Recenzja

Ghost in the Shell – duch mangi w ciele filmu

Scarlett Johansson po nieodwzajemnionej miłości i w konsekwencji tonie zjedzonych lodów myślała, że straciła jedno z głównych narzędzi do wykonywania pracy aktorskiej. Dostała natomiast trochę męski, chrypliwy i niezmiernie seksowny głos, którym każdy z nas się zachwyca. My z redaktorem Brykiem myśleliśmy, że wybieramy się do kina na wojnę cyborgów, a zaobserwowaliśmy niesamowitą ekranizację mangi i dobrej jakości film z elementami historii detektywistycznej.

Wojciech Bryk: Zarówno manga, jak i anime nie doczekały się zbyt dużej ilości aktorskich wersji. Wynikać to może z tego, że Japonia jest krajem dość hermetycznie zamkniętym. Co za tym idzie, obowiązują tam kanony piękna zupełnie odmienne od tych, które obserwujemy na zachodzie: inna kreska, inny klimat, inne koncepcje. Jest to materiał z pewnością trudny i podjęcie prób pracy nad nim może skończyć się klapą, tak jak było z ukochanym przez całe pokolenia „Dragon Ball’em”, który mógł być przestrogą dla wszystkich, którym przyjdzie pomyśleć o chwyceniu za mangę czy anime.

Gdy sezon komiksowych ekranizacji jest w pełni, wyłamać się postanowiło „Ghost in the Shell”. W maju 1989 roku po raz pierwszy na papierze pojawiła się historia major Motoko, która jest zaawansowanym technologicznie połączeniem człowieka oraz robota, a jej głównym zadaniem jest walka z cyberterroryzmem. Zmaganie z przestępczością schodzi jednak w futurystycznym świecie na dalszy plan, a o wiele ważniejszą kwestią jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, gdzie leży granica między człowiekiem a maszyną. Inny spór dotyczący tego, który z nas bardziej chciał zobaczyć Scarlett w bojowym uniformie, rozstrzygnąć może jednak tylko rzut monetą…

Oleksii Abramov: Tu się zgodzę, aktorsko dobrze zagrać coś, co pochodzi z dalekiego wschodu – ciężko. Natomiast trochę tych produkcji animowanych było, w tym zaistniały one w różnych wydaniach na polskim rynku. Nasz dzisiejszy gwóźdź programu jest już ogromnym i powszechnie reklamowanym filmem. Ostatnio dużo nawiązuję do gier, co może być nie dla każdego zrozumiałe, ale w tym przypadku postanowiłem również z tego skorzystać, bowiem właśnie takie skojarzenia miałem po seansie. Moim zdaniem, ten film ma w sobie najlepsze aspekty tych oto zabawek komputerowych: od serii Metal Gear, a zwłaszcza „Metal Gear Rising: Revengeance” dostał pojawiającą się czasami dość klimatyczną atmosferę japońskiej kultury, od „Deus Ex” zajebistość głównej bohaterki  ̶ cyborga, a od „Crysis” niezłą muzykę i niestety trochę spieprzoną fabułę. Właśnie taki mix ja osobiście miałem przyjemność oglądać w kinie.

W.B.: Ja też nie będę stronił od komputerowych porównań, ale o tym później. Oboje po filmie spodziewaliśmy się czegoś innego, ale czy od razu powinniśmy mówić, że było coś spieprzone. Tym razem będę bronił filmu niczym sprawiedliwy sędzia Dredd. Główna bohaterka ma problem z określeniem samej siebie: czy jest już maszyną, czy jeszcze człowiekiem. Przez jednych uważana za doskonały krok na drodze ewolucji, przez drugich uprzedmiotowiana i traktowana jako broń. W zwiastunach nie było to pokazane i sami pokpiliśmy sprawę, oczekując strzelania, wybuchów i efektownych sekwencji walk z falującymi piersiami protagonistki. Gdy dowiaduję się, że z terroryzmem zmagać się będzie hybryda człowieka i maszyny, pierwsze wyobrażenie to superbohaterskie kino wypełnione do granic możliwości choreografiami walki i bieganiem po ścianach.

Przyznaję się, że spodziewałem się połączenia Alice z „Resident Evil”, Selene z „Underworld” i Johna Wicka. Rozczarowaliśmy się. Lecz to wcale nie znaczy, że dostaliśmy gniota. Nie! Zostałem mocno wciągnięty w odlschoolową wizję przyszłości (brzmi dziwnie, ale obecna wizja przyszłości to dotknięte nuklearną wojną pustkowia). Możesz powiedzieć, że przecież już widzieliśmy takie metropolie na dużych ekranach. Chociażby w „Piątym Elemencie”. Ale w ilu filmach poruszana była taka kwestia? Przewiduje się, że to maszyny przejmą świat, że dojdzie do ich buntu i to one doprowadzą do zagłady człowieka. A przecież o wiele bardziej prawdopodobne jest, że będziemy tak modyfikować człowieka, że zatracimy się i przestaniemy dostrzegać, gdzie powinna być granica takich działań.

O.A.: Dobrze wiesz, że po akcji z „Czasem Ultrona” i „Suicide Squad” nie oglądam już zwiastunów. Tak było i w przypadku „Ghosta” – dzielnie unikałem wszelkiego rodzaju produkcji promującej film. Też nie miałem bzika na punkcie jednej długiej sceny walki od początku do końca filmu. Powiem o filmie w ten sposób. Jest takie określenie człowieka, który pracuje wszędzie, często zmienia stanowisko, zajmuje się tak naprawdę wszystkim i jednocześnie nie umie nic. Faktotum – dokładnie jak powieść amerykańskiego pisarza Charlesa Bukowskiego. I tak odbieram ten film. Ma w sobie wszystkie kluczowe dla dobrej produkcji aspekty – ciekawych bohaterów, przepiękny świat przyszłości, zgrabnie zmiksowaną muzykę, ogólnie dobrze kręcone sceny i nawet niezłą choreografię oraz fabułę.

Ale coś mi tu nie pasuje, nie jest to do końca zgrane. A to zostajemy wrzuceni do tego wymyślonego świata bez żadnych wyjaśnień, a to dziwnie pociętymi kawałkami poznajemy bohaterów, a to sceny akcji są jakieś dziwaczne i niedopracowane, a narracja zaczyna kuleć i robi się banalna. Dobrze mówisz, niekoniecznie w filmie producent ma postawić na walkę z wrogiem i strzelaninę, liczy się historia (świetnym przykładem jest John Wick, który ma idealnie dopasowane do siebie te dwa aspekty), ale tu jednak chciałbym tego więcej i w lepszej jakości. Czasami było tak, że czułem ten dynamizm i popchnięcie do przodu w muzyce, a na ekranie właściwie za bardzo nic się nie działo.

W.B.: Zatykanie uszu i zamykanie oczu podczas kinowych zapowiedzi tak, jakby na ekranie pojawiały się krępujące Cię fragmenty z „50 twarzy…” będzie mnie długo jeszcze bawiło. Świat przedstawiony przywodził mi na myśl to, co zaprezentowali nam twórcy gry „Torment”, co jest dużym komplementem. Rzeczywistość jest kolorowa, mamy nowoczesny przepych, ulicami krążą ludzie i twory postępu technologicznego, mamy też slumsy – wilgotne i nieprzyjemne. Betonowe osiedla niewiele się różniące od współczesnych. Dużym plusem są też dobrze przygotowane stroje, które oddawały klimat mangi, ale były przy tym realistycznie zrobione, nie wywołując przy tym wrażenia taniego cosplay’u. Bohaterowie i dialogi mogły pozostawiać czasami wiele do życzenia, lecz dla mnie wszystko wpada na odpowiednie miejsce, jeżeli spojrzę na film jak na historię detektywistyczną, w której śledzimy dochodzenie, podczas którego major również zajmuję się prywatną układanką. I chociaż spodziewałem się czegoś innego, to jednak nie mogę tego rozczarowania odebrać negatywnie. To, co otrzymaliśmy jednak się obroniło i gdybym miał możliwość ̶  powróciłbym do świata walki z cyberprzestępczością u boku major Motoko.

O.A.: W kulturze japońskiej wszystko ma swoje znaczenie i nic się nie robi tak po prostu, o tym czasami wspomina nasz przyjaciel Sebastian między innymi w swoich recenzjach muzycznych. Kolorom w tym filmie przydzielono szczególne znaczenie i pewnie każdy coś tak naprawdę ma do powiedzenia sam w sobie, tak jakby dopełnia fabułę. Ale skoro nie jestem znawcą tej kultury, to też nie potrafię wszystkiego dostrzec i wytłumaczyć. Największe zadowolenie czułem właśnie z powodu kolorystyki filmu i wspomnianych strojów. Mógłbyś zażartować, że upodobałem ubrania, bo główna bohaterka prawie nic na sobie nie miała, ale ja od razu odeprę i powiem, że najbardziej zakochałem się w stroju ze sceny na cmentarzu i mam zamiar sobie taką narzutkę żołnierską kupić.

Aktorzy? Scarlett wszyscy lubimy, ale nie wiem czy właśnie nie zamienia się w wykonawczynię jednej roli – podwójnego agenta, walczącej kobiety itd. A to w świecie kina jest straszną klątwą. W tym filmie grała dobrze nie tylko swoim czarującym głosem, ale całym ciałem. To jej się nie udawało w przypadku Avengersów. Do tego naprawdę schudła i jest jeszcze ładniejsza. Z gry Pilou Asbæk też jestem zadowolony. Naczelnik Sekcji 9 również jest właśnie tym tajemniczym Japończykiem-mistrzem, jakim powinien być. Pozostała ekipa doktorów, informatyków, chirurgów, rodziców i innych postaci (specjalnie użyłem takich kolokwialnych sformułowań) jest na miejscu. O wiele gorzej jest z antagonistą i z pewnością domyślasz się, o którego mi chodzi. Był szary, „niezgrabny” z charakteru i w ogóle nijaki.

W.B.: Jak widać, kraj w kształcie banana (darujmy sobie oczywistą kalkę językową) wywoła u nas niejedną sprzeczkę, bo czarny charakter z „Ghosta” ląduje na liście moich ulubionych łotrzyków. Jego niezgrabność świetnie kontrastuje ze wspominaną często doskonałością, jaką szczycą się twórcy nowej lepszej bohaterki. Relacja dobry – zły świetnie oddawała okrucieństwo przyszłości: za jednym pięknym osiągnięciem, które pokaże się światu, kryją się dziesiątki eksperymentów, które lądują na wysypiskach. Widzimy też, że przyszłość to nie tylko piękno, kolory i nowoczesność, ale również brzydota, rdza i niedoskonałość, a rozwój i ciągłe udoskonalanie wszystkiego wcale nie budują utopii, ale powiększają różnice między dwoma światami.

Mogliśmy otrzymać więcej scen walki, a Johansson, ku ucieszę męskiej części publiczności, mogła dostać dekolt aż do pasa, lecz wtedy z pewnością mogłoby nam umknąć wiele ważnych kwestii. Jeżeli zaś chodzi o ruchy głównej bohaterki, to trzeba zauważyć, że tutaj wykazano się skrupulatnością, gdyż większość jej postaci z pewnością była korygowana komputerowo dla uzyskania świetnego efektu. Motoko przez całość filmu porusza się dokładnie jak na cyborga przystało (lecz bez obaw, ruchy te bardziej na szczęście przypominały Sonny’ego z „Ja, Robot” niż sztywnego Terminatora). Jedyne, do czego można się przyczepić to fakt, że niekiedy o tej animacji zapominano, ale to byłoby już szukanie dziury w całym.

O.A.: Widzisz, redaktorze Bryk, oboje raczej mamy rację co do „villaina” tego filmu. A dlaczego tak się stało, mimo naszych sprzecznych komentarzy, niech to będzie dla widzów zaskoczeniem podczas seansu. No i jak zwykle moje wygórowane oczekiwania, perfekcjonizm przemieszany z arogancją i bezemocjonalny odbiór towarzyszyły mi przed i w trakcie seansu. Nie takiej produkcji się spodziewałem (jak i większość z nas), ale to, co dostałem w zamian też przyjemnie mnie zaskoczyło. Narzekałem trochę na brak spójności i kulejącą czasami fabułę, ale na koniec jestem w stanie sobie to odpuścić. Zresztą klimatyczne rozmowy dwóch detektywów w aucie (zawsze ten myk z dialogami partnerów z pracy był moim ulubionym) sprawiały, że o tych minusach szybko zapominałem.

Dostojna ekranizacja i świetny film, który, powiedziałbym nawet, stworzony jest nie tylko dla zabawy, ale i głębszych refleksji, zasługuje na odpowiednią ocenę – kolejne 8.5/10 w moim wykonaniu. I pozdrawiam pana, który siedział obok mnie i cały seans nie wiadomo z czego głupio się śmiał. Dość popularne w ostatnich czasach są profesjonalne porno parodie filmów (widocznie ta dziedzina ponosi straty pieniężne i musi jakoś inaczej zachęcić ludzi do oglądania). W przypadku „Suicide Squad” w ogóle została określona jako „lepsza od oryginalnej produkcji”. Pan więc spokojnie mógł się pomylić, myśląc, że to jedna z nich. Nie zazdroszczę.

W.B.: Każdemu przecież może się pomylić manga z hentai. „Ghost in the Shell” to pięknie zaprezentowany świat, dobrze odwzorowany klimat mangi i zupełnie inne smaczki, niż te, których mogliśmy spodziewać się po obejrzanych zwiastunach. Może „Dragon Ball” był falstartem i nie należy tracić zainteresowania dalekim wschodem, przecież można znaleźć tam takie perełki jak „Death Note” czy „Hellsing” z Alucardem. Może zacznę nawet wyczekiwać zbliżającej się aktorskiej wersji „Fullmetal Alchemist”. Ile też może kryć się ciekawych tematów i postaci, tak jak w przypadku „Ghosta”, o którym wcześniej nic nie słyszałem. Japonia, jak się okazuję, to nie tylko pokręcone teleturnieje, które możemy odnaleźć na YouTube. Scarlett w dopasowanym uniformie dostaję ode mnie 8/10. Uwrażliwiłem Cię również na to niedostrzegalne na pierwszy rzut oka piękno.

Tym, którym manga kojarzy się z ośmiorniczymi mackami, mówimy stanowcze: zostańcie w domu, świntuchy. Jeżeli jednak chcesz uciec do tylko pozornie utopijnego, kolorowego świata przyszłości, wskakuj w kinowy fotel w Cinema City i udaj się w podróż do przyszłości, która być może nadejdzie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *