Recenzja

John Wick 2. Gdzie diabeł nie może – tam Babę Jagę pośle

Próbowaliście kiedyś z zimną krwią recenzować ulubiony film albo książkę? Nie jest to najłatwiejsza rzecz na świecie, ciężko jest powstrzymać emocje – dokładnie tak, jak podczas zemsty. Tym bardziej jest to wyzwanie, kiedy producentom udaje się przyjemnie zaskoczyć po raz drugi. Poprzeczka została postawiona dość wysoko. Jest to moment, kiedy warto złamać zasady hotelu Continental i zmagać się z konsekwencjami.

Wojciech Bryk: Stary, gratuluję. Udało Ci się mnie zaciągnąć na film, który nie był ani fantasy, ani sci-fi. Nic dziwnego, bo podprogowo wpływałeś na mnie od dawna. Zmiana fryzury na taką, jaką nosi John Wick? Szacun. Wiem, że bardzo długo czekałeś na ten film, często o nim wspominałeś i zawsze przy tym świeciły Ci się oczka. No, to proszę, co jest w nim takiego wyjątkowego?

Oleksii Abramov: Wiele wyjątkowości kryje się za nazwą „John Wick: Chapter 2”. Jest to sequel o byłym zabójcy na zlecenie, legendzie świata assassinów. Zacznijmy od początku. Jeszcze w 2014 roku pierwsza część postawiła między innymi na choreografię i sceny z intensywną strzelaniną. Producentom udało się wtedy i udaje się teraz. Tak dobrego kinowego „baletu” z bronią w rękach nie widziałem od czasów Equilibrium (2002): fantastyczne ujęcia, praca ze światłem (chociaż w pierwszych minutach filmu nieźle się przestraszyłem, bowiem było kilka nieciekawych potknięć w filmowaniu), no i niesamowita aktorska gra prawie całej ekipy. Myślę, że ciężko się z tym nie zgodzić.

W.B.: Czy dużo się kryję za tym imieniem i nazwiskiem? Po obejrzeniu wydaje mi się, że tak. I nie jest to tylko zasługa tej listy zalet, którą wymieniłeś, ale tego, że John nie jest zbyt popularnym „rozrabiaką”. Każdy słyszał o Transporterze, Bondzie czy McClane’ie. O Wicku usłyszałem dopiero od Ciebie. Nie wiem czy to ja źle się rozglądałem, czy po prostu jest tak dobry, że nie zauważyłem, jak zaszedł mnie od tyłu. A to oznacza, że jestem trupem.

Choreografia walki? Dla mnie to prawdziwe arcydzieło. I zdecydowanie największy plus filmu. Wydaje mi się, że to jest jego element rozpoznawczy. Dopracowane walki, świetne wymiany ognia, genialne ruchy Keanu i wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku. Pierwszy raz walka kontaktowa wygląda realistycznie. Zapaśnicze ruchy wplecione w starcia sprawiają, że rzeczywiście możemy dostrzec profesjonalne wyszkolenie, a nie nawalankę na zasadach, kto zniesie więcej. Tak precyzyjnego killera do tej pory kino jeszcze chyba nie miało. No właśnie, ale czy nie jest to zbyt idealne? Nie wieje to za dużą precyzją? I nie jest za bardzo oderwane od rzeczywistości?

O.A.: Pierwsza część nie była zbytnio reklamowana, ba, nawet słyszałem, że producent nie za bardzo wierzył w sukces. Ale okazało się, że to ten idealnie pasujący do aktora film (i bohater), który zasygnalizował powrót Keanu do hollywoodzkich akcji kinowych. Zbyt doskonałe to nie było, ponieważ do kilku scen można się przyczepić, ale to są drobiazgi. A całość, jak zauważyłeś, została mistrzowsko wyszlifowana.

Co do oderwania od rzeczywistości, widziałem nagrania z treningów i opowieści instruktorów, więc w 85–90%, a to jest naprawdę dużo dla współczesnego kina, wszystko pokrywa się z realnym życiem. Bijatyki kontaktowe też powstały w oparciu o sztuki walki, którymi w rzeczywistości włada aktor. A sama liga zabójców, czytałem o podobnych średniowiecznych ugrupowaniach i one też się wyróżniały precyzją i rygorystycznymi zasadami. A co myślisz o scenariuszu Chapter 2? Na ile to jest dobra kontynuacja tego, co zobaczyliśmy w pierwszej części i zapowiedź następnej?

W.B.: Wielkie ukłony dla Keanu, za pracę jaką włożył w treningi. Nagrania pokazały, że wczuł się w rolę maksymalnie i możemy być pewni, że kaskader (jeżeli jakiś w ogóle był) pojawiał się rzadko. W takim wieku mieć taką formę? Niejeden pewnie mu zazdrości. Motyw wspólny w obu częściach to zemsta. Pobudki nieco inne, ale schemat podobny. Lecz w tym przypadku zupełnie bym się tego nie czepiał. Idealnie pasuje to do bohatera, organizacji i całości.

Gdyby w następnej części Wick próbował się na kimś mścić, nie miałbym nic przeciwko temu, bo jest to postać, która do mszczenia się została stworzona. Po scenie końcowej jednak możemy się spodziewać nieco innego motywu w kolejnej odsłonie. Ale nie byłoby mowy o zemście, gdyby nie czarne charaktery. Co powiesz o tarczach strzelniczych naszego Widma?

O.A.: Przyczepiłbym się do rusków, których na początku filmu porozrzucał po kątach „Baba Jaga”. Ideał mafii rosyjskiej chyba widziałem tylko w takich serialach, jak Arrow i Daredevil i może gdzieś jeszcze. Nawiasem mówiąc, John Wick oprócz rosyjskiego w drugiej części pochwalił się znajomością jeszcze kilku języków obcych. Całkiem dobrze mu to wyszło.

Kolesie z Rzymu w porządku, ale ich boss dla mnie był przeciętnym antagonistą. Na o wiele więcej uwagi zasługuje jego głuchoniema wojowniczka w wykonaniu Ruby Rose i czarnoskóry bodyguard jego siostry  ̶  Cassian. Wychodzi na to, że raper i piosenkarka zagrali lepiej od etatowego aktora. No i warto wyróżnić dwie bardzo charyzmatyczne postacie – Winstona, właściciela słynnego hotelu w Nowym Jorku i „Króla Żebraków”, którego zagrał Laurence Fishburne. Właśnie to sceny z Morfeuszem i raperem Common’em wprowadziły do tego kinowego dzieła odrobinę specyficznego humoru.

W.B.: Rzadko zdarza się, żeby było tak wiele naprawdę wyrazistych, ciekawych, dobrze zrobionych postaci. Mamy tutaj tak wyróżniającą się ekipę tych „dobrych” i tych „złych”, że można by nimi obdzielić kilka filmów. Wydaje mi się, że ta produkcja spodobałaby się gamerom, bo można znaleźć tutaj nawiązanie do schematów z wielu gier akcji. Musisz przedrzeć się przez hordy wrogów, by w końcu zmierzyć się z wymagającym bossem, z którym walka jest zawsze ciężka. Mi coś takiego przypadło do gustu (chociaż jedna walka przebiegła zbyt szybko). Wick bardziej zasłużył na grę, niż „Assassin’s Creed” na film.

Ale podobało mi się coś jeszcze. Takie kino to zazwyczaj głośne efekty, wybuchy i mnóstwo hałasu. Oczywiście to zrozumiałe, ale tutaj mamy coś ekstra. Po niesamowitych sekwencjach walki i strzelanin mamy sceny absolutnie ciche i spokojne, aż do przesady. Dzięki czemu można było odpocząć po dużej dawce adrenaliny i z niecierpliwością wyczekiwać kolejnej akcji, a wydawało mi się, że ta czaiła się za każdymi drzwiami. W końcu coś mnie w tym roku trzymało w napięciu.

O.A.: O tak, całkowicie zapomniałem o tym powiedzieć. Ten film uwielbiam też za te wszystkie eleganckie maniery, zasady i „mężczyzn z klasą w drogich garniturach”. Estetyczna część również znajduje się na bardzo wysokim poziomie. I skoro już o elegancji. Pan na recepcji hotelu naprawdę przypadł mi do gustu. Potrafił świetnie zagrać samą mimiką i był kwintesencją wysokich manier. Zresztą małomówność samego Wicka też jak najbardziej pasuje do tego bohatera. Pozwolę sobie nawet zacytować Chrisa Hewitta z magazynu Empire: „Wick is a man of few words but many bullets – it’s a role that fits the taciturn Reeves like a glove”.

Ale może w końcu znajdziemy coś, co by nam się nie podobało? Czy ten film naprawdę jest idealny, jak garnitur Johna? Ja bym zwrócił uwagę na muzykę. W pierwszej części moim zdaniem była lepsza i bardziej pasowała do poszczególnych scen. Chociaż da się wyróżnić kilka dobrych kompozycji i w Chapter 2, a do tego i tak każdy wie, że najwspanialszą symfonią filmu były dźwięki strzałów i złamanych kości. O właśnie, odnośnie wrogów, był taki jeden moment, dosłownie ułamek sekundy, kiedy pomyślałem, że jest ich za dużo.

W.B.: Można się przyczepić do tego, że jak ktoś wyłamuje mi rękę ze stawu, to nie mogę jej potem używać, a gdy ktoś pakuje mi kulkę w wątrobę albo nóż w udo, to przez resztę filmu powinienem kuleć i nie nadawać się do życia. Momentami było zbyt idealnie. Każdy strzał był celny, każde uderzenie trafiało. Wrogowie padali jak muchy i nie stwarzali w ogóle zagrożenia, a przecież oglądając film trafialiśmy do bardzo niebezpiecznego świata, w którym każdy powinien potrafić o siebie zadbać. Może i „Baba Jaga” zapracował na swoją legendę.

Lecz czasami wydawać by się mogło, że mamy do czynienia z jakimś metaczłowiekiem. Dlatego, cofam moje gratulacje. Bo o ile Bond i Transporter czasem dostawali baty, tak Wick jest dla mnie mutantem nie do zajeżdżenia. I stawiam go na półkę z Loganem i MacLeod’em z „Nieśmiertelnego”. Cóż na koniec? Klasa, precyzja, doskonałe planowanie, chłód w spojrzeniu. Nareszcie sceny walki to profesjonalna naparzanka, a nie tragiczne dialogi o przeznaczeniu i zdobywaniu władzy. Cudna choreografia, wyrafinowany humor, ciekawe postaci. Chociaż na złość Tobie chciałem się czepiać… 9/10 i to wcale nie dlatego, że na biurku leży ołówek.

O.A.: A ja, zmęczony kiepską produkcją od różnych wytwórni, która przepełniła światowe kina, powiem, że aż tak bardzo nie rzuca się w oczy cała ta precyzja, przesada i niezniszczalność. W końcu było widać, że Wick odczuła każde uderzenie. Przymknąłbym na to oczy i lepiej pomodliłbym się za trzecią część.

Warto dopowiedzieć, że film wyróżnia niezwykle brutalna przemoc, tak smaczna, że niektóre osoby w kinie nawet się odwracały od ekranu, patrząc na kolejne mocne ciosy i zabijanie w dość egzotyczny sposób. Ja z kolei obserwowałem to, co się działo w filmie i po cichu się cieszyłem, bowiem czegoś takiego mojej ciemnej stronie brakowało już od dawna. 9.5/10 tylko ze względu na drobne uwagi oraz, żeby następna część była jeszcze bardziej doskonała, niż poprzednie dwie.

Jeżeli lubicie dynamiczne, ale zarazem eleganckie kino akcji, a od głównego bohatera oczekujecie chirurgicznej precyzji i ruchów w stylu „ale jak on to zrobił”, wskakujcie w garnitury i przybywajcie do Cinema City.

P. S. Wcale nie musicie lubić eleganckich mężczyzn.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *