Recenzja

Trzy razy X? Raczej brawura Diesela i zaginione dzieciństwo

Gdy kumpel proponuje Ci obejrzenie filmu XXX, możesz zacząć poważnie zastanawiać się nad waszą znajomością. Jednak, gdy okazuje się, że próbuje przekonać Cię do obejrzenia „xXx: Reaktywacja” to wiedz, że straciłeś przyjaciela. Czy podczas tej recenzji mieliśmy tyle samo adrenaliny, co Xander Cage na nartach w lesie? Można by się zastanowić. Z pewnością nie brakowało jednak wściekłości i rozczarowań.

Oleksii Abramov: W filmach często stosuje się flashbacki, więc niecierpliwie czekałem na to dzieło kinowe, bowiem jest retrospekcją mojego dzieciństwa. Pamiętam te czasy bardzo dobrze. Z przyjaciółmi uprawialiśmy parkour, lataliśmy na skateboardach i rolkach, chodziliśmy do sekcji strzelania z łuku, próbowaliśmy poznać sztuki walki (ja w międzyczasie jeszcze grałem na flecie) – robiliśmy wszystko, żeby być podobnymi chociażby do Xandera Cage’a z „xXx”. Inspiracją dla nas były właśnie takie filmy, jak Yamakasi, 13 Dzielnica i kilka innych. Niestety te czasy już minęły. A obecny dzisiaj w kinach „xXx: Powrót…” nie daje poczucia powrotu do najpiękniejszych momentów mojego życia.

Wojciech Bryk: Jeżeli na powrót Diesela w roli jednego z najbardziej pokręconych miłośników sportów ekstremalnych, w którego słowniku nie ma słowa „bezpieczeństwo”, czeka się 15 lat, apetyt bardzo rośnie i oczekiwania są naprawdę duże. Nie wyobrażam sobie, co muszą przeżywać fani czekający na trzeciego Half-Life’a. Po drodze dostaliśmy oczywiście część z Ice Cube’m, lecz była ona… kiepska. Powrót Xandera mógł sprawić, że zacząłbym zacierać ręce na seans. Tylko, że ja o filmie nie słyszałem. Żaden zwiastun nie wyskoczył na mojej facebookowej tablicy, mimo że pełno na niej takich rzeczy. Nie widziałem żadnego plakatu, zdjęć z planu czy jakichkolwiek informacji. Chociaż na wieść o powrocie „xXx” na pewno bym się ucieszył. Ale może to dobrze, że nie słyszałem, nie zrobiłbym sobie za dużych nadziei (może postanowiłbym nawet obejrzeć kolejny raz jedynkę).

O.A.: Niestety ja o szykującej się trzeciej części słyszałem, obejrzałem nawet z ciekawości jeden zwiastun (chociaż wcześniej postanowiłem tego nigdy nie robić). Przyznaję, chcę mi się od dłuższego czasu zebrać ekipę i polatać po „urban jungle”, robiąc potrójne salto, jak za starych czasów. Oczekiwałem, że mój zapał jeszcze bardziej się rozkręci na widok tricków z filmu i genialnej gry aktorskiej Samuela L. Jacksona.

Jednak tego pierwszego nie zobaczyłem, dostając nie najlepszej jakości grafikę komputerową przyprawioną efektami specjalnymi (po wstępnym filmiku z satelitą, który był zlepkiem wszystkich filmowych wstępniaków na raz, oczy mi krwawiły). W tej pośredniej grafice zabrakło też oryginalnych tricków, a sposób kręcenia scen czasami przypominał ten z Residenta. A drugiego składnika tej potrawy, który poniekąd mógłby uratować sytuacje, było zbyt mało. Wyrafinowanym humorem Gibbonsa mogliśmy się cieszyć jakieś 5 do 10 minut filmu.

W.B.: Pomysły na kaskaderskie ewolucje wskazywały na to, że twórców ponosiła fantazja. Później wszystkie te wyczyny zastąpiła bezmyślna, chaotyczna i pozbawiona ładu strzelanka. Jak ktoś przysnął na chwilę to mógł mieć później wrażenie, że ogląda zupełnie coś innego. Sceny walk wyglądały sztucznie (dostrzegam w filmach pewną pogoń za efekciarskimi, niemal ponad ludzkimi umiejętnościami, które zaczynają być naprawdę nieprzyjemne dla oka).

Na pewno zauważyłeś, że niejednokrotnie rozkładałem ręce z niemym zapytaniem „czy ja na prawdę to widziałem?”. Jeżeli mówimy o „xXx”, mamy do czynienia z pewną mieszanką – sporty ekstremalne i akcja w tej części leżały i kwiczały, zahaczając nawet o tandetę. Pozostałymi elementami są przecież jeszcze piękne kobiety (jak w Bondzie) i poczucie humoru (nie wiem jak przeszło mi to przez gardło).

O.A.: Ogólnie z dialogami w filmie twórcom nie wyszło. Były banalne, niedorzeczne i okropnie brzmiące pod każdym względem – w pewnym momencie, jeśli zamknąć oczy, można odnieść wrażenie, że oglądasz najgorszą amatorską produkcję. Scott Frazier próbował urozmaicić film humorem od „smart IT girl”, ale to też mu nie wyszło za dobrze. I skoro już mówimy o kobietach. Jedyna choreografia, która mi się podobała w tym filmie, była w wykonaniu snajpera Ruby Rose. Nie chcę używać tego zdania, ale chyba to doświadczenie z Johna Wicka jej pomogło.

Pozostała ekipa bohaterów nie wyróżniała się za bardzo oryginalnością. Możecie mnie katować, ale nie mogę wyróżnić żadnej innej postaci i powiedzieć o niej kilku dobrych zdań, choć bym nie wiem jak się starał. Może Tobie pójdzie z tym łatwiej. Jednak byłem pod wrażeniem unikalnego podejścia (na to zawsze zwracam uwagę) do Rusków. Zatrudnić prawdziwych Iwanów z Rosji było śmiałym pomysłem. Nie było problemów z rosyjskim, a czaru dodaje ten moskiewsko-amerykański akcent podczas rozmów po angielsku. Zastanawiam się tylko, czy mój angielski brzmi tak samo?

W.B.: Spokojnie, nie brzmisz tak, jakbyś zaraz chciał mi opchnąć dostawę uranu. Jak już pisałem w recenzji Residenta i nie raz Ci wspominałem, japa mi się cieszy, gdy na ekranie dostrzegam kogoś z obsady „Gry o Tron”. Tym razem jednak cieszyłem się jedynie przez chwilę, bo postać w którą wcielił się Rory McCann była tragiczna, a jej „specjalność” nijak nie pasowała mi do ekipy, tak samo jak nie pasował do niej młodziutki DJ („Jest niebezpiecznie, spoko ja ogarnę muzę”).

Zarówno Ruby jak i jej postać wypadła na tle pozostałych dość dobrze (chociaż to wcale nie takie trudne). Większość z nich mogliśmy zobaczyć w innych, lepszych produkcjach. Wspomniałeś o Wicku, Donnie Yen grał w Łotrze 1, a Vin Diesel dożyje późnej starości w Szybkich i Wściekłych. Każda ta produkcja jest o niebo lepsza, przez co wydaje się, że im się po prostu nie chce i robią to z przymusu. Nie widać w tym w ogóle serca i przekonania. Myślałem, że przynajmniej Xander będzie pełen zapału.

O.A.: Wracając do mojego dzieciństwa. Jakie to niebezpieczne zabawy pełne adrenaliny bez dobrej muzyki. My taką mieliśmy. Nieraz te kawałki trafiały do naszych telefonów właśnie z filmów. Niestety ani producenci, ani „młodziutki DJ” (który w pewnym momencie krzyczy „To jakiś pogrzeb czy impreza?”) nie sprawiły, by film chociażby pod względem dźwiękowym był dobry. Może dostrzegłem ze dwie pasujące do konkretnego momentu i stylistyki filmu kompozycji.

Jest to niestety pochówek programu xXx a nie jego reaktywacja. Naprawdę nie wiem, co miłego mógłbym powiedzieć o tej produkcji. Wszystko, co było dobre, to właśnie te tzw. atrybuty poprzednich części: entuzjastyczny Gibbons, jego wypasiona bryka, futro Xandera i kilka lasek – w poprzednich częściach główna nagroda po udanym tricku (w tym filmie występowały także w innych nienajlepszych kontekstach). Mój werdykt to słabiutkie 5/10, zaginione dzieciństwo i ocean rozczarowań. Po prostu WASTED.

W.B.: XXX przywodzi niejednemu na myśl coś innego (no chyba, że tylko mi), lecz w tym przypadku podobieństwo do tej kategorii filmów jest ogromne. Dużo akcji, z czego zdajesz sobie sprawę, większość nie mogłaby mieć miejsca w rzeczywistości. Marny soundtrack, kiepskie poczucie humoru i nijaka fabuła, która ma po prostu jakoś pospinać w całość poszczególne sceny. I tak jak z filmami tej kategorii, tak i w tym przypadku, czułem wstyd, że to obejrzałem. Trzy razy X? Oczywiście! 3/10.

Może jednak znajdą się miłośnicy sportów ekstremalnych, mogą oni spakować narty, spadochron, kilka granatów, deskorolkę i wylądować w Cinema City.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *