarzyć się w zupełnie innych czasach (twórcy może nawet rzucili monetą, niestety padło na odległą przyszłość) i w sumie już nie raz miała miejsce. No i ten cały Avalon wygląda zupełnie niepraktycznie. 4/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *