Na Marsie jest woda. To już potwierdzone. Oznacza to, że gdzieś w galaktycznej przestrzeni mogą istnieć formy życia, a przecież tego właśnie chcemy. Zazwyczaj jednak takie upragnione spotkanie nie wychodzi nam na dobre. Tak było z legendarnym już „Obcym”, a teraz rośnie nam jego sympatyczny mniejszy kuzyn. Ponownie połączyliśmy swoje supermoce, by zrecenzować sci-fi horror, gatunek dla mnie prawie „obcy”, a dla redaktora Bryka dawno stracony.

Wojciech Bryk: Filmy grozy, tak jak każdy inny gatunek, wykształciły w sobie zbiór charakterystycznych cech, które stały się elementem każdej produkcji spod tego znaku. Wrosły się one tak mocno w horrory, że twórcy korzystają z nich na zasadzie gotowego przepisu na sukces. Głośna, kakofoniczna momentami muzyka, mająca punkt kulminacyjny w momencie otwierania drzwi (oczywiście za pierwszym razem nic za nimi nie ma), makabryczne, zniekształcone twarze i szybkie cięcia, połączone z tak intensywnymi błyskami, że nie tylko epileptyków przyprawiają o ból głowy.

Posiadanie wszystkich składników i wrzucenie ich do gara nie sprawi jednak, że danie zwali nas z nóg. Mnogość filmów, które wykorzystują powielane od lat pomysły, sprawiła, że wszystko to się już przejadło, a filmy grozy częściej mnie bawią, coraz rzadziej zaskakują, a już na pewno nie przerażają. Wyskakując z szafy może wystraszyć mnie młodsza siostra, a dla prawdziwego dreszczyku sięgam po twórczość Lovecrafta. Lecz w tym momencie, gdy porzuciłem całą nadzieję, pojawia się „Life”.

Oleksii Abramov: No właśnie, „a filmy grozy częściej mnie bawią”… To już wiem, dlaczego przez cały seans towarzyszyły mi Twoje niesamowicie smaczne komentarze i podkładka dźwiękowa własnej produkcji do każdej pseudoromantycznej sceny. Nie mówię, że Ci jakoś źle wychodziło, albo było to irytujące, jak w przypadku łażących po sali rodziców na poprzednim seansie, ale kompletnie nie pasowało do tego gatunku. No ale nic, ja w przeciwieństwie do Ciebie nie oglądam horrorów przed snem (bardzo rzadko sięgam po ten gatunek) niczym bajkę dla dzieci i tym bardziej nie chodzę na to do kina. Ale powiem szczerze, tym razem nie tylko się bałem w niektórych momentach, ale i byłem przyjemnie zaskoczony jakością produkcji. No to co, znawco, co tak naprawdę zaobserwowaliśmy w kinach i dlaczego to było takie dobre?

W.B.: Twórcy „Life” odrobili pracę domową lub po prostu zajrzeli do słownika i jako jedni z nielicznych dostrzegli, że jest różnica między „wystraszyć” a „przerazić”. I z całą pewnością darowali sobie obrzydzanie widzów litrami wylewającej się juhy. Jakie uczucia powinna wywoływać produkcja? Grozę, jak sugeruję nazwa gatunku. Na stacji kosmicznej grupa naukowców rozpoczyna badania próbek pobranych na Marsie. Sielankowa, rodzinna atmosfera panująca wśród członków załogi (których z pewnością zaczynamy w tym czasie darzyć mniejszą lub większą sympatią) nagle się kończy.

Do kosza zostały wyrzucone budujące napięcie momenty, w których bohater patrzy na otwierającą się szafkę, jakby przed chwilą miał udar. Tutaj po prostu nagle żarty się kończą i wszyscy zdają sobie sprawę, jak bardzo przesrane mają. Nikt na sali nie piszczał ani nie krzyczał, nikt nie odwracał wzroku z odruchem wymiotnym. Podczas oglądania po prostu coś łapało Cię za żołądek, ściskało w dołku, a po kręgosłupie wędrowało coś nieprzyjemnego. Groza, stary, to była groza i prawdziwe przerażenie.

O.A.: Ja naprawdę się przeraziłem i to od samego początku, gdy na starcie dostaliśmy połamane kości, a „śmieszek Deadpool” już nie był taki cwany. Pozwolę sobie skupić się na tym, co również jest bardziej w Twoich kompetencjach, a ja dopiero ćwiczę – humor. Film zaczyna się luźno, mamy Ryana Reynoldsa, który nieźle rozrabia i półżartem wkurza całą astronomiczną ekipę. Ja w ogóle miałem wrażenie i trochę się obawiałem, że to się nie skończy i cała atmosfera filmu padnie. Ale twórcy chyba na te nasze obawy liczyli i w odpowiednim czasie obrócili manierę narracji o 180 stopni. Po tym przełomowym momencie już nikt się nie śmiał, a z rzadka wypowiedziane ironie były bladą parodią na prawdziwe żarty. Generalnie wszystkie dialogi w filmie były spoko, zdarzyło się kilka potknięć, ale nie chcę zwracać na to szczególnej uwagi. No i znowu mój ulubiony aspekt – rosyjskojęzyczny bohater. I kolejna produkcja, gdzie zatrudnili nie Amerykankę, gadającą po radziecku, a Słowiankę.

W.B.: Żarciki i luźny klimat na pewno przypadły mi do gustu (nie powinieneś mieć najmniejszych trudności ze wskazaniem mojej ulubionej postaci). Dla mnie to jednak oznaczało, że będzie to space opera. Na szczęście się pod tym względem rozczarowałem. Niewinne dialogi bohaterów na początku były nie tylko przyjemne, lecz konieczne. Przeszperaj Internet w poszukiwaniu informacji o horrorach z ostatnich lat. 90% z opisów rozpocznie się zdaniem „Grupa studentów/przyjaciół…”. Garstka niewyróżniających się absolutnie niczym osób, których imion i tak nie zapamiętasz, umiera jeden po drugim. Rusza Cię to?

No właśnie nie, bo wszyscy są byle jacy, bez charakteru i powtarzalni. W „Life” bohaterów może nie poznajemy mega dokładnie, bo nie ma na to czasu, ale obdarzamy ich sympatią, czujemy rodzinną atmosferę, do której z przyjemnością się podpinamy. Dlatego, gdy na stacji robi się nieprzyjemnie, naprawdę obawiamy się o nich, kibicujemy im i męczymy się razem z nimi. W środku zaś, Twój wewnętrzny głos powtarza Ci „Nie, no nie…nie”. Zagrano nam na uczuciach i delikatnie w nie uderzano przez cały film, zamiast szarpać je raz na jakiś czas. Chociaż do wilgotnego i nieprzyjemnego Nostromo stacji brakowało, chyba nie chciałbyś się na niej znaleźć?

O.A.: Ok, zahaczyłeś już temat wizualny, to lecimy. Może nie jest to klimatyczny Nostromo ani żadna inna słynna stacja kosmiczna z filmów, książek albo gier, ale muszę przyznać, że została zrobiona/narysowana bardzo dokładnie. Wszystko było na swoich miejscach, wszystko pasowało do zarówno interieru, jak i eksterieru statku-domu. Nieco szaro wyglądał kosmos przez iluminatory i brakowało momentów, kiedy mogliśmy spoglądać na piękno „wielkiej pustki”, ale za to pozostałe detale graficzne z pewnością zostaną obdarzone moim szacunkiem. Czego jest warta pod względem wizualnym sama ewolucja naszego „małego obcego” i jego przemieszczanie się w przestrzeni.

Co prawda koncepcję takiego aliena widziałem w grach i filmach milion razy (siedząc w kinie, moje pierwsze skojarzenie było z kosmicznym horrorem dla graczy „Dead Space”), a sposoby walki z istotą pozaziemską w takich produkcjach komputerowych, jak chociażby „Alien Isolation”. Pragnę jednak zauważyć, że nawet jeśli (tego nie wiem) to wszystko było skądś przekopiowane, producenci podglądali u innych same najwspanialsze rzeczy. Czego jednak nie mogę pogratulować, to pracy kamery. Za mocno i zbyt chaotycznie się kręciła przez cały czas, a zwłaszcza na początku filmu. Odnosiłem wrażenie (znowu aluzja do gier) zepsutej „3rd person” kamery.

W.B.: Trochę chaotycznego kręcenia podczas stanu nieważkości nie zaszkodziło. Wielką wszechogarniającą pustkę mieliśmy już na samym początku i pierwszy raz jej ogrom tak mocno do mnie dotarł. Uniknięto również kolejnego tandetnego zagrania w postaci awarii prądu, nie było ciemnych pomieszczeń, awaryjnych czerwonych świateł czy ciągle mrugających żarówek. Dużym plusem była rezygnacja z tak prymitywnych zagrań. Chociaż nie był to film, który powoduje strach przed wieczornym wyjściem do toalety bez towarzystwa latarki, to skutecznie chwytał i trzymał do końca, a co w sumie najlepsze, zaczęło się wtedy, gdy się tego raczej nie spodziewaliśmy.

O.A.: W nocy do mnie *tu imię kosmity* jednak kilka razy przychodził, ale aż tak straszna wizyta to nie była i swojej latarki nie włączyłem. Ekipa aktorów grała na wysokim poziomie i raczej żadnych złych niespodzianek tu nie było. Co prawda czasami (ale to tylko moim zdaniem) Jake Gyllenhaal nie dociągał aktorsko, ale możliwe, że odniosłem takie wrażenie właśnie przez mój strach przed kinowym zagrożeniem. No i kobiety, przez cały film dwie rządzące laski próbowały wprowadzić porządek, racjonalizm i logiczność w pracę grupy, ale często same wpadały w pułapkę bycia „nielogicznymi istotami ludzkimi”. Przez to mogłeś między innymi rzucić (i tu wielkie dzięki scenarzystom) w stronę jednej z nich: „Miałaś jedno zadanie, które musiałaś normalnie zrobić”.

No i mała niespodzianka dźwiękowa (podkład muzyczny w tym filmie też stoi równo) czekała na nas na sam koniec. Mówiłem to od razu po seansie, powiem i teraz: „Oddałbym cały hajs osobie, która to wymyśliła”. Moim zdaniem mamy dostojną kandydaturę na dobry sci-fi horror w kosmosie, któremu bez wahania postawię 8.5/10.

W.B.: Odzyskałem wiarę w kino grozy. Świetna obsada, dobre dialogi, wszystko bez nadmiernego kombinowania, porzucone oklepane cechy horroru, odrobina żarcików. Wszystko na miejscu i tak jak trzeba. Ty doceniasz muzykę, a mi towarzyszyła inna myśl: Obcy w końcu ma godnego konkurenta. Bez wahania 9/10 i dzięki za deadpoolowianie na początku. PS. Moje żarty w stylu „on ją zaraz przeleci” pojawiają się niezależnie od jakości i gatunku produkcji, powinieneś już to wiedzieć.

Uwielbiasz horrory, ale Twoja dziewczyna nie chce ich z Tobą oglądać, bo się boi i mówi, że lepiej drugi raz obejrzeć „Grawitację”? Wyskoczcie do Cinema City na „Life”, nie będziecie dziś wystraszeni, ale z przerażeniem nie będziecie mogli oderwać wzroku od ekranu. George Clooney z Sandrą Bullock i wódką w „sowieckim” statku kosmicznym pozazdroszczą.

One thought on “Mały, ale wariat. Konkurencja dla Obcego rośnie jak na drożdżach”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *