Na nowych „Piratów” czekałem z niecierpliwością, mimo że nie spodziewałem się wiele po tej ledwo zipiącej serii. Oczekiwałem jedynie odrobiny świeżości. Bo ile razy można oglądać przygody karaibskich zakapiorów, szukających skarbów i uciekających przez armią nieumarłych istot? Jak widać, Jeff Nathanson uważa, że w nieskończoność.

Odrobinę cieszy fakt, że „Zemsta Salazara” jest nieco lepsza od „Na nieznanych Wodach”. Reżyserski duet Ronning – Sandberg, w przeciwieństwie do Roba Marshalla, wiedział, co robi. Wszystko jakimś cudem ma tu ręce i nogi, a fabuła jest logiczna i nie tak głupia. Niestety, chaos to jedyna rzecz, której udało się tu uniknąć. Film popełnia niemal wszystkie błędy poprzedników – powtarzalność, natłok zbędnych postaci, żarty na często żenującym poziomie i wiele innych, na które nie starczyłoby mi miejsca w tej recenzji.

Największe rozczarowanie przychodzi już na początku, gdy pojawia się niepowtarzalny Kapitan Jack Sparrow. O ile moment wprowadzenia go do filmu jest genialny, tak z każdą kolejną minutą coraz bardziej widać zmęczenie Johnny’ego Deppa tą rolą. Jacek Wróbel nie jest już tym cudownym połączeniem nieudacznika i cwaniaka. To zwykły żul i cień człowieka, idealna definicja lubianego przez nas słowa „przegryw”. Jedyne, co robi przez cały film to pije rum, wpada w tarapaty i rzuca na prawo i lewo one-linerami, których część nigdy nie powinna się znaleźć w jakimkolwiek scenariuszu. Co najgorsze, nie odgrywa w tym filmie właściwie żadnej roli (w tym miejscu padła ogromna seria niecenzuralnych komentarzy, którą wykasowałem ze względu na standardy tekstów pisanych). Jedną z nieformalnych zasad „Piratów z Karaibów” jest to, że Sparrow zawsze ogniskuje w sobie fabułę, jest centrum wydarzeń, nawet jeśli przez długi czas skrywa się w cieniu. Ktoś taki po prostu nie ma prawa być tylko tłem. Kombinuje, kłamie, zmienia strony, podejmuje rozmaite decyzje i zawsze wpływa na to, co się dzieje na ekranie. Nie tym razem. W piątej odsłonie jego rolą jest po prostu pojawiać się przed kamerą, pajacować, mówić to, co zwykle mówi i nie wypaść ani na chwilę z kliszy. Nie przejadło mi się nic a nic, ale tę ikoniczną postać potraktowano tu całkowicie przedmiotowo. Mogłoby go wcale nie być i cała historia nic by na tym nie straciła. Zwłaszcza że fabułę filmu trzyma na swych barkach ktoś inny…

… a tym kimś jest jak zawsze znakomity kapitan Hector Barbossa, najlepszy element tego filmu. Charakterystyczny, cwaniacki uśmieszek, piracka maniera w głosie i sposób poruszania się, którego nie jest w stanie zakłócić nawet brak jednej nogi – jest tu wszystko, za co kocham tę postać + znakomita gra aktorska. No ale po kimś takim, jak  Geoffrey Rush, trudno się czegoś innego spodziewać. I jak Johnny Depp już w swojej roli się kompletnie wypalił, tak Rush jest w naprawdę dobrej formie. Gdyby film miał dobry, świeży scenariusz, Barbossa mógłby dać popis najwyższej klasy.

Wśród nowych postaci (poza malutkim wyjątkiem) pozytywów brak. Henry Turner (w tej roli Brenton Thwaites) nie może wyciągnąć kija ze swojego tyłka aż do samego końca. Sztywna, bezbarwna i pozbawiiona charakteru postać. Trudno mi nawet napisać o nim coś złego, bo zajmuje się tu tylko błąkaniem po filmie i wykonaniem kilku czynności na początku. Niewiele lepiej jest w przypadku nowej Elizabeth Swan, czyli Cariny Smyth. Grającą ją Kayę Scodelario zapamiętałem głównie dzięki świetnej roli w serialu „Skins”. To dobra aktorka i ewidentnie starała się zrobić z tą rolą, co tylko się da, jednak w przeciwieństwie do Barbossy nie udało jej się wygrać z koszmarnymi dialogami. Pani WcaleNieElizabeth to po prostu ładna, niepokorna kobitka, nadmiernie eksponująca swoje dwa niewątpliwe atuty. Większość jej kwestii to przekomarzanki o dość jednoznacznych podtekstach albo nic niewnoszące dialogi na temat swojego dziennika, które niby mają być główną osią fabuły, a tak naprawdę są zwykłymi zapychaczami. To tylko moje przypuszczenie, ale casting do tej roli można chyba streścić tak: „Jeśli jesteś 9/10, to przechodzisz dalej” Głównego złego, kapitana Salazara, ogłaszam jednym z najgorszych czarnych charakterów ostatniej dekady. Ani nie jest straszny, ani charyzmatyczny, a już na pewno nie dobrze zagrany. Gdy tylko widzisz tę żenującą próbę bycia strasznym dla bohaterów i dla widzów, zaczynasz tęsknić za Davym Jonesem, o złym wcieleniu Barbossy nawet nie wspominając. Jedyne, za co mogę go pochwalić, to scena ze „śmiertelną wyliczanką” na statku Barbossy. Kto widział film, ten wie o czym piszę, kto nie widział, niech wie, że jest to jedna z kilku rzeczy, dla których warto skoczyć na to do kina. Inną jest bardzo udane cameo Paula McCartneya. Miał wprawdzie do powiedzenia tylko kilka kwestii, ale słychać było, że sprawiało mu to frajdę i poczuł przez chwilę ten piracki klimat. Gdyby dostał do zagrania pełnoprawną rolę, z pewnością błyszczałby w tym filmie razem z Rushem.

Sceny w „Zemście Salazara” dzielą się na 4 typy: 1. Takie, które próbują być śmieszne i im się to udaje (niektóre żarty Sparrowa, scena z kradzieżą sejfu) 2. Takie, które próbują być śmieszne, ale efekt jest żenujący (pozostałe żarty Sparrowa) 3.Takie, które próbują być mroczne i efekt jest jeszcze gorszy (wszystkie sceny z Salazarem, poza wspomnianym rodzynkiem) 4. Takie, które powinny były zostać wykasowane już na etapie pisania scenariusza (każdy dialog między Smyth a Turnerem, brzmiące momentami trochę jak rozmowy między młodzieżą we wspomnianym „Skins”). Są one rozłożone mniej więcej po równo, więc niestety większość filmu ogląda się naprawdę źle. Co gorsza, w każdym momencie dostrzegałem tę powtarzalność, wałkowanie tego samego schematu. Wiedziałem, jakie będą kolejne etapy przygody bohaterów, co stanie się za chwilę, kto i kiedy będzie musiał zginąć. Widziałem to już wcześniej 4 razy i miałem nadzieję nie być na to skazanym po raz 5. Na plus zaliczam natomiast ogólnie rozumiany klimat filmu. Jest morze, są wyspy, są okręty i kilka dobrze nakręconych morskich bitew, jest ta niepowtarzalna mroczno-komiczna atmosfera. Od początku do końca czujemy, że oglądamy „Piratów z Karaibów”, nic innego.

W przeciwieństwie do 4. części, ten film miał potencjał, niestety niemal w całości zmarnowany. „Piraci z Karaibów” to seria od dawna martwa, sztucznie utrzymywana na chodzie przez Disneya, niczym zombie przez szamana vodoo. I na dobrą sprawę tak było już od pierwszego sequela. Parafrazując znane powiedzonko, „Piraci” skończyli się na „Kill’em All”.

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *