Starcie na śmierć i życie pod bramami Camelotu

Jeszcze nigdy nie mieliśmy na temat filmu tak odmiennych zdań. Skończyć może się to tylko w jeden sposób. Dla jednego chwała, dla drugiego zapomnienie. Zwycięzcę niech osądzi historia (albo wyniki sprzedaży).

Wojciech Bryk: Jestem głupi. Głupi i do tego naiwny. Pomimo wielu rozczarowań nadal daję się nabrać w to, co zobaczę na zwiastunach. Mimo że upchane są tam najczęściej wszystkie najlepsze sceny z filmu i potem niewiele więcej możemy zobaczyć, zapominam o tym. Nabrała mnie tak „Wonder Woman”, a wcześniej „Pasażerowie”. Pomimo tych wszystkich rozczarowań, gdy tylko zobaczyłem zwiastun „Króla Artura”, ślinka ciekła mi tak bardzo, że aż nie sposób przyznać, że zrobiło mi się po prostu mokro. Jako fan książek fantasy i całego tego magicznego klimatu ze smokami i magią, cieszę się, że i tym razem dałem się złapać na zwiastun. Tym razem się nie rozczarowałem.

Wszystko zaczyna się od żądzy władzy. Vortigern (Jude Law) sprzymierza się z mocami ciemności, chcąc zabić swojego brata – króla Uthera (Eric Bana) oraz jego rodzinę, by przejąć po nim tron i wprowadzić swoje własne okrutne rządy. Z zamachu stanu udaje się, niczym biblijnemu Mojżeszowi, umknąć młodziutkiemu jeszcze wtedy Arturowi (Oliver Zack Baker). Zrządzeniem losu trafia do domu cielesnych uciech, gdzie wychowuje się pod opieką kurtyzan. W końcu wyrasta nam na silnego, zdrowego i błyskotliwego rozbójnika, cwaniaczka, awanturnika, złodziejaszka i wykidajłę, który potrafi sobie poradzić w życiu (czego innego mogliśmy się spodziewać po dorastaniu w takim towarzystwie). Potem jednak zmienia się życie dorosłego już Artura (Charlie Hunnam) oraz wszystkich mieszkańców królestwa, bo powoli zaczyna zbliżać się moment spełniania przepowiedni…

Oleksii Abramov: Jeśli nie wiecie, gdzie w wypowiedzi mojego kolegi podziała się „legendarna legenda” o Królu Arturze, gdzie umknął nam epicki artefakt – miecz Excalibur i w jakim pubie popija soczek Merlin, to nie załamujcie się. Odpowiedź jest prosta, Guy Ritchie zrobił raczej film o Aladynie niż o rycerzach okrągłego stołu. Jak i pozostałe elementy, „biurko obradowe króla” jest w tej produkcji jedynie na zasadzie cameo, a cała historia podana została w tak chaotyczny sposób, że nie tyle irytuje, co banalnie zanudza.

Pierwsze dziesięć minut „Legendy o mieczu” od razu rzucają widza na głęboką wodę, na dodatek z kamieniem przywiązanym do szyi i, nic nie wyjaśniając, zaczynają nabierać obrotów. O czym myśleli producenci? Że każdy będzie wiedział, o co chodzi i kim są ci bohaterowie? Nawet jeśli, dajmy na to, większość na kinowej sali zna oryginalną legendę, to w jej licznych interpretacjach, zwłaszcza tej najnowszej od Ritchie’go, można nieźle się pogubić. Widziałem różne odmiany historii o Arturze, Merlinie i całym tym czarodziejskim bałaganie. Były bardziej i mniej udane, robiły z króla antagonistę i wplątywały w ten świat naukę i postęp technologiczny. Za przykład jednej z najgorszych uważałem tę z kultowego serialu „Gwiezdne wrota”, lecz tej produkcji udało się „podwyższyć” poziom absurdalności i zrzucić konkurenta z pierwszego miejsca na mojej liście.

W.B.: Och, mój biedny niedoświadczony giermku. Od kiedy to przed filmem musimy dostawać broszurkę z dokładnymi danymi pojawiających się na ekranie postaci? Jeżeli bardzo chcesz, przed następnym filmem przygotuję Ci książeczkę ze spojlerami. Może tego nie zauważyłeś, ale Artur po chwyceniu za Excalibur nie został koronowany od razu na króla (domyślam się, że lubisz rzeczy, które od razu kończą się happy endem), ale o tron musiał powalczyć.

Mamy tutaj jakże popularną w fantasy, ale i nie tylko, historię od zera do bohatera, podczas której główny bohater zdaje sobie sprawę ze swojego pochodzenia, musi nauczyć się korzystać z „mocy”, uwierzyć w siebie i w końcu skopać blaszany tyłek złego króla. Motyw na tyle często pojawiający się już wcześniej, że nieumiejętnie przedstawiony po prostu nudził (przykład  ̶  pompatyczny „Eragon”). W tym przypadku nie nudziłem się ani przez chwilę. Artur przedstawiony został w taki sposób, że nawet gdyby nie podążył za swoim przeznaczeniem i postanowił zostać zwykłym łotrem w pełni bym mu to wybaczył. Cała historia była pełna życia, a wspomniane przez Ciebie obroty raz rozkręcone nie zatrzymywały się nawet na chwilę. Dzięki dynamicznemu montażowi i wplatanym retrospekcjom na ekranie ciągle się coś działo, a przegadanych zazwyczaj w filmach fragmentów dotyczących przeznaczenia i wyższego dobra w sprytny sposób uniknięto.

Zgadza się, reżyser nieco namieszał. Biedaku, nie zobaczyłeś Merlina i o to tak się dąsasz? Gdyby na ekranie pojawił się podstarzały mentor, popychający głównego bohatera to w jedną, to w drugą stronę, dostałbym chyba wylewu. Mebli widzę też Ci brakowało? Nie przypominam sobie jednak, żeby w tytule filmu padło coś o okrągłym stole. Sherlocku, to mógł być dla Ciebie sygnał, że przede wszystkim będzie chodziło o miecz, a nie zakutych w stal, pięknych, honorowych i w ogóle „dajcie mi smoka, bo obiecałem go mojej wybrance” rycerzy, którzy wokół pięknego okrągłego blatu będą dywagować o poziomie infrastruktury w państwie i wybierać się na poszukiwania świętego Graala. Guy Ritchie przedstawił nam (skup się, bo to teraz ważne) jedynie fragment legendy o królu Anglii, a dokładnie to jego genezę (na którą w sumie też panuje ostatnio moda).

O.A.: Owszem, każdy może zaprezentować swoją wizję i bez tego niejednoznacznie traktowanej legendy, ale skoro już w zwiastunach wyraźnie dostałem zapowiedź świata przepełnionego magią, potworami i rycerstwem, to poproszę mi to pokazać. Nie wystarczy sceny ze słoniami-wieżowcami na początku, przypominającej trochę „Władcę pierścieni”, trochę „300” i szybko przewijających się ujęć, gdzie Artur robi „level up” za pomocą NPC. Nie wystarczy też sceny bardzo podobnej do walki Neo z agentami na ciasnym podwórku. Mało, że to nie jest ten mega świat, ani nawet jego ułamek, który nam obiecano, ale również przykład kiepskiego kręcenia, montażu i całej postprodukcji.

Od zera do bohatera mówisz? Nie, w tym przypadku to nie działało. Przez 99% czasu ekranowego Artur i tak zostaje łajdakiem bez motywacji. Nie wiadomo, dlaczego nie chce zostać królem, dlaczego się upiera, ucieka i skąd nagle fraza kardynalnie zmieniająca sytuację na końcu filmu, że stryj zrobił z głównego bohatera tego, kim on jest teraz. W ogóle nie wiadomo, po co Artur prowadzi swoje biznesy, napędza interes, zbiera w schowku złoto, które, nawiasem mówiąc, jak już straci, przestaje go całkowicie obchodzić. Jaki był cel tej postaci, co ten średniowieczny mafioza chciał osiągnąć? I to nie jedyny przypadek braku logiczności i postępów. Co stoi za bohaterką Àstrid Bergès-Frisbey? Iluzoryczny Merlin kazał jej znaleźć chłopczynę-biedaka i go naprowadzić, więc postanawia pobawić się zwierzętami za pomocą magii, zamiast naprawdę wejść w interakcję z bohaterem Hunnama. Jaką rolę odgrywa Sir Bedivere, oprócz niby dowodzenia ruchem oporu, przy czym wszystkie rozkazy i tak wydaje sam Artur.

Jest to film, który prowadzi donikąd, jego historia stoi w miejscu. Najbardziej mnie ciekawiły momenty spokoju, planowanie kolejnych kroków przez bohaterów, ich nietypowe dialogi. Czekałem nie na sceny akcji, które wręcz mnie obrzydzały, a na takie pogadanki i prezentacje kawałków historii. Dwie retrospekcje też były zrobione w stylu Guya Ritchie’go, przypominały chociażby podobne ujęcia z jego „Porachunków”. Zaś trzecie tego typu dynamiczne cięcie było zupełnie niepotrzebne i, powtórzę po raz kolejny, do niczego nie prowadziło. Z motywami swoich działań miał problem nawet Jude Law, na którego robiłem największą stawkę. Dlaczego postanawia wszystkich pozabijać, gdy dochodzi do kontaktu z magicznym złem, kryjącym się pod zamkiem, gdzie podziała się cała jego krwawa brutalność w środku filmu? To już chyba setne moje pytanie do tej produkcji. Sam aktor zagrał świetnie, pokazał sto procent swoich umiejętności, ale scenariusz nie dawał mu możliwości rozwoju, nie pozwalał pokazać też dramatyzmu. Jest jedna scena z szekspirowskim napięciem i na tym film poprzestaje.

W.B.: Nie mam więc pojęcia jakiej magii po filmie oczekiwałeś. Czas też na historyczną ciekawostkę! Artur żyje w czasach, gdy ktoś urodzony chłopem, najczęściej umiera chłopem, więc jedyne, co mu w życiu zostało to kombinować, jak wytrzymać do końca miesiąca.  Młody przyszły król nie miał więc wielkiego marzenia o zostaniu rycerzem, bo realia nie bardzo mu na to pozwalały. Przejdźmy do konkretów – Vortigern przykuł moją uwagę bardziej niż sam główny bohater. Żądny władzy nie cofa się przed niczym, jednak nie jest to jednowymiarowy złoczyńca, dla ludu oschły, zimny, bez emocji, lubujący się w całkowitym posłuszeństwie swoich poddanych. Za pałacowymi drzwiami dopuszczający się okrucieństw, lecz nie całkowicie bez skrupułów. Jako czarny charakter Jude Law wypadł naprawdę dobrze, brakowało może jednej kluczowej sceny, która naprawdę przemówiłaby pod tym względem do widzów.

Magia w filmie nie została przedstawiona w hollywodzki sposób. Zamiast wielu płomieni i „laserowych” efektów dostaliśmy jej bardziej pierwotną wersję. Jednak co do Czarodziejki muszę przyznać Ci rację. Postać grana przez Bergès-Frisbey wypadała naprawdę tekturowo, a wypowiadane przez nią kwestie i sposób grania działały mocno na nerwy. Sir Bedivere i cała reszta odegrali po prostu swoje drugoplanowe role, bo gdy pojawia się naznaczony przez przeznaczenie „chłopak z farmy”, cały walczący latami ruch oporu traci na znaczeniu. Legenda króla Artura osadzona jest w średniowiecznych realiach z domieszką magii, twórcy jednak zaproponowali coś, co mi się niezwykle spodobało, lecz nie wszystkim musiało odpowiadać. Poprowadzili oni film z wykorzystaniem wszystkich elementów znanych z produkcji kina akcji. Dynamika cięć i wymyślne sekwencje kamery wyglądały świetnie i zazwyczaj pasowały do sytuacji. Zarzutem może być nie brak dokładności, a niezgodność z gatunkiem, jaki oglądaliśmy.

W finałowych walkach mogliśmy zobaczyć komputerowe animacje, żywcem wyjęte ze zwiastunów współczesnych gier video, lecz wolę to niż nieudolne próby zatuszowania montażem braku możliwości zagrania niektórych rzeczy. Twórcy raczej wyszli z założenia, że jeżeli ktoś chce obejrzeć epicką walkę dobra ze złem, dorównującą temu, co dzieje się w naszej wyobraźni podczas czytania książek, musi pogodzić się z tym, że dojdzie do ogromnej komputerowej ingerencji. Nie mam tego nikomu za złe, bo właśnie te walki pasowały do zaproponowanej całości. Zderzenie średniowiecznych realiów ze współczesnym podejście można zauważyć nie tylko w montażu, ale również w muzyce (nie otrzymaliśmy soundtracku granego jedynie na klimatycznych instrumentach), w wykreowaniu głównego bohatera, dialogach czy kostiumach (chociaż w ostatnim przypadku kłuło to czasami w oczy). Wszystkie te elementy składały się na spójną całość, współgrały ze sobą. Mamy tu więc do czynienia z legendą Artura przedstawioną za pomocą współczesnych narzędzi.

O.A.: Skoro twórcy byli nastawieni na połączenie współczesności z klasyką, to trzeba było iść w kierunku gry „The Order: 1886”. Żeby było wiadomo, o co chodzi, krótko mówię: Londyn, 1886, walka rycerzy okrągłego stołu ze złem w postaci wampirów, wilkołaków, ale z odpowiednimi elementami magii. Zamiast Merlina młody Nikola Tesla, który dostarcza technologiczne smaczki dla kolejnych starć. Jest i swój odpowiednik Vortigerna, który odwrócił się od rycerzy. Fabuła naprawdę na przyzwoitym poziomie – ciekawe zwroty akcji, których niestety nie dostrzegłem w filmie – i nie łamie koncepcji przedstawionych czasów. Natomiast nie wiem, skąd się wziął w średniowieczu slang typu „mate” i „fucking work”, hipsterskie ubranka i wikingowie rocznika 2017. No dobrze, spróbowali, nie udało się, trudno. Zresztą wspomniany wyżej „The Order” też spodobał się tylko mi i jeszcze garstce ludzi.

Nie poruszyłem kwestii czarnoskórych, o których wspominałeś w innym swoim tekście. Przymknąłbym oczy na jednego takiego osobnika, bowiem odnieść to można do tejże kombinacji stylów, ale tu naprawdę było ich za dużo na metr kwadratowy filmu. Dochodzi do tego praca możliwie pijanego kamerzysty – kamera była niekontrolowana, jak w ostatnim „Residencie” – i niepotrzebne sceny, w których nie było czuć geniuszu Guya Ritchie’go.  Pewnie za często wychodził na fajkę, a w jego fotelu siadał ktoś inny. W ostateczności kilka fajnie zrobionych rzeczy, cudowna finałowa walka, przypominająca cut-scene z komputerowych fighterów i cud-miód muzyka dają mi powód, by wystawić „Legendzie o mieczu” 5/10 i ani punkt wyżej.

W.B.: Gdyby pomysł przypominałby to, o czym mówisz, wtedy miałbyś pretensje, że twórcy chamsko zrzynali z konsolowej wizji legendy Artura (cóż, nie każdemu dogodzisz). Guy Ritchie miał własny sposób na przedstawienie znanej już historii, nie chciał jej umieszczać we współczesności, ale przedstawić za pomocą współczesnych zabiegów, a o wspomnianej grze pewnie w życiu nie słyszał. Spokojnie, moi drodzy, żeby udać się na Króla Artura i legendę jego miecza, a przy okazji bawić się w dynamicznym świecie fantasy, nie musicie znać ani wspomnianej konsolowej produkcji, ani żadnej innej gry planszowej. Interpretacja arturiańskiej legendy jest czymś, przy czym fani fantasy z pewnością powinni się dobrze bawić: dużo magicznych efektów specjalnych, błyskotliwy główny bohater, wyrazisty zły charakter i wszystko dynamicznie nakręcone z pomysłową pracą kamery, która mogła być chaotyczna, ale na pewno we właściwych miejscach.

Ja od dawna nie bawiłem się tak dobrze w kinie. Otrzymałem niemal wszystko, co uwielbiam i prywatnie dałbym 10 na 10, jednak obiektywnie muszę przyznać, że nie wszystko było cudowne. Irytująca postać Czarodziejki, zupełnie zniewieściali wikingowie (ktoś tu chyba nie oglądał popularnego ostatnio serialu) oraz zbyt mało uwydatniona brutalność Vortigerna. Film jednak przedstawiony był w odmienny sposób, który mnie urzekł i sprawił, że nie mogłem nawet na chwilę oderwać wzroku od ekranu i powtarzałem sobie: „Chwilo, trwaj”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *