Felieton

A co się zmieniało?

Prawo prasowe od dawna było kością niezgody dziennikarzy i wszystkich tych, którzy stoją po tej drugiej stronie, przeszkadzając w uczciwym wykonywaniu tego zawodu. Chociaż nie lubię tych dość popularnych słów, dobra zmiana po raz kolejny dotknie polskie media, a konkretnie prasę. Ale czy będzie to pierwszy raz, kiedy ten zwrot można użyć w dobrym znaczeniu? Niestety dobre w tej sytuacji są tylko intencje MKiDN (autor ostrzega, że informacja nie jest pewna), które przedstawiło projekt nowelizacji prawa prasowego. Szkoda, że nie zaproponowało wyrzucić go do kosza, bo ta ustawa od lat nie nadaje się do współczesnych warunków prasowych. Dziwię się, jak zawarte w niej zmiany można nazwać „krokiem w dobrym kierunku”. One z pewnością nie wystarczą, by dziennikarze zaprzestali obawiać się autoryzacji i ogólnie pisania jakichkolwiek tekstów.

Żurnalistów ten zapis prawny obowiązuję jeszcze z okresu międzywojennego, kiedy to m.in. rzeczą świętą było dać rozmówcy do wglądu przygotowany już do druku materiał. Czasy się zmieniły i zdecydowana większość postępowych państw zrezygnowała z tego pomysłu. Z kolei Polska postanowiła zostać przy starych, dobrych tradycjach.

Co to jednak za prawo, które mówi o wolności prasy, a następnie ją ogranicza, które każe pisać sprostowanie przy każdej okazji, które rozkazuje nieodpłatnie zamieszczać komunikaty rządowe (miejsce na takie komunikaty można zagospodarować w lepszy sposób)? Co to za prawo, które opowiada się za tym, żeby dziennikarze rzetelnie przekazywali informację, a następnie sugeruje, że są przypadki, kiedy to „można ponaginać rzeczywistość”? Na starcie spokojnie daję dużego minusa każdej nowelizacji w tej sprawie, bowiem jakby idealnie ustawa nie była zmieniana i tak (czasami nawet z łatwością) można znaleźć haczyki, by każdy inny oprócz dziennikarza i całej redakcji miał dobrze.

W tym konkretnym przypadku „zastraszona” unijnym trybunałem Polska sama je znalazła. Wystarczy wczytać się w proponowane zmiany i da się spokojnie dojść do wniosku, że tak naprawdę jest to korekta, zostawiająca wszystko na swoich miejscach. Wcześniej rozmówca mógł zmieniać tekst w nieskończoność i robić to tak długo, jak mu się chciało. Dlaczego w takim razie nie zaoferować mu doby na sprawdzenie, żeby się nie lenił? I nieważne, że dla niektórych portali informacyjnych te 24 godziny nadal są wiecznością? Wprowadzenie ograniczenia czasowego na autoryzację w wymiarze 24 h dla dzienników i trzech dni dla czasopism w mocno zdigitalizowanym świecie jest zbyt długim okresem, ponieważ informacja może się przeterminować i nadal zbyt dużą ilością czasu, by „recenzent” wszystko sobie ładnie pozmieniał.

Ale o dziwo, nowelizacja i w tym przypadku dzielnie „zatroszczyła się” o wolną prasę, bowiem przywidziała, iż nie będzie można dopisywać nowych pytań i informacji bądź zmieniać kolejności wypowiedzi. Ale każdy dziennikarz, każdy w miarę doświadczony rozmówca, każde biuro prasowe dobrze wie, że wystarczy usunąć jedno niezauważalne „nie”, by zmienić znaczenie całego akapitu, a nawet rozmowy. A później to już długo można latać po sądach i trybunałach, mówiąc o złamaniu przypisów i zbyt dużej ingerencji w pracę dziennikarza podczas autoryzacji.

Odnośnie ustalonych godzin na autoryzację, nie jest to też zapis czarno na białym, ponieważ nowelizacja jako alternatywę przewiduje indywidualne ustalenie ram czasowych, gdzie osoba udzielająca wywiadu będzie w stanie sobie wynegocjować ciut więcej czasu. Nadal nie jestem w stanie zrozumieć, w jakim celu wprowadzono dwa sprzeczne zapisy. Wychodzi na to, że przygotowując projekt nowelizacji ktoś najpierw pomyślał, że trzeba pomóc dziennikarzom, a następnie dostał polecenie, by tego nie robić. Nie chciał jednak od nowa drukować tekstu, więc postanowił po prostu dopisać taką drobną uwagę, kardynalnie zmieniającą sytuację.

Najbardziej jednak „zatroszczyła się” o dziennikarzy nowelizacja w przepisie, który głosi, że publikacja czyjejś wypowiedzi bez autoryzacji już nie będzie karana jako przestępstwo. W tym przypadku została przewidziana kara grzywny w odpowiedniej wysokości. Czy jest to aż tak duża ulga dla czwartej władzy? Pewnie zaskoczę twórców nowelizacji, jeśli powiem, że niestety nie, ponieważ generalnie przekazywanie rzetelnych informacji w ramach cytowania wypowiedzi nadal jest karane, jedynie w łagodniejszy sposób. Do tego zostaje nam cały 7 rozdział prawa prasowego, gdzie znajdą się inne rzeczy, które da się niejednoznacznie potraktować. A w rezultacie za które ktoś z przyjemnością zechcę pozbawić dziennikarza, redakcję i nawet wydawcę wolności bądź ukarać przedstawicieli kulejącej czwartej władzy w inny sposób.

Resumując, mamy fajny przykład tego, jak mistrzowsko pokazać, że „się boi i szanuje” sugestie ETPC, tak naprawdę nie dostosowując się do nich. Dziennikarze nadal będą musieli per aspera przedostawać się do rzetelnych informacji i walczyć o każde zacytowane słowo. Pomóc im w tym, jak i 6 lat temu, będzie mógł tylko łaskawy wyrok Trybunału Europejskiego na korzyść żurnalistów. A co z ustawą prawa prasowego? Zamiast dawno postawić ten dokument na półkę i przykryć kurzem, nadal każdy chętny dostaje pozwolenie na przykrywanie się nim niczym tarczą, broniąc swoich nie zawsze zgodnych z prawem interesów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *