Do marvelowskiego sposobu przedstawiania superbohaterów na ekranie trzeba po prostu przywyknąć. Swoim charakterystycznym stylem stoją w opozycji do bardziej mrocznego DC. Dużo kolorów, mnóstwo poczucia humoru i postacie, których nie da się nie lubić. Jeden z nas za „Strażnikami” specjalnie nie przepadał, drugi uważa za najlepszą ekipę w całej Galaktyce… Jednak obaj z seansu wyszliśmy nie wierząc własnym oczom w to, co zobaczyliśmy.

Wojciech Bryk: Cały długi weekend poświęcony czytaniu komiksów, książek, oglądaniu starych „X-menów” i nowych materiałów z „Inhumans” i „Mrocznej Wieży”, godziny spędzone w futurystycznych światach gier sci-fi. Co mogłoby idealnie zwieńczyć tak udaną majówkę? Nocny maraton Strażników Galaktyki w cudownym towarzystwie wydaje się być pomysłem idealnym. I był taki, ale tylko ze względu na część pierwszą. „Vol. 1” pobudził mój apetyt niesamowicie. Kolejnego epizodu nie mogłem się wręcz doczekać i spodziewałem się po nim naprawdę dużo (Internet aż huczał przed premierą i na każdym kroku można było zobaczyć świetne materiały). Wszyscy, którzy obejrzeli film wcześniej, zachwycali się nim niesamowicie mówiąc/pisząc, że jest genialny i pod każdym względem przebija jedynkę. Apetyt rośnie jeszcze bardziej! Do tej pory niewielu udało się stworzyć sequel, który biłby na głowę poprzednika. Wszystko wskazywało na to, że „Strażnicy” mają taki potencjał… Jednak w połowie filmu chyba pierwszy raz miałem ochotę po prostu wyjść z kina. Myślałem, że świadkami takich gwałtów możemy być jedynie w czasie meczów Ligi Mistrzów, lecz potem zobaczyłem to.

Oleksii Abramov: A ja z kolei jeszcze od 2014 roku spokojnie podchodziłem do tematu „Strażników”. Świetne marvelowskie kino, ale bez rewelacji. Jedynka nawet jakoś za bardzo nie zapisała się w mojej pamięci. Odświeżyłem sobie „Vol. 1” przed premierą dwójki, ale kardynalnie zdania nie zmieniłem. Już po seansie zrozumiałem, że bardziej mnie wkurzyło tylko to, że dali nam (ja osobiście standardowo nie oglądałem) ocenić 5 minut nowych „Piratów z Karaibów”. Jak zauważyłeś, niedługo będziemy przedpremierowo dostawać początek i koniec filmu. No a jeśli chodzi o samych „Strażników Galaktyki”. Spodziewałem się, że to będzie „głupie” kino na luzie w stylu Marvel. Dużo porządnych żartów, dużo fajnych kolorów, ujęć, świetna zabawa. A okazało się, że ten film to po prostu dramat. I nie tylko w tym sensie, że jest beznadziejny, ale także zawiera przesadnie dużo tragicznych szekspirowskich wątków. Producenci, proszę, błagam, nie trzeba tworzyć wersji „Logana” dla matek i dzieci.

Wojciech Bryk: W pierwszej części mieliśmy okazję poznać narodziny jednej z najbardziej sympatycznych drużyn we wszechświecie. Różne charaktery, dość wrogo do siebie nastawione, w końcu tworzą rodzinę, przy której ta z „Fast & Furious” jest po prostu jednowymiarowa. Paczka zupełnie okazjonalnie postanawia ocalić galaktykę. W drugiej części oczywiste jest, że z takim podejściem do życia, wcześniej czy później, wpadną w kłopoty. Pierwszą moją obawą przed filmem było to, że stracimy tę różnorodność bohaterów i z problemami będą zmagali się oni jako jedna wielka bezpłciowa galareta. Z tego jednak wybrnięto, to cała historia kręci się wokół Star-Lorda, jego historii, nieszczęśliwego dzieciństwa i w końcu spotkania z Ego, który zapewnia, że jest jego ojcem. Pozostali oczywiście nie zostają pominięci i każdy odkrywa jakąś rolę w rodzince. Gamora próbuję naprawić swoje relacje z siostrą, Rocket i mały Groot kradną nasze serca niczym dwaj sympatyczni młodsi bracia, a Drax i Mantis toczą ze sobą rozmowy, które zupełnie do niczego nie prowadzą. Na ekranie o wiele częściej pojawia się znany z poprzedniej części Yondu, którego możemy poznać z całkiem innej strony.

Jak na produkcję Marvela przystało, dostajemy do tego mnóstwo efektów specjalnych na naprawdę wysokim poziomie. I genialny soundtrack, w którym możemy usłyszeć naprawdę świetne kawałki, głównie z lat 70–tych, zamiast oklepanej już klasyki rocka. Wydawać by się mogło, że mamy przepis na sukces. Wszystko to jednak zostało maksymalnie zniszczone… Oglądając marvelowskie filmy, nigdy nie śmiejemy się w tych samych momentach. To, co jednych śmieszy, innych wprowadza w zażenowanie. To była cecha charakterystyczna tych żartów. Czy były śmieszne, czy żenujące? Wszystko pozostaje kwestią dyskusyjną, lecz do tej pory były one jedynie z rzadka pojawiającym się dodatkiem. Tutaj… ręce mi opadają. Nawet ja byłem zdegustowany poziomem humoru w „Strażnikach”.

Oleksii Abramov: Zacznijmy od tego, że ratowanie Galaktyki po raz drugi nie będzie już takie epickie i nowatorskie. Na tym można stracić. Ale to jeszcze jakoś można ładnie ubrać w zupełnie inne opakowanie, z którego każdy będzie się cieszył. Natomiast, przepraszam, ile razy można żartować z penisów, dupy, kupy gówna i podobnych rzeczy? Nie jesteśmy przecież ani w gimnazjum, ani w liceum, a nawet tam aż tak często nie usłyszymy tych słów w leksykonie żartownisiów. Jak do tej pory, znam tylko jedną osobę, która potrafi każdy żart na temat seksu obrócić w majstersztyk, i niestety nie jest to scenarzysta tego filmu. Podczas mojego seansu ludzie na sali śmiali się wyłącznie z tego, jak w ciągu dwóch godzin na ekranie rozrabiał mały Groot. Dla mnie czasami przydzielenie tak dużej uwagi tej postaci było irytujące, ale jestem w stanie to zrozumieć, bowiem każdy film powinien mieć swój smaczek. W tym przypadku jest to małe nieposłuszne drzewo.

Pozostałe pseudo śmieszne, ironiczne dialogi są świetnym przykładem tego, jak nie warto przesadzać. Skupiłem się bardziej ogólnikowo na filmie, ale za chwilę polecą konkrety. Jak już wspomniałem, najgorszą decyzją było wprowadzenie tylu wzruszających mikrohistorii. Dramat Quill i Ego, Quill i Gamora, Quill i Yondu, Gamora i Nebula, Yondu i Ravagers, Rocket, Drax i wszyscy dookoła. Czy nie za dużo tragicznych duetów? Można było zrobić jeden, czyli Star-Lord i jego ojciec, ale dobrze. Natomiast ten konkretny uważam za najbardziej nieudany. Sztucznie zrobiony, banalny i wcale nieporuszający. Coś z tym było nie tak od samego początku.

Wojciech Bryk: W jedynce mieliśmy wszystko idealnie wyważone i ułożone. Star-Lord, zapatrzony w siebie i zawadiacki traci głowę dla Gamory, a ta ignoruje jego starania, nie reaguje na flirt. Z drugiej jednak strony wiemy, że wcześniej czy później, pojawi się akcja z romantycznym podkładem. Mamy bezczelnego Rocketa, który wszystkich próbuje do siebie zrazić, jest jednak przy tym niezwykle błyskotliwy. Jak można nie chcieć go pogłaskać po tym słodkim ryjku? Drax to sympatyczny osiłek, który nie rozumie metafor, przez co rozmowa z nim zawsze była pod górę. A Groot…to po prostu Groot. Teraz jednak wszystko się pozmieniało. Wszystkie egocentryczne teksty zgarnia dla siebie Drax, mały szop jest po prostu chamski i coraz rzadziej zabawny. Bez większych zmian pozostaje Gamora. Można odnieść wrażenie, że męska część ekipy próbuje być tym najzabawniejszym i najlepszym. Ale ok, to można przełknąć, chociaż zepsuto coś naprawdę sympatycznego.

Najgorsze jest jednak to, że producenci postanowili popsuć „Strażników” całkowicie i zamiast filmu o ratujących galaktykę antybohaterach po resocjalizacji, dostajemy najgorszego sortu film komediowy. Marvel swobodnie mógłby wszystkimi nieśmiesznymi żartami obdarować następne 10 produkcji, a i tak coś by im zostało. Musieli się chyba odkuć za „Logana”, gdzie nie padł żaden suchar, a mieliśmy jedynie samotny żart sytuacyjny. Producenci zrobili w filmie to, co robi większość gimnazjalistów z memami – zajeżdżali żarty do nieprzytomności. Jedne, na początku nawet zabawne, powtarzane były jeszcze po kilka razy, inne pojawiały się w tak krótkich odstępach czasu, że powodowały zażenowanie. Zabawne nawiązania do innych kultowych produkcji, czy nawet do gier wideo z czasów naszych rodziców i kilka błyskotliwych żartów by wystarczyło. Tutaj otrzymaliśmy plejadę żartów w stylu: „Zobacz, poślizgnął się na skórce od banana!”, „A on powiedział coś głupiego!” Nie pamiętam, żeby coś jeszcze mnie aż tak zażenowało. Zamiast porządnego filmu o prawdopodobnie najlepszej ekipie w uniwersum dostaliśmy parodię, która do pierwszej części ma się tak jak „Kosmiczne Jaja” do „Gwiezdnych Wojen” – kojarzymy postaci, które widzimy na ekranie, ale przecież to wszystko żart.

Po kilkudziesięciu minutach nadal byłem przekonany, że to jedynie materiał dodatkowy do maratonu. Musiałem się jednak pogodzić z tym, że to się dzieje naprawdę. Masz rację, wątek główny nie porywał
w ogóle. W natłoku gagów można było zupełnie zapomnieć, o co właściwie chodzi. Gdyby głównego wątku nie było, wiele osób nie zauważyłoby nawet tego, bo na ekranie był Baby Groot. Biorąc to wszystko pod uwagę, jestem w stanie zrozumieć, że przeciętny „cywil” może zachwycić się zabawną galaktyczną komedią. Szokuje mnie jednak, że fani Marvela w większości też nie mają nic przeciwko temu, co zrobiono ze „Strażnikami Galaktyki”. O ile taka koncepcja towarzyszyłaby produkcji od początku, można by rozpatrywać ten film, jako coś nowego wśród pozostałych ze stajni Marvela. Dla mnie jedynka pozostanie o wiele lepsza, a po obejrzeniu „Vol. 2” wypada jeszcze lepiej. Na kolejne części na pewno nie będę czekał z zapartym tchem.

Oleksii Abramov: Przyczepiliśmy się głownie do żartów i tragizmu, ale spróbujmy odnaleźć, jaka jest tego przyczyna. Ja pierwszy, ja pierwszy, już znalazłem! Odpowiedź: pieniążki. Marvel jako studio o dość młodym sukcesie nie chce stracić tego całego hype’u i dlatego nadal tworzy kino dla każdego. Z brutalnych komiksów (działo się wiele, ale ostatnia akcja z Kapitanem Ameryką, który teraz jest naczelnikiem Hydry, to w ogóle totalny trash) zabierają całą brutalność i tworzą materiały wideo dla matek i dzieci. Kiedyś na film o superbohaterach czekało się z niecierpliwością. Ekranizacja komiksów, do których wcześniej nie było tak łatwego dostępu, nowe emocje, świeże spojrzenie. „Iron Mana” i nawet tego pierwszego „Spidermana” oglądam do tej pory. A to, co teraz próbują nam sprzedać, jest po prostu żenadą. Znowu wracając do faktów. Aktorzy zagrali świetnie, jedynie mam zastrzeżenia do Ego w wykonaniu Kurta Russella, który był, powiedzmy wprost, nijaki. Jego ego to parodia na słynny „dodatek” do eleganckości Bonda. Po prostu nie pykło i nie chcę więcej nic o tym mówić. Sceny kręcone obiektywem tilt-shift wyglądają bosko. Moja ulubiona – to starcie z potworem na samym początku. To właśnie za sprawą tej techniki, film wygląda tak komiksowo.

Muzyka, chociaż nadal jest to niesamowicie piękna klasyka lat 70, tym razem tak mocno mnie nie poruszyła, bo nie była skrupulatnie dopasowana do tego, co się działo w kadrze. No i jeszcze jedno zaskoczenie (to jedyne, za co warto pochwalić film). Ilość cameo, scen po napisach i odniesień do różnych rzeczy z uniwersum, pozytywnie mnie przeraziła. Nie będę mocno spoilerować, ale producenci pokazali nawet pierwszą ekipę Strażników Galaktyki z komiksów. Moim zdaniem ten film jest słabiutkim żartem 6/10, chociaż ze względu na ogólny poziom psujących się coraz bardziej filmów Marvel, polecam większości na to się wybrać. Przeciętny widz nadal będzie niezmiernie dobrze się bawił przy tej produkcji. Dla mnie jest to totalne rozczarowanie (chociaż myślałem, że ze względu na swoje podejście do „Strażników”, nie mogę być tak bardzo negatywnie zaskoczony) i w przeciwieństwie do „skromnego” ego niektórych bohaterów nazwę to nieśmiesznym Żartem kinematografii superbohaterskiej z dużej litery.

Wojciech Bryk: Cała otoczka filmu jest z pewnością świetna. Efekty specjalne na coraz wyższym poziomie, różnorodni i bardzo ciekawi bohaterowie z tak odmiennym podejściem i różnym spojrzeniem na świat, genialny soundtrack, który może i wypada nieco gorzej w porównywaniu z jedynką, to mimo wszystko pasuje niesamowicie. Aktorzy (wliczając w to Vin Diesela i Bradley’a Coopera) świetnie pasują do komiksowych oryginałów i odwalają naprawdę świetną robotę. Pełno jest też błyskotliwych tekstów i momentów, które naprawdę rozbawiały, pasowały do koncepcji kina „czerwonego M” i gdyby zatrzymać się na proporcjach jedynki, to „Vol. 2” byłby majstersztykiem, który zasługiwałby na miano jednej z najlepszych produkcji. Podpisałbym się pod tym obiema rękami i nie tylko…

Jednak postanowiono wybrać to, co najzabawniejsze z poprzedniej części i wrzucić tego kilka razy więcej, bo „dobrego nigdy za dużo”. Jednak w tym przypadku nadmiar śmieszkowania i przygłupich tekstów zepsuł mi całą zabawę z oglądaniem. Thorowi obcięto włosy. Ok. Z długimi ciężko jest walczyć, a dobrze wyglądają tylko w slow motion. Ze Spider-mana robią smarkacza pod opieką Iron Mana. Ok. Parker jest tylko zagubionym nastolatkiem. Ze „Strażników” jednak postanowiono zrobić przygłupią komedię, podczas której brakowało jedynie śmiechu z „puszki”, a żarty były jeszcze bardziej drewniane niż sam Groot. Z całą sympatią do „Strażników Galaktyki” dostają (werble, a potem dźwięk tłuczonego szkła i złamanego dziecięcego serduszka) 4/10. Jeden za muzykę, jeden za efekty specjalne, jeden za Baby Groota i jeden za niektóre żarty. Za wprowadzenie mnie w zażenowanie punktów nie przyznaję.

 

Straszne z nas gnojki i lubimy kopać leżącego. Wam jednak może spodobać się to, co prezentują sobą galaktyczni rozrabiacy. Cały Internet nie może się w końcu mylić, a wszyscy uważają tę produkcję za świetny film. Wybierzcie się więc do Cinema City i sprawdźcie sami, czy „Strażnicy Galaktyki Vol. 2” są tak dobrzy jak powiadają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *