Recenzja

Legudkowy multimilioner ratuje markę

Od dawna w kinach nie pojawił się film o Batmanie, którego celem było przede wszystkim zapewnienie widzowi czystej rozrywki ku chwale komiksowego pierwowzoru. Na szczęście w 2017 roku grupka scenarzystów i jeden reżyser postanowili przerwać ten niebezpieczny schemat, prezentując nam prawdziwą postać Bruce’a Wayne’a za pomocą klocków.

„LEGO Batman” to najlepszy film o Batmanie od czasów „Mrocznego Rycerza”. Z tym, że siłą napędową tamtej produkcji była przede wszystkim postać Jokera, przy której sam Batman wypadł bardzo blado. Tutaj główny superbohater to jedna z największych zalet filmu. Tak – te kilka poruszających się na ekranie klocków ma więcej osobowości niż parę ostatnich wersji tej postaci w wykonaniu aktorów. Nawet osoby niezbyt zaznajomione z komiksami powinny poczuć, że ten egocentryczny, zadufany w sobie arogant, żądny sławy i uwagi, to właśnie prawdziwy Batman. Odgrywający go Will Arnett robi fantastyczną robotę, przy okazji operując charakterystycznym dla człowieka-nietoperza, chrypliwym głosem (niewielu to się udało).

Fabuła filmu jest do bólu sztampowa – dobry musi powstrzymać tych złych, źli mają plan, który pozwoli im ostatecznie pokonać tego dobrego. Do tego w tle rozwija się historia o człowieku, który w końcu musi wydorośleć, założyć rodzinę, dowiedzieć się, co w życiu jest naprawdę ważne. Ale to wszystko idealnie tu pasuje, bo „LEGO Batman” to fantastycznie napisana parodia – jedna wielka seria żartów i gagów, których poziom jest z reguły naprawdę wysoki. Na dodatek Chris McKay i spółka bombardują nas masą nawiązań do popkultury, m.in. przemiłym smaczkiem skierowanym do fanów serialu „Doctor Who”. Zresztą Jokerowi w walce z jego odwiecznym wrogiem towarzyszyć będzie taka drużyna antagonistów, na której widok nie sposób się nie uśmiechnąć.

Skoro o Jokerze mowa, to niestety nie wypada on tak świetnie jak Batman. Fakt, jest świetnie napisany, a motyw, który nim kieruje przez cały film to mistrzostwo inteligentnej parodii. Niestety, Zach Galifianiakis nie poradził sobie z wyzwaniem zagrania Jokera na wysokim poziomie. Jego głos zbyt często jest płaczliwy i infantylny (w negatywny sposób), co mimo wszystko nie pasuje do charakteru tej postaci, nawet w „filmie LEGO”. Wciąż jednak jest to lepszy Joker, niż np. w „Suicide Squad”, a dialogi i zachowania między nim a Batmanem idealnie oddają specyficzną relację tych bohaterów (kolejny godny uznania ukłon w stronę komiksu).

Postacie drugoplanowe także zasługują na pochwałę, szczególnie ojcujący Batmanowi, przesympatyczny Alfred oraz Robin – jest irytujący, jak zawsze, ale taka już tradycja tej postaci. Jako młodziak służący przez połowę filmu za kulę nogi sprawdza się dobrze. Słabiej na ich tle wypada Barbara Gordon. Ma ona oczywiście dużą rolę do odegrania, ale ostatecznie wydaje się bezbarwna, pozbawiona charakteru i trochę niepotrzebna. Pojawia się także Superman i jego Liga Sprawiedliwości, jednak mają oni do odegrania jedynie epizod katalizujący kilka żartów – wielkie rozczarowanie, mimo że za Supermanem nie przepadam.

„Lego Batman” to fantastyczna produkcja, przy której w powietrzu unosi się magia komiksów i rozrywki. Widok Bruce’a Wayne’a zachowującego się jak niedojrzałe dziecko jest nie do opisania, zwłaszcza w okresie, gdy każdy próbuje uczynić tę postać tak smętną i poważną, jak to tylko możliwe. Niektórym film może się wydawać chaotyczny (pisało go 5 scenarzystów i to jest widoczne gołym okiem), ale warto go obejrzeć – choćby po to, by dowiedzieć się, jak bardzo zabawne hasło otwierałoby jaskinię Batmana, gdyby był zrobiony z LEGO.

Recenzja powstała dzięki współpracy z Cinema City. Film nadal jest w jego repertuarze.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *