Recenzja

Potworny falstart

Nowa „Mumia” miała odświeżyć uniwersum pełne potworów, grozy i koszmarów. Zamiast tego dostajemy proste, familijne kino dla każdego. Ok. 130 milionów dolarów poszło na dwugodzinny zwiastun, który może jednak nie zadowoli każdego.

Wojciech Bryk: Dobrych filmów grozy jest sporo. Współczesne horrory wypadają jednak kiepsko, dlatego też, gdy usłyszałem o powracającym egipskim potworze Universalu, jedynie przez chwilę liczyłem na prawdziwy powrót do „Mumii” z 1932. Nie miałem co do filmu zbyt dużych oczekiwań, bo z tyłu głowy zaraz potem pojawiło się wspomnienie wersji z 1999 roku, podążającej za bardziej rozrywkową modą. Dlatego produkcję skreśliłem z listy „Horrory do obejrzenia” i podszedłem do tego, jak do filmu przygodowo-fantastycznego. Co takiego w końcu otrzymaliśmy? Coś pomiędzy horrorem a fantasy. Film ani dobry, ani tragiczny, zawieszony między ‘32 a ‘99. W skrócie przaśny i lekki, bez rewelacji, z paroma niedociągnięciami i przyzwoitą dawką dobrego humoru, który jednak na pewno nie wyprosi nas z kinowej sali i zapewni względnie dobrą i prostą rozrywkę. O ile nie oczekiwaliście cudów.

Oleksii Abramov: Niedociągnięć było nie kilka, lecz dużo, bardzo dużo. Można nawet stworzyć listę 69 pytań do twórców, bazując na tych rozbieżnościach i przekręceniach. Ale taką listę również można stworzyć do filmów DC, Marvel i w ogóle prawie każdego powstającego w dzisiejszych czasach. Mało komu chce się bawić w dopinanie na ostatni guzik wszystkich elementów, bowiem podczas przewijających się szybko ujęć widz i tak nie zauważy większości szczegółów. Natomiast z pewnością można powiedzieć, że była to w miarę udana próba tworzenia nowego uniwersum, kolejnego na kinowym poligonie. Ja bym nie porównywał filmu ani do tego z ’32, ani do dwóch części z żoną Bonda i całą ekipą hollywoodzkich gwiazd. Od takiego zestawienia odciągają mnie chociażby Dr. H. Jekyll, sposób, w jaki historia została opowiedziana, specyficzny humor na współczesną manierę i kilka innych rzeczy. Z filmem z 1999 roku „Mumię” łączy tylko pojawiająca się na sekundę Księga Umarłych, jako taki smaczek dla fanów tamtej produkcji.

W.B.: Ale po kolei. Nick Morton (w tej roli już nie tak dobry, jak dawniej Tom Cruise) podczas brawurowej akcji „ratowania” antyków wywołuje wraz ze swoim towarzyszem (Jake Johnson) bałagan, który kończy się odkryciem starożytnego egipskiego grobowca. Z opisu filmu wnioskować mogliśmy, że będzie to produkcja mroczna i straszna, bo „czyha tam ukryte niebezpieczeństwo”. Szybko jednak okazuje się, że będziemy mieli do czynienia z zabawnym i egocentrycznym poszukiwaczem przygód, który urok osobisty stawia ponad rozsądkiem, co stosunkowo szybko sprowadza na niego kolejne kłopoty.

Konwencja nakazuje, aby głównemu bohaterowi towarzyszyła mądra piękność i tym razem jest to pani archeolog Jenny Halsey (Annabelle Wallis). Od pierwszego spotkania sypią się iskry i oboje wymieniają się z gracją kąśliwymi uwagami. Do pełni szczęścia potrzebna jest nam starożytna mumia i mamy komplet: arogancki łowca przygód, piękna towarzyszka i legendarny potwór. Skąd trudność z umiejscowieniem filmu gdziekolwiek? Z jednej strony producenci z pewnością chcieli otworzyć efektownie swoje uniwersum, dlatego mamy sceny z rozmachem, jednak niekiedy zdecydowanie niepotrzebnym i mocno przesadzonym. W porównaniu z innymi przygodowymi filmami twórcy decydują się na większą ilość scen, które mają nas przerazić, jednak były to głównie efekty specjalne z udziałem zombie, a nie klimatyczne i wstrząsające sceny z produkcji lat 30.

O.A.: Nie wiem, czy do pięknie opisanego przez ciebie duetu udało się organicznie dopasować egipskich bogów, klątwy, mumię i zombie. Brakuje czytelnych retrospekcji, historii w historii, która zbliżyłaby nas do  niezwykłego świata faraonów. Mamy kilka zdań i ujęć naprowadzających, by jakkolwiek zrozumieć, co się wydarzyło dawniej, i co z tego może być teraz, i na tym wszystko się kończy. A dalej męska wersja Lary Croft z wiecznie otwartą buzią – co uważam za największy problem aktora Cruise’a, po prostu zmaga się z konsekwencjami swoich czynów. Przy czym główny bohater nie rozumie, co się dzieje dookoła, a my wraz z nim ślepo przemieszczamy się do kolejnych lokacji.

W „Mumii” zabrakło historii samej mumii, jest to błahy szkielet, który nie niesie za sobą żadnych treści. Tak samo niesmacznie wyglądają żywe trupy – komicznie, nieudolnie, płasko. Kiedy Rick O’Connel i Ardeth Bey zmagali się z armią mumii, myślałeś: „Ale chłopaki mają przesrane”. Tu przeciwników postrzegasz raczej jak żywe tarcze dla treningu, które nie niosą żadnego zagrożenia. To, że bohaterowie nie mogą uporać się z nimi, to już inna sprawa. Ja z największym zaciekawieniem obserwowałem momenty brawurowych przygód Nicka i fragmenty, które wprowadzały do „Mumii” zapowiedzi innych produkcji uniwersum. Dr. Jekyll/Mr. Hyde, tajemnicze artefakty światowego zła, cały ten ukryty świat bestii i epickie: „Czasami, by pokonać potwora, trzeba stać się potworem” bardziej przykuły moją uwagę niż solowa część z mumią.

W.B.: I jak zauważyłeś film znów trafia „pomiędzy” – z jednej strony całkowicie płaska i bezbarwna Ahmanet, z drugiej elementy zapowiadające większą całość, które wzbudzają ciekawość, co zdarzy się dalej. Jednak na sukces otwarcia uniwersum potrzebna była produkcja mocna w obu tych aspektach, a część – jak ją nazwałeś solowa, jest mocno niedociągnięta. Criuse może i mógłby podratować wszystko, ale taką postać mu napisali. Jenny Halsey z czasem schodzi na baaardzo odległy plan i płomień powoli gaśnie, bo sama niewiele wnosi do historii.

Zgodni jesteśmy chyba co do Dr Jekylla (Russell Crowe), którego kluczowe występy mogły być zaledwie zapowiedzią tego, co postać zaoferować może nam w następnych filmach. Zapowiedzią, bo jeżeli to wszystko, co będzie miał do pokazania, to tutaj też jednak się rozczarujemy. Postać ta, tak jak film, znów będzie „pomiędzy” (tym razem między tajemniczym geniuszem a bohaterem dokooptowanym na siłę). Zgodzę się również w kwestii tła. Historia starożytnego Egiptu w filmie została potraktowana po prostu po sierocemu. W „Indianie Jones” Steven Spielberg z niezwykłym namaszczeniem podszedł do historycznego klimatu, w przypadku „Mumii” jednak zostało to tak zlekceważone, że sami producenci powinni trafić do domu z rtęcią.

O.A.: Wszystko wskazuje na to, że dostaliśmy dwugodzinny zwiastun Dark Universe, w którym jednak można spostrzec więcej logiki, a raczej po prostu umiejętnie zrobionej ciągłości, niż w zachwalanej „Wonder Woman”. Ostatnio z Cruisem pojawiło się kilka udanych filmów: kolejna „Misja”, „Na skraju jutra” i inne – a sam profesjonalista w ratowaniu pośrednich produkcji i tu wypada całkiem solidnie. Obawiam się właśnie co do Mr. Hyde’a. Każdy po obejrzeniu sam zdecyduje, czy ta postać w tej konkretnej wersji jest w stanie zadowolić nasze potrzeby. Dla mnie biurko w jego pokoju było wystarczającym dowodem, by powoli przestać czekać na „Niewidzialnego Człowieka” z Deppem.

Argument w stylu: „nie chcieli zrobić kolejnego zielonego Avengersa” mnie nie przekonuje, bowiem próba pokazania Hyde’a była podjęta jeszcze w 2003 roku w „Lidze niezwykłych dżentelmenów”, gdzie akurat swoją transformacją trochę przypominał obecnego kinowego Hulka. Odpuśćmy sobie samą „Mumię”, która nie dorówna się ani do tej z 1932, ani do tej „familijno-przygodowej”, a spójrzmy na fakt, iż było w tym filmie kilka scen akcji z rozmachem, poniekąd ciekawe ujęcia, intrygujące zapowiedzi i niezła gra części aktorów. Nawet sama Ahmanet w kilku momentach przyjemnie mnie zaskoczyła. Kompletnie nie ma tu poruszającej muzyki, scen, które straszą, za mało krwawych porachunków Egipcjan i „charyzmatycznej” mumii. 5/10 dla oszalałej Ahmanet i 8/10 dla zapowiedzi uniwersum.

W.B.: Tak, jak pisałem na początku – „Mumia” jest sympatycznym, luźnym i zabawnym filmem, bardziej familijnym niż wnoszącym coś nowego do kina. Niedostatki w historii i postaciach nadrabia humorem całkiem udanie dawkowanym. Znośny klimat fantasy i co ważniejsze – brak silenia się na horror. Wszystko sprawia, że produkcja może rozczarować, jeżeli ktoś liczył na coś przełomowego, ale raczej nikt nie będzie wściekły, że zmarnował czas w kinie. Niewybaczalne jest natomiast rozpoczęcie nowej kinowej serii w tak przeciętny sposób. Na kolejne filmy wiele osób wybierze się z pewnością z ciekawości (wśród nich ja), a może nawet z nadzieją, lecz pewne jest, że po falstarcie całość projektu może stać pod znakiem zapytania. Niemniej, nie bawiłem się źle, więc ode mnie 6/10.

 

Dawno nie oglądaliście dobrej przygodówki na dużym ekranie? Nowa „Mumia” może wam zapewnić taką zabawę. Nie mogliście się doczekać kolejnego horroru? Przynajmniej zobaczycie zapowiedź Dark Universe. Ale z pewnością wyjście do Cinema City na ten film nie będzie niepotrzebnym wydatkiem z rodzinnego budżetu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *