Recenzja

Wyspa czaszki? More like Kong and his b*tches.

Rozumiem teraz, jak się czuł bohater Samuela L. Jacksona, kiedy „porzuciła” go cała ekipa. W tej recenzji porzucił mnie mój niezmienny kompanion, redaktor Bryk i czuję się strasznie samotnie. Nie zmienia to faktu, że stoi przede mną ambitne zadanie zrecenzować powrót King Konga na duże ekrany. Jesteście gotowi odkryć prawdziwą „wyspę tajemnic”?

No i jak zwykle zacznę od tego, że nie wierzyłem w ten film. Pamiętam, jaki obojętny wyszedłem kilka lat temu z sali kinowej po obejrzeniu „Godzilli”. Pamiętam to na tyle dobrze, że nie przedostały się większe emocje do mojego serca po zaobserwowaniu naparzanki gigantycznej małpy z „potworami z piekła”. Jednak nie oznacza to wcale, że film był strasznie kiepski.

Żebyście nie rzucali we mnie zgniłymi pomidorami, od razu powiem, że film graficznie zrobiony jest niezmiernie dobrze. Graficy, deweloperzy kostiumów i kamerzyści dołożyli wszystkich sił, żeby na obrazek na ekranie przyjemnie było patrzeć. Jak by nie było, nowoczesne technologie w odpowiednich rękach potrafią robić cuda. Natomiast scenarzysta nie popisał się, bowiem zrobił zlepek wszystkiego, co było dobre w innych filmach i uczynił z tego ciąg banalnych scen, trwający 118 minut. Żadnych zaskoczeń dla mnie w tym filmie nie było, żadnych świeżych i nieznanych dotąd zwrotów akcji, a bohaterowie zachowywali się wręcz podręcznikowo.

Plan filmu jest „prosty jak krzywy drut, który wcale nie był krzywy”: mamy odkrytą przez satelitę wyspę. Ludzka chciwość powoduje, że ten ukryty od wszystkich kawałek ziemi leci eksplorować ekipa naukowców (mają ku temu swoje paskudne powody) w towarzystwie tropiciela i żołnierzy. Każdy z bohaterów standardowo ma coś do powiedzenia w tej historii i tak się cała akcja toczy. W międzyczasie nieźle rozrabia Kong, a na scenie obserwujemy rozgrywające się jeszcze bardziej standardowe dramaty.

A skoro już przy tym jesteśmy, kilka słów odnośnie gry aktorów. Każdy wykonywał swoją robotę w miarę możliwości. Chcę zauważyć, iż, moim zdaniem, to jest pierwsza negatywna postać S. L. Jacksona, która aż tak dobrze mu nie wyszła. Oprócz niesamowitej gry samą twarzą podczas momentów napięcia (epickich zbliżeń tu nie brakowało), w pozostałych scenach aktor tak jakby czuł się nie w swoim talerzu. Nie wiem, czemu w tym przypadku nie sprawdził się jego obraz żołnierza z zaburzeniem psychicznym, który w każdej obcej (nieamerykańskiej) istocie widzi wroga całej nacji. Przypomniał mi się historyczny żart o amerykańskiej Coca Coli, która jednak lepsza była w Związku Radzieckim. W filmie pojawiły się za to żarciki na temat zimnej wojny i kilka innych. Z pewnością była to próba (od razu zaznaczam, nieudana) rozluźnienia przewodniej atmosfery filmu.

No ale ok, L. Jacksonem zachwycałem się zawsze, a każdemu czasami może się nie udać, a co z innymi? Tom Hiddleston wyglądał wysportowanie i nawet w miarę znał się na temacie, ale jednak lepszy z niego Locki niż mistrz survivalu. Johnowi Goodmanowi w roli korporacyjnego dupka od czasu do czasu udawało się zabłysnąć. Z kolei Brie Larson wcielającą się w piękną fotografkę wojenną można porównać do bezemocjonalnej Kristen Stewart, która wszystkie części „Zmierzchu” spędziła z jednym wyrazem na twarzy. Uważam to za bardzo obraźliwe porównanie, bowiem wskazuje ono na całkowity brak kompetencji w grze aktorskiej, ale niestety tak to wyglądało. Częściej zwracałem uwagę na jej biust i mokre ubrania, a nie interakcje z innymi bohaterami. Pozostała ekipa żołnierzy, laboratoryjnych szczurów i odkrywców nieznanego wyglądała na twardą czwórkę.

Skupmy się jednak na gwoździu programu – Kongu – który to robił całą robotę w filmie. Królował on nie tylko na swojej wyspie, ale i na ekranie kina. Był nie dobrą małpą z bajki i wcześniejszych produkcji filmowych, a prawdziwym brutalnym stworem, potrafiącym skrzywdzić, a częściej nawet zabić, broniąc swojego terytorium. Świetnie sobie radził i z US Army, i z gigantyczną ośmiornicą, i z całą groźną fauną, aż do finalnej walki z kinowym „bossem”. Dla mnie to był ten „giant monster”, którego brakowało na dużym ekranie kin (nawet wspomniana Godzilla z 2014 roku była zbyt dobra, miękka i ludzka). I to właśnie dlatego w kinie miałem tę niedogodność, że co chwilę ktoś gdzieś wychodził, bo przychodząc całą rodziną z małymi dziećmi, chciał obejrzeć bajkę w piątkowy wieczór, a dostawał coś innego. Albo jednak wracał, twierdząc, że szkoda zmarnowanych pieniędzy. Ruch na sali był od początku do ostatniej minuty filmu. Dzieciaki i ich przewrażliwieni rodzice pewnie byli mocno zaskoczeni, kiedy Kong zabijał z prędkością niewielki wojskowy oddział na minutę.

Sceneria w tym filmie mogłaby być lepsza, a muzyka wcale nie wpadła mi w ucho, ale to jednak ten brutalny Król „Wyspy Czaszki” kupił mnie na tyle, żeby z pewnością pozytywnie ocenić ten film. I chociaż jest to grafika komputerowa, wyglądała ona tak bardzo żywo, była tak przepełniona zwierzęcymi, prawdziwymi emocjami, że chciało się na to patrzeć w nieskończoność. A aktorzy? Nawet jakby Kong zabił całą obsadę bohaterów, bardzo bym się nie zasmucił. Ten film zasługuje na twardą 8/10, chociaż pewne niedociągnięcia zalecałbym poprawić jak najszybciej. Tym bardziej, że coraz częściej chodzą ploty o uniwersum gigantycznych potworów, walczących ze sobą i z aroganckimi ludzikami, chcącymi nieuczciwie pograć w króli Ziemi.

Lubisz kinową brutalność, a gigantyczne rozmiary (proszę darować sobie dwuznaczność) Cię nie odstraszają? Król Kong zapewni, że będziesz świetnie się bawił na tym niebajkowym, lecz bajecznym seansie. Zapraszamy do oglądania Wyspy Czaszki w Cinema City.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *