Recenzja

Transformers 5: Oni przynajmniej mieli Merlina

Film z rozmachem, więc postanowiliśmy dodać trochę epickości również do naszych recenzji. Niczym superbohaterowie beż żadnych mocy wybraliśmy sobie ksywy godne autobotów. Ten mniej kreatywny, ale bardzo podobny do słynnego łowcy wampirów, od teraz znany będzie jako Abraham Lincoln. Posługujący się dwuznacznymi wypowiedziami niczym Strange magią, tytuł doktora przyznał sobie sam (jak na jego ego przystało), chociaż bez peleryny, ale z zapasem głupich żartów – Doktor Ego. Witajcie swoich nowych bohaterów z analizą kolejnej produkcji Michaela Baya.

Abraham Lincoln: Ostatnio narzekałem na „Wonder Woman” i „Króla Artura”, a okazuje się, że są to produkcje zrobione w miarę dobrze i przy nich naprawdę można nieźle się bawić. Natomiast kwintesencją wszystkiego, co niedobre, na chwilę obecną jest film „Transformers: Ostatni Rycerz”. Pewnie już zgadliście, o którego rycerza chodzi? Tak, tak, Optimus i pozostała banda robotów ściśle jest związana z Merlinem, okrągłym stołem i wszystkimi tymi atrybutami słynnej legendy. Wydaje mi się, że Michael Bay po prostu zobaczył to, co stworzył jego kolega po fachu Ritchie i stwierdził, że może zrobić to lepiej. Jak się teraz okazało  ̶  nie może. By od razu wyjaśnić co czuję po obejrzeniu filmu, powiem tak: Jakbym chciał pooglądać niezłą akcję z karabinami i pistoletami, ale bez przemyślanej historii, to kupiłbym sobie bilet na Major po CS:GO albo, jeśli bez broni, wybrałbym się na turniej któregokolwiek innego sportu drużynowego.

Doktor Ego: Spotkanie z dżinem z lampy niesie za sobą pewien morał: „Uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić”. Taką przestrogę powinniśmy mieć w głowie, wybierając się do kina. Narzekałeś ostatnio na Merlina, rycerzy okrągłego stołu i całe nieporadne zderzenie nowego ze starym? Zupełnie jak za sprawą magicznej różdżki (a dokładnie to merlinowskiej laski) Twoje życzenie się spełniło. Po Twojej minie ciężko byłoby stwierdzić, co tak właściwie czułeś na koniec, zresztą nie tylko Twoje uczucia zmieniały się w czasie tego seansu. Jedno jest pewne, swoimi słowami z pewnością się zachłysnąłeś.

Wojna między ludźmi i Transformerami nadal trwa. Optimus Prime opuszcza Ziemię i postanawia znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania. Okazuje się jednak, że klucz do ich rozwiązania znajdował się pod ręką, bo w zapomnianej przez wszystkich wspólnej przeszłości ludzi i robotów. Okazuję się, że podręczniki do historii znów coś troszkę przekręciły. Los świata po raz drugi ląduję na barkach Cade’a Yeagera (Mark Wahlberg), tym razem pomaga mu ekscentryczny brytyjski lord (sir Anthony Hopkins), piękna pani profesor (Laura Haddock) oraz uwielbiany przez wszystkich Bumblebee. Czego każdy wybierający się na film mógł się spodziewać? Mnóstwa eksplozji, efektów specjalnych, totalnej demolki i jeszcze raz wybuchów, czyli rozmachu w stylu Michaela Baya. Chociaż po seansie można mieć mieszane uczucia, z ręką na sercu muszę przyznać, że chłopak ma wyobraźnie. Tylko czy to wystarczy…

A.L.: Z pewnością nie wystarczy, bo wszystkie swoje „chore” fantazje trzeba umieć odpowiednio zrealizować. Ja rozumiem, przeciętny widz, oglądając takie kino i konsumując popcorn, ma zaniżone oczekiwania, nie spodziewa się głębszego sensu i przemyśleń klasyków światowej literatury. Ale jednak produkcja, którą oglądamy i która ma odpowiednio duży budżet, ma być spójna i posiadać minimalny poziom dobrego montażu. Wybierając się na „Transrofmers” ciężko jest spodziewać się czegoś zupełnie nowego i nieznanego, ale ja zawsze oglądałem te filmy z nadzieją, że zobaczę świetną walkę Autobotów i Deceptikonów, zamieniających się w szybkie samochody i inne niesamowite środki transportu.

W tej części jednak większość roboty odwalają ludzie, a Transformery, podobnie do Jacka Sparrowa z ostatnich „Piratów”, zamieniają się na nieudolną kupę kosmicznego metalu. Jedyną epicką bitwę w stylu pierwszych trzech części, którą mogliśmy zobaczyć na ekranach kin, była ta ze zwiastunów, gdzie Optimus walczy ze swoim wojskowym towarzyszem Bee. Pozostałe akcje – to mieszanina z rozmachem, gdzie, choć i oglądasz to, co się dzieje z opuszczoną szczęką, nie da się zrozumieć i delektować całym ogromem „zderzenia dwóch światów”. Co prawda jest kilka smaczków, chociażby z „Transformers 4”, które naprawdę mi się podobały. Swoją część roboty znakomicie wykonał chociażby mechaniczny T-rex i inne dinozaury.

 

Dr Ego: Opadająca szczęka jest jak najbardziej na miejscu w przypadku, gdy na ekranie pojawiają się nam z każdą chwilą sceny, które ocierają się już o absurd. Z pewnością mocną stroną produkcji spod znaku zmieniających się samochodów jest duża dynamika – widz nie zazna spokoju i wytchnienia nawet na sekundę. Nawet jeżeli w scenie nie biorą udziału roboty, wojskowi czy szybkie samochody, to dialogi (ciężko je nazwać czasem dialogami) są wykrzykiwane, chaotyczne i pozbawione jakiegokolwiek układu. Inną zaletą serii jest z pewnością pomysłowość. Kreatywnego podejścia nie można im odmówić. Sama walka gigantycznych robotów jest już czymś efektownym, a dodanie do tego wszystkiego smoków i metalowych rycerzy sprawia, że już nic cię nie zaskoczy. Bum! Eksplozja i GPS informuje nas, że kolejny punkt kulminacyjny miniemy za 30 minut.

Tu jednak rodzi się chyba największy minus całej serii. Mimo całego rozmachu i pomysłów, brak nam spójnej historii, jakiejś jednej linii, której moglibyśmy się trzymać. Upychanie coraz to bardziej efekciarskich momentów jest z pewnością przyjemne dla oka, ale może się przejeść (kiedyś w końcu brakuje nam w ustach miejsca na kolejną słodką piankę). „Transformersom” brakuję po prostu dobrej fabuły lub jakiejkolwiek fabuły. Tak jak w poprzednich częściach widać, że reżyser wychodzi z założenia, że jeżeli będzie trzymał film na najwyższym biegu i nawet na chwilę nie zwolni, to nikt nie będzie miał czasu zadać pytania: ale o co właściwie chodzi? Tysiąc rzeczy na minutę i tysiąc jeden wybuchów mi się jednak podobało, co Ty jednak sądzisz o tym wszystkim?

A.L.: Podchodząc do tych obrotów od strony technicznej, mnie akurat się nie podobało. Zacznijmy od pracy kamery. Nie ten kąt, nie te ujęcia, „trzęsące się ręce” kamerzysty to coś, co potrafi każdy. A nam w tej produkcji towarzyszy Michael Bay. Można było postarać się bardziej? Z pewnością można. A postprodukcja? Wiadomo, dla poszczególnych scen ponastawiali kamer z każdej strony i nagrywali to zarówno od góry, jak i spod nóg bohaterów. Robi się tak dlatego, by uchwycić najpiękniejsze momenty z najlepszej strony. Ale kto znowu powiedział, że zszywanie tego w całość powinno wyglądać tak, jakby licealista w Windows Movie Makerze posklejał wysłane mu na pocztę surowe kawałki i oddał je z powrotem? Nie będę się więcej tego czepiał, bo ktoś i tak tych niedociągnięć nie zauważy, ponieważ wybuchy, samochody, Optimus, Wahlberg i Haddock z dekoltem, a ja nie chcę być od przesadnego akademickiego wymądrzania się.

Przejdźmy od maszyn i grafiki komputerowej do ludzi. Dialogi. Już o tym wspominałeś i to boli najbardziej. By wytłumaczyć, o co chodzi, podam abstrakcyjny przykład. Typowy dialog z tego filmu przebiegał mniej więcej w ten sposób. Bohater 1: Czuję to przeznaczenie, musimy zmierzyć się z konsekwencjami naszych wyborów. Honor, odwaga, bracia..! Bohater 2: A ja mam mechanicznego dinozaura, który rozwiąże wszystkie moje problemy. Bohater 3: Apokalipsa? Co mi tam, poznajcie mój tank czasów pierwszej wojny światowej, który ma schizofrenię. I to nie jest tak, że to zabieg artystyczny, forma żartu czy cokolwiek z tych rzeczy. Po prostu w 9 z 10 przypadków każdy nawijał o swoim, nie słuchając współrozmówcy. Byle cokolwiek powiedzieć i zostać zauważonym.

A żarty? Często zwracamy na to uwagę, bo jednak przeciętnemu cywilowi to się podoba w każdej produkcji. Moim zdaniem zrobione strasznie kiepsko. W „Wonder Woman” jest scena na wyspie, gdzie pomiędzy bohaterami toczy się rozmowa niby o penisie, niby o zegarku. To było zrobione elegancko. Podobna scena pojawia się i tu, tylko poziom ma o wiele niższy. Chałtura jednym słowem, bo ktoś znowu oddał pisanie śmiesznych kawałów dzieciakom z gimnazjum. Samą grę aktorską wyróżniłbym tylko u Anthony’ego Hopkinsa i jego robo-sługi. I niczym więcej po „ludzkiej części” ta produkcja poszczycić się nie może.

Dr Ego: W filmie muszą być dialogi, nawet w takim, jak ten. Taki styl mieliśmy już od początku. Nieporadne gigantyczne konstrukty rozbijające się o wszystko, a wokół nich biegający, machający rękami ludzie ciągle coś wykrzykujący. To chyba raniło uszy najbardziej, bo ani w tym składu, ani ładu, nic one też nie wnosiły. Zresztą w całym filmie możemy znaleźć masę scen, które pojawiły się tylko po to, by dorzucić coś zabawnego do całości. Niezręczno-świńska scena, o której mówisz, jest przykładem umieszczonej tylko po to, by mógł pojawić się żart, który wpadł komuś do głowy podczas śniadania. Wszystkich pewnie tak rozbawił, że szkoda byłoby go nie wykorzystać.

Poza Hopkinsem, jakkolwiek to zabrzmi, chciałbym zwrócić jeszcze uwagę na 15-letnią Isabel Moner, która w przeciwieństwie do pozostałych wyraźnie wczuła się w swoją rolę, a na jej twarzy pojawiały się jakieś uczucia. Niestety w pewnym momencie znika nam z ekranu, by pojawić się dopiero pod koniec. Same historie bohaterów skrócone zostały do jednego, dwóch zdań, po to, aby umieścić jak najwięcej akcji później. Nie uważasz, że samych autobotów i decepticonów było jakoś… mało? Niewiele było chaotycznych dialogów w ich wykonaniu, a najbardziej brakowało mi charakterystycznego dźwięku podczas przemiany. Jak widać dla efektów specjalnych „warto” wyrzucić nawet to, co najważniejsze.

Jakby cała kosmiczna rozpierducha nie była wystarczającym kontentem, Bay postanawia pogrzebać w historii (niektóre źródła podają, że to jeszcze nie koniec) i zaskoczyć nas, mieszając i przeredagowując nieco naszą historię. Takie zabawy z pewnością dają cały wachlarz możliwości na przyszłość i wiesz co? Legenda o rycerzach w wersji 2.0 wcale nie była taka zła. Mnie się to naprawdę podobało. Wystarczyłoby tylko Ostatniego Rycerza pokroić na dwie – trzy części, opowiedzieć każdy fragment dokładniej, tak, aby każdy dostał coś więcej niż 5 minut (całkiem dosłownie), a z pomysłu można by wycisnąć naprawdę dużo.

A.L.: Zgodzę się, Transformerów było strasznie mało i, jak wspominałem na początku, cała uwaga była skupiona na ludzikach bez konkretnej historii. Interpretacją Merlina i smoka jestem pozytywnie zaskoczony, chociaż temu drugiemu, mechanicznemu bóstwu, też skradziono dużo czasu ekranowego, pewnie przez bardziej znanego widzom T-rexa. Początkowa legenda o słynnej bitwie z 484 roku to chyba jedyna rzecz, która w miarę trzyma się kupy. Pozostała część historii opowiedziana jest bardziej słownie przez lektora niż za pomocą działań bohaterów i ekspozycji. Z tej produkcji spokojnie można było wyrzucić połowę scen i niepotrzebnych elementów, a na ich miejsce wstawić coś dotyczącego obsady tej części.

Odnoszę wrażenie, że film był budowany na zasadzie epicko brzmiących haseł: „Mamy Merlina i smoka!”, „Too easy for Optimus!”, „Każdy prawdziwy rycerz powinien mieć czarnoskórego kolegę!”, „Więcej chaotycznych wybuchów, więcej frajdy!”, „Kpijmy z banałów: męskie narządy płciowe, amerykańsko-brytyjski akcent i seksizm – nasz poziom!” i tak dalej. Na rozgrywkach z „francuskim Hot Rodem” i wspomnianym staruszkiem-tankiem naprawdę się popłakałem z bezradności. W międzyczasie przypomniałem sobie jedyny pasujący do tej masy wszystkiego, co „najlepsze” fragment – zegarek, który… spoilers. Wychodzi na to, że nawet najbardziej bezrefleksyjny widz nie znajdzie nic wartego jego uwagi w tym filmie. Michael Bay i cała jego ekipa potrafią lepiej i pierwsze trzy części są tego świetnym przykładem. Na chwilę obecną produkcja mistrza wybuchów dostaje ode mnie 4/10. Nawet Toretto lepiej potrafi przejść na ciemną stronę mocy i pokazać rozgrywkę z łodzią podwodną.

Dr Ego: „Transformers” to franczyza o przybywających z odległych zakamarków kosmosu robotach, które toczą ze sobą wojnę na naszej planecie. Tylko szaleniec oczekiwałby głębokich przemyśleń i zadawania pytań na temat miejsca człowieka we wszechświecie. Mamy gigantyczne roboty, a ich celem jest niszczenie wszystkiego wokół. Film ma rozmach, dużo efekciarstwa i sporo nietypowych pomysłów, czy cierpi na tym fabuła? Owszem. I gdyby tylko ktoś zdecydował się to poprawić, moglibyśmy otrzymać całkiem niezłą zabawę (bo czym są Transformery, jak nie wielkimi zabawkami, o których marzy każdy chłopiec). Bawiłem się całkiem dobrze, średniowieczny kontent przypadł mi do gustu, a bardziej męczyły mnie nieuzasadnione sceny czy wywrzeszczane dialogi niż niezwalniająca akcja. Michaelowi wyszłoby na dobre, gdyby rozpędzoną produkcję czasem zwolnił, by wziąć majestatycznie trudny zakręt zamiast liczyć, że przetrwa zderzenie z bandą, pędząc przed siebie na najwyższych obrotach. Jednak ten kolos w przeciwieństwie do francuskich czołgów będzie miał podobno 14 biegów. Lecz czy nasza planeta to jeszcze wytrzyma? Ode mnie 6/10.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *