Po czyjej stronie hipokryzja?

Photo credit: DrabikPany via Foter.com / CC BY

Media trąbią, „nie ma już żadnych wątpliwości – TW „Bolek” to Lech Wałęsa!”. Ale co my tak naprawdę o tym wiemy i kto postępuje bardziej nieuczciwie? Prezydent Wałęsa, który, jak teraz się okazuje, dawno temu współpracował z SB (w 2008 to niby była informacja niepewna) i próbuje teraz zaprzeczać temu faktowi, czy IPN, media, politycy i całe społeczeństwo, kierujące swoją obelgę w jego osobę? Po czyjej stronie stoi większa hipokryzja?

Lech Wałęsa bodajże od zawsze i wszędzie był postacią kontrowersyjną. Nawet jego słynne zwrotki słowne w postaci „jestem za a nawet przeciw” i „są plusy dodatnie i ujemne” nie dają się jednoznacznie ocenić. Nie można jednak byłemu prezydentowi odmówić faktu, że jest on osobą, która miała duży wpływ na kształtowanie historii Stoczni Gdańskiej, „Solidarności” i całej Rzeczypospolitej. Przy takiej aktywnej działalności osoba bez należytego wykształcenia może z łatwością się pomylić. Niektórzy, nawet mając wieloletnie doświadczenie społeczno-polityczne, nadal potrafią wyprawiać różne dziwne rzeczy, zupełnie negatywnie o nich świadczące (przypomnijmy sobie chociażby przygody finansowe pana Kijowskiego).

Powiedziałbym, że niech teraz pierwszy w Wałęsę rzuci kamieniem ten, komu nigdy w życiu nie zdarzyło się popełnić fatalnego błędu i zmagać się ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami. Ale z przykrością oświadczam, że za takich siebie uważają tzw. „reżimowe” i nie tylko media, politycy i nawet niektóre osoby z IPN, czyli instytucji, której, nawiasem mówiąc, zarzucano, że jest jednym z narzędzi sprawowania władzy przez PiS. Co miał na myśli jej prezes, dr Jarosław Szarek, mówiąc, że przemyślenia wymaga rola Lecha Wałęsy w latach 80. i 90., kiedy to dowody na jego współpracę z SB urywają się na roku 1976?

IPN i biegli grafolodzy z Instytutu Ekspertyz Sądowych z Krakowa są od tego, żeby dogłębnie zbadać sprawę i syntetycznie przedstawić wyniki tych badań, ale w żadnym razie nie oceniać. O tym trafnie przypomniała dyrektor Instytutu, prof. Maria Kała, przytaczając słowa koronera z Bostonu: „Gdy prawo będzie wymagało od ciebie, abyś wystąpił jako biegły, bądź zawsze człowiekiem nauki. Nie do ciebie należy zemsta za ofiary, ratunek niewinnego lub zniszczenie winnego. Twoim wyłącznym zadaniem jest złożyć świadectwo w ramach twojej wiedzy i twoich naukowych możliwości”.

W tym przypadku hipokryzja szybko się rozwija i po stronie mediów. Ciekawie jest m.in. śledzić, jak GW, która jeszcze w 2008, w czasie, kiedy się ukazała książka Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”, wydała artykuł zatytułowany „Nie ma podstaw, by twierdzić, że Wałęsa był agentem”. Obecnie redakcja zmienia zdanie (bo pewnie, jak już piorun drugi raz trafia w jedno miejsce, to warto zmienić) i mówi (w parze z wpisem Dominiki Wielowieyskiej na Twitterze, że „wiedzieliśmy od dawna”) – „Bolek” to Wałęsa. Ale istotne jest, że zerwał współpracę z SB. I jak to zrobi”. Robi to pewnie dlatego, że niepodważalnie warto bronić swoich interesów, a jeszcze lepiej „hipokryzyjnie” obwiniać Cenckiewicza w walce przeciwko Wałęsie, kiedy tak naprawdę to on nie chciał wysyłać akt TW „Bolka” do grafologów. A temu, że jednak trafiły do ich rąk, zawdzięczamy nie politycznemu zamówieniu, a byłemu kierownictwu IPN, które zostało wybrane jeszcze przez poprzednią władzę.

A na koniec deserem do „pysznego dania” o nazwie TW „Bolek” jest hipokryzja narodu. Zdaje się, że w Polsce każdy potrafi śledzić cudze życie i osądzać za „błędy młodości”. Ja jednak nie rozumiem, po co obywatele potakują plotom, że Wałęsa z wielką przyjemnością pomagał Bezpiece, skoro pewniakiem są tylko dokumenty potwierdzające jego działalność dla SB, a same raporty o chęci podjęcia współpracy często się różnią. Rzecz jasna, był agentem i z tego musi być rozliczony przede wszystkim przed narodem. Ale cała ta sprawa z udziałem Bolka ciągnie się od lat i konsekwentnie jest nagłaśniana tylko dlatego, by odwrócić uwagę od problemów bardziej istotnych, niż przeszłość obecnie mało znaczącego politycznie prezydenta.

W tej całej karuzeli hipokryzji pomysł PSL z badaniami psychiatrycznymi dla kandydatów na posłów wydaje się być nawet całkiem przemyślany i uzasadniony. Tylko zarazem wypadałoby zbadać osoby zasiadające na pozostałych stanowiskach w wielu innych instytucjach państwowych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *