Felieton

Kształcimy emocjonalną elitę

Zaskakująco empatyczne jest nasze społeczeństwo. Ale można mu wybaczyć, ponieważ między innymi emocje odróżniają nas od zwierząt. Niedobrze jest jednak, by osoby publiczne wraz z dziennikarzami poddawali się emocjom, stawiając je przed rzetelnością. Tak niestety się dzieje na co dzień, gdy się chce zrobić wielki skandal, a zarazem opuścić niektóre fakty.

Aktorka Maja Ostaszewska udostępniła na Facebooku dość mocny wpis, skierowany głównie do pani premier. Powód? Taki „drobiazg” w postaci dziesięciu dzieci z Aleppo, których rząd na czele z Beatą Szydło nie chciał wpuścić do Sopotu na prośbę prezydenta tego miasta. Aktorka pewnie, nie doczytawszy wiadomości (albo czytała nie w tych mediach), zaczęła atakować panią premier, rzucając na lewo i prawo pytaniami typu „Dlaczego?” i „Czy naprawdę te dzieci są zagrożeniem?”. Ale w takim razie może też zapytamy panią Ostaszewską, dlaczego zignorowała fakty, że rzecznik rządu Beaty Szydło zasygnalizował, iż „rząd polski nie podjął żadnej decyzji” w tej sprawie, jak również to, że we wcześniejszej prośbie, odrzuconej przez, podkreślam, MSWiA, chodziło o większą liczbę uchodźców, w tym nie tylko dzieci.

Chwała Bogu, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego już szuka rozwiązania tego problemu. Nie, nie przyjęcia uchodźców z Aleppo, próbuje znaleźć sposób na to, jak nauczyć ludzi docierania do rzetelnie przygotowanych informacji. Ministerstwo zleciło trzem zespołom badawczym przygotowanie nowych projektów dla uczelni wyższych. Badaczom naprawdę można pogratulować. Jeden z pomysłów bowiem, ten chyba najbardziej nagłaśniany w emocjonalnym społeczeństwie przez przepełnione emocjami media, proponuje podzielić kierunki na regularne, nieregularne oraz uniwersyteckie, a studentów zmusić do płacenia za nie. Posiadanie „grubych hajsów” w portfelu jednak nie da 100% gwarancji dostania się na studia. Planowany jest także ambitny konkurs prawie na każdą specjalność, a państwo będzie decydować, jakie kierunki są potrzebne i ile miejsc ma udostępnić uczelnia.

Pomysł ten byłby jak najbardziej w porządku, gdyby nie… No właśnie, po pierwsze, obecnie musimy pośrednio płacić za możliwość bezpłatnego studiowania z własnych podatków, co powoduje, że przy takich zmianach będziemy wydawać dwa razy więcej pieniędzy. Po drugie, hasło (które jeszcze nie wybrzmiało, ale jego istnienia można się domyślić) „uniwersytety dla elit” świetnie się sprawdzi np. w monarchicznym ładzie, gdzie władza jest dziedziczona, a to właśnie osoby z błękitną krwią i po prestiżowych studiach decydują o losach państwa. Przy obecnej demokracji, której założeniem jest wola większości z poszanowaniem mniejszości, taka strategia za bardzo się nie sprawdzi, ponieważ to właśnie większość obywateli stanowi źródło nadawanej władzy. Obywatele, którzy powinni mieć chociażby podstawową wiedzę na temat ustroju państwa (dopełnianą za pośrednictwem m.in. studiów), by dokonać dobrego wyboru. A po trzecie, co z tzw. „zagranicznym kapitałem” w postaci studentów-obcokrajowców, którzy przynoszą duże pieniądze dla uczelni państwowych i prywatnych?

Nie sądzę, żeby rząd mógł w ten sposób zapewnić porządne funkcjonowanie takich miejsc publicznych, jak uczelnie wyższe. Do tej pory świat nie ujrzał żadnej instytucji, kierowanej przez państwo, która by dobrze się sprawdziła, zapewniała normalne warunki „klientom” i działałaby należycie. Tym pomysłem można jedynie jeszcze bardziej ujarzmić obywateli, zabrać uniwersytetom możliwość konkurencji, która jest podstawowym czynnikiem podwyższania jakości oraz wychować empatyczną elitę, która potrafi „poprawnie” odbierać wiadomości w telewizji i głosować podczas wyborów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *