Are we still friends..?

Czekaliście na bombę? My też! Tak bardzo czekaliśmy, że po obejrzeniu „Thor: Ragnarok” chciało się nam jedynie płakać i pytać: „Marvel, ­­czy wy nadal jesteście naszymi kinowymi przyjaciółmi?”

Abraham Lincoln: A ja się serio zastanawiam, jak komuś mógł się nie podobać „Iron Man 3”, i dlaczego „Thor: Ragnarok” na starcie w większości zbiera same pozytywne oceny? Krytyka z każdej strony już wybiła mi z głowy snobistyczną myśl, że kino masowe może być czymś więcej niż prosta rozrywka na piątkowy wieczór. Ale czy musimy aż tak bardzo obniżać poziom tej rozrywki, na tyle nastawiać się na zyski i otwarcie kłamać w zwiastunach, żeby zrealizować ten plan? Wydaje mi się, że przydałaby się pewna otwartość. Robimy tanie kino dla wszystkich? Powiedzmy o tym od razu. Nie ma sensu się produkować i brawurowo krzyczeć o swoich ambicjach, żeby na koniec po raz drugi wypuścić „Strażników Galaktyki Vol. 2: Thor edition” na pociechę zajaranej publiki.

Dr Ego: Pierwsze zdania każdej recenzji, z jaką się do tej pory spotkałem, zaczynają się od słów w stylu „to najlepszy film Marvela do tej pory” lub „jest po prostu genialny”. Po tym, co zrobiono „Strażnikom Galaktyki”, przyszła pora na świetny „Spider-Man: Homecoming”, który utwierdził mnie w przekonaniu, że był to jednorazowy wybryk, a Star-Lord i reszta na jakiejś okropnej loterii wylosowali właśnie taką konwencję i już. Co do boga o pięknych blond włosach, chyba zgodzimy się, że jego poprzednie dwa filmy są dość średnie i nie wypadają najlepiej na tle całego kinowego uniwersum i są w tyle za „Iron Manem”, „Avengersami” czy pierwszą częścią „Strażników”. Brak było im charakteru, ale sam Thor prezentował się do tej pory tak, jak mogliśmy się tego spodziewać po nordyckim bóstwie. Jednak cały komercyjny balon, jaki został nadmuchany wokół Thora, mógł wskazywać, że przestano traktować go po macoszemu. Balon jednak pękł po kilku minutach filmu i pozostał jedynie niesmak z powodu bardzo niedojrzałego żartu w stylu pierdzącej poduszki. „Thor: Ragnarok” naprawdę mógłby być najlepszą produkcją Marvela jak do tej pory, mógłby być jednym z lepszych filmów, któremu niewiele byłoby do zarzucenia w ogóle. Dlaczego więc tak często chowałem twarz w dłonie i zastanawiałem się „czy oni naprawdę to zrobili”? Może dlatego, że nie mam już 12 lat.

A.L.: No właśnie, 12 lat. Wiesz, z kim mi się skojarzyła postać Thora w tym filmie? Ze SpongeBobem, którego szczerze nienawidzę od samego dzieciństwa. Od razu skupię się na jednej rzeczy, która mnie denerwowała równie mocno, co słabej jakości żarty. Do części dramatycznej ta produkcja podchodzi w tak chamski sposób, że zastanawiasz się, po co w ogóle było dodawać te elementy? Równie dobrze można by było zrobić z tego pełnometrażową wersję „Kung Fury”, w której – nawiasem mówiąc – też pojawiły się nordyckie bóstwa. Ale nawet w tej na maxa niepoważnej produkcji Thor dostał bardziej odpowiednią interpretację swojej postaci, niż w „Ragnaroku”. Ok, fakt, Marvel nie tworzy szekspirowskich dramatów, a obracanie wszystkich poważnych sytuacji w żart jest zabiegiem komercjalizacji. Ale całkowitą przesadą jest, kiedy kluczowe momenty napięcia tracą swoją moc właśnie za sprawą wyolbrzymionej niepoważności bohaterów. Jeszcze nieraz będę o tym wspominał, dla mnie ideałem połączenia trudnych przeżyć postaci komiksowej i luźnego sarkazmu jest „Iron Man 3”. Tam i bohaterom współczułeś, i atmosfera w odpowiednich momentach była łagodzona za pomocą żartów i wybryków Tony’ego Starka, a wszystko to sprawiało, że masowy widz nie czuł zmęczenia już po pół godziny oglądania. W „Thor: Ragnarok” dreszczyk emocji znika praktycznie po 30 sekundach od początku seansu, a na jego miejsce wskakuje całkowita ignorancja poważnych sytuacji.

Dr Ego: No dobra, żeby nie było, że tylko jeździmy po filmie. Tak jak wspomniałem wcześniej, mógłby on być najlepszą produkcją, bo jednak można wskazać sporo atutów. Niestety nie zaczniemy od gry aktorskiej, ale tak samo jak w „Strażnikach”, największą zaletą filmu są efekty specjalne. Chociaż wyprawa do Norwegii kłuła w oczy, bo praca w blue boxie była aż nad wyraz widoczna, to przez resztę filmu mogliśmy oglądać naprawdę świetnie wyglądające obrazki. Wszystkie walki, destrukcyjne starcia oraz kosmiczne rozwałki były przygotowane naprawdę smakowicie. Tak nieumiejętnie wykorzystywany w filmach slow motion tutaj był użyty z umiarem, a co więcej tworzył nam klimatyczne mitologiczne obrazki, niczym wersja 3D fresków z Kaplicy Sykstyńskiej. Sporo efektów poszło też na wszystkie stworki i potworki, od których wreszcie zaroiło się w Asgardzie i okolicach. Bo, jak przystało na Ragnarok, był i Fenrir, armia umarłych, ognisty olbrzym i wściekły Hulk.

Ogólnie rzecz biorąc, było kolorowo i neonowo, głównie za sprawą planety Arcymistrza, na której toczy się spora część akcji. Mimo pewnego rodzaju hołdu dla kiczowatej kolorystyki lat 80-tych, całkiem nieźle zaprezentowanej, niespecjalnie pasuje to do samego Ragnaroku. Mroczny i paskudny koniec Asgardu oraz zagłada wszystkich pozostałych światów w mitologii nordyckiej nie byłyby raczej świętem wypełnionym fajerwerkami, a raczej mroczne i szare, zupełnie jak druga część Thora – „Mroczny Świat”. Jeżeli jednak spojrzeć na całe uniwersum, każdy film teraz dostaje swoją stylówkę, a wiadomo, że liczba możliwości jest ograniczona. „Strażnicy” dostali świetną ścieżkę z klasyki rocka lat 80-tych i 90-tych, pajączek ma w tle The Ramones, po zwiastunie okazuje się, że Czarna Pantera będzie stylizowana na oldschoolowy gangsta rap (ale czy to nie trochę za stereotypowe?), a Thor dostał syntezator, którego pewnie w najbliższym czasie będzie wszędzie pełno. Czy jest to dobry wybór? Tutaj nie ma się chyba co ciskać, bo to kwestia gustu. Mnie pasowałoby to po prostu z innym podtytułem.

A.L.: Pozostaje mi dopowiedzieć o tym, o czym jeszcze nie wspomniałeś. Skupmy się na grze aktorów. Już ustaliliśmy, że za sprawą scenariusza talent Chrisa Hemswortha w odgrywaniu Boga Piorunów poszedł się… przespać do lepszych czasów. Charakter Toma Hiddlestona został taki, jaki ma być, i z tego powodu jestem zadowolony. Do Lokiego przekonałem się dopiero po kolejnych seansach „Thora” i „Avengersów” i cieszę się, że tej postaci z biegiem czasu nie schrzanili. Odświeżenie Hulka też przypadło mi do gustu, natomiast zagrany przez Marka Ruffalo Bruce Banner niestety dołączył się do nieudolnej bandy jełopów (żarty o stopniach naukowych też się pojawiły, jeśli ktoś miał wątpliwości). Pomijam Anthony’ego Hopkinsa, Idrisa Elbę, Benedicta Cumberbatcha i innych, bo nie mieli za dużo do zagrania, a to, co im zostało, wyglądało w miarę schludnie (nowy netflixowy „Wiedźmin”, mówisz?).

Tessa Thompson przekonała mnie, że właśnie tak wyglądają waleczne Valkyrie, a Cate Blanchett, którą otwarcie byłem zajarany, i Jeff Goldblum mogliby się postarać bardziej, chociaż to znowu raczej wina producentów. Co nam zostaje? Wspomniane efekty specjalne w niektórych momentach wykonane były byle jak, ale całość mnie zachwyciła. Skakanie po latających statkach chyba najbardziej przypominało mi lata 80-te i mistrzowski „Kung Fury”, więc generalnie nie narzekam. Jednak ten ciąg w miarę dobrych rzeczy w kinie jest mizerną częścią zepsutej produkcji. Nie wiem, jak komu, ale dla mnie nawet dość dbale wybrana muzyka nie wyciąga „Ragnaroku” z wąwozu. Powtórzenie „Imigrant Song” w dwóch ważnych momentach nie daje już tak mocnego efektu zajarania, jak to było w zwiastunie, chociaż nie ukrywam, że miło się tego słucha w kupie z ruszającymi się obrazkami. W każdym razie czasem było dobrze, ale całość raczej mnie nie przekonała – wręcz odwrotnie, zmusiła modlić się, żeby „Infinity War” było lepsze.

Dr Ego: Jeżeli chodzi o Anthony’ego Hopkinsa, Idrisa Elbę czy Cate Blanchett, to rzeczywiście było ich mało. O ile drobny udział Odyna jest zgrabnie uzasadniony, zresztą nigdy nie było go jakoś przesadnie dużo, i o ile szkoda, że nie było więcej Haimdalla, ale to też postać drugoplanowa, to ciężko zrozumieć, że tak mało czasu na ekranie otrzymała Hela, która była zrobiona fantastycznie i była ciemnym charakterem pełną gębą. Niestety, ze względu na „wesołe przygody” teamu Thor, najlepiej przygotowana postać musiała cieszyć się zaledwie z drobnych fragmentów, a przecież to ona była winna całego zamieszania. Widać, gumowa piłka dla Thora była bardziej godnym przeciwnikiem. Wymienione przeze mnie wyżej nazwiska łączy coś jeszcze. Były to chyba jedyne postaci, które w filmie dostały role na poważnie. Resztę postanowiono pozbawić drastycznie IQ i sprowadzić do poziomu żałosnych błaznów, którzy całej sytuacji nie brali na serio.

Całkiem inna sprawa to Tom Hiddleston jako Loki i Jeff Goldblum jako Arcymistrz, bo obaj byli na swój sposób ekscentryczni, ale głupkowate żarty powinny trzymać się przede wszystkim „boga psot”, a w kolejnej marvelowskiej komedii to rodzony syn Odyna był raczej mocno nierozgarniętym, niedojrzałym dzieciakiem. Najbardziej jednak rozczarował mnie Bruce Banner, który dalece odbiegał od tego, co reprezentował sobą w Avengersach. Filmu jednak nie nazwałbym tragicznym, gdyby zamiast żartów na poziomie „skórki od banana” postawiono na błyskotliwą pyskówkę, nawiązania do komiksów i innych produkcji – wtedy mielibyśmy naprawdę genialną perełkę w MCU. Jednak, gdy przy jednym stole spotyka się ekipa ludzi z branży, najwyraźniej łatwiej przychodzi napisanie sceny, w której bohater się przewraca, potyka lub upada, niż stworzenie bohatera, który powodowałby salwy śmiechu tekstami pełnymi sarkazmu i dwuznaczności.

A.L.: W podsumowaniu będzie naprawdę ostro, bo jest to kwintesencja mojego oburzenia po obejrzeniu „Ragnaroku” i nie ma sensu więcej rozwodzić się nad tym filmem. Mamy do czynienia z kolejną parodią tego, co najlepsze w pierwszych „Strażnikach Galaktyki” – i w sumie na tym można już poprzestać. Co było źle? Ano prawie wszystko. Upośledzony koleś zamiast Boga Piorunów, wredna babka zamiast Bogini Śmierci, żenująca komedia z tanimi żartami zamiast dramatu z eleganckim sarkazmem, stylizacja pod jakiś niewyraźny postmodernizm (?) i „Tron: Dziedzictwo” zamiast oferowanej w filmikach promujących czcionki ze starszych wersji pakietu Office i klimatów produkcji lat 80-tych i w końcu choroba „Pierwszego śniegu” – mocno zmienione sceny ze zwiastunów, które naraz straciły swój urok. Mam wymieniać dalej? A może warto zapytać, czy było coś dobrego w tym filmie? Było, ale po co ktoś zadawał sobie trudu i się starał, skoro całość zupełnie ze sobą nie grała. Wybacz, „najsilniejszy z Avengersów”, ale tym razem tylko 6/10.

Dr Ego: Myślałem, że to, co James Gunn zrobił „Strażnikom”, było czymś jednorazowym. Okazuje się jednak, że Marvel zmierza w fatalnym kierunku: tanich, kiepskich żartów i niedojrzałych gagów. Zaczynamy powoli wchodzić w świat, gdzie każdy bohater jest śmieszkiem i pozbawionym jakiejkolwiek powagi żartownisiem. Jeżeli miałbym wskazać, jaki film „Ragnarok” pobił, to wskazałbym wspomnianych wcześniej „Guardians of the Galaxy Vol. 2”, bo to, co Taika Waititi zrobił z tą produkcją, moim zdaniem powoli zaczyna uwłaczać widzom. Tym, czym jest „Straszny Film” dla horrorów, niedługo Marvel stanie się dla kina superbohaterskiego. Zaraz po seansie powiedziałem Ci, że przestaję czekać na „Infinity War”. Jeżeli w jednym miejscu dojdzie do zlotu miłośników supermocy, z czego każdy z nich będzie spłaszczony do roli błazna, to będziemy mieli do czynienia z największą satyrą współczesnego kina.

„Thor: Raganrok” to w 90% fatalne gagi, z których drobna część była zabawna, jednak większość była gwałtem na moim, i tak już nikłym, poczuciu smaku. Do tego psuły one każdy ważny moment w filmie. W tym wszystkim szkoda tylko pracy, jaką w produkcję włożyli spece od scenografii, efektów specjalnych, makijażu czy kostiumów, bo wystarczyło kilka fatalnych żartów, żeby całość naprawdę została zapamiętana na zasadzie: „ – Pamiętasz, jak on zabawnie wypadł ze statku? – No, to było dobre”. Widzieliśmy wspólnie kilka nieudanych produkcji, sam widziałem parę naprawdę żenujących filmów, ale dopiero teraz miałem ochotę wyjść po kilku minutach, gdy zobaczyłem strażnika Bifrostu używającego wibrującego hantla, zupełnie jak w „South Parku”. Chyba podobne zdanie co my ma Robert Downey Jr., który przecież chce zdjąć strój Iron Mana, zanim stanie się to wszystko zbyt żenujące. Coraz większymi krokami zbliża się ta chwila.

Chcecie pobawić się przy filmie w stylu lat 80-tych z udziałem Thora i innych dziwacznych rzeczy? Zostańcie w domu i obejrzyjcie „Kung Fury”. Macie tę produkcję fanowską za sobą? Zapraszamy do Cinema-City na dwugodzinowy podręcznik pt. „Jak schrzanić to, co mogłoby być równie dobre?”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *