„Blade Runner 2049” to film trzymający widza w napięciu i wyczekiwaniu do samego końca. Po finale wszystkich bez wyjątku zostawia z masą kolejnych pytań, jednych: to kto do cholery jest człowiekiem, a kto maszyną? Drugich: czy maszyny potrafią kochać? Pewne jest jednak to, że my wyszliśmy z masą emocji.

Dr Ego: Jeżeli chodzi o filmy, to w wielu przypadkach zdarza nam się nie zgadzać. Jest jednak też kilka kwestii, w których jesteśmy jednomyślni. Jeżeli ktoś bierze się za klasykę i podejmuje się wszelkich rebootów, spin-offów czy po latach robi sequel, to chwyta się za bardzo delikatny materiał i powinien potraktować go z należytym szacunkiem. Tego po prostu wymagają fani. Niektórzy nie rozumieją, że jeżeli coś jest dobre, to nie powinno się tego za bardzo zmieniać (byłbym spokojniejszy, gdyby niektóre rzeczy pozostawiono po prostu w spokoju). Kończy się to zazwyczaj tragicznie: niedawno mieliśmy do czynienia z „Mumią”, a w grudniu pojawi się „Jumanji” – dowody na to, że niektóre produkcje przeniesione na współczesne standardy kina po prostu tracą całą magię. Nawet jednak wśród kamieni może trafić się prawdziwy diament.

Abraham Lincoln: Tak, kontynuacja słynnego „Łowcy Androidów”, albo „Blade Runnera”, bo taki właśnie kryptonim mają policjanci z tej jednostki kontrolującej roboty, udała się i to udała się z rozmachem. Wszystkie kanony zostały zachowane, twórcy – o dziwo – za bardzo nie namieszali, całkowicie zmieniając świat pierwszej części, i to chyba jest pierwsza i jedna z najważniejszych zalet filmu. Nie jest to też „replikant” jedynki, bowiem przynajmniej ja dla siebie wyróżniłem takie dwie główne różnice. Po pierwsze, zmieniła się kolorystyka filmu – dominują teraz jaskrawe, poniekąd rażące i kontrastujące ze sobą kolory. Zamiast płynności dostrzec można ostrą zmianę barw. A po drugie, w porównaniu do pierwszej części, w której układ scen był poniekąd chaotyczny, tu każde kolejne ujęcie, mimo że może się odbywać w innej lokacji, współgra z poprzednim, tworząc spójną całość. I te zmiany, moim zdaniem, bardzo odświeżyły ten film. Na tym jednak jego zalety się nie kończą.

Dr Ego: Spójność scen i charakterystyczne barwy przykuwały uwagę, lecz nie tylko one. Wspaniale oddziaływający kontrast mieliśmy też w dźwięku – z jednej strony mogliśmy usłyszeć soundtrack niemal żywcem wyjęty z pierwszej części, a z drugiej – przeciągającą się niemal absolutną ciszę. I oba te dźwięki wprost wrzynały się do głowy i wielokrotnie wywoływały ciary na całym ciele. Oba miały w sobie niemal namacalne pokłady grozy (twórcy horrorów powinni tutaj czerpać inspiracje garściami). Ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera powodowała u mnie totalne poczucie bezsilności i maleńkości w porównaniu z czymś naprawdę wielkim, przytłaczającym, wszechobecnym, nie ma wątpliwości, że odczuwałem coś, co z pewnością odczuwał sam główny bohater. Zauważyłeś spójną całość w montażu i klimacie scen, ja podbijam to wszystko pasującą jak diabli muzyką (której wspomnienie nawet teraz podnosi mi włoski). Wszystko to przykuwa uwagę, lecz poszłoby to na marne, gdybyśmy musieli obserwować kilka upchanych wątków czy dodatkowych pobocznych bohaterów, na szczęście (i sam się sobie dziwię, że to mówię) większość filmu spędziliśmy z Ryanem Goslingiem – naszym Agentem K.

A.L.: O tak, zabieg ze „zrzynaniem” efektów dźwiękowych z poprzednich części, które powstały 30 lat temu, podobał mi się jeszcze wtedy, kiedy zobaczyłem tragicznego nowego „Obcego”. Natomiast tu podkład muzyczny był nie tylko sposobem na nostalgię, lecz czymś, co samo w sobie jest niemal boskie. Tak, muszę przyznać, że rwanych cięć, chwała bogom, w tym filmie nie ma, a dodatkowo odznaczę sobie pomysł na ujmowanie scen miłosnych i perspektywy, z jakich były te sceny kręcone. Masz również rację co do tego, że bez świetnej gry aktorów ten film byłby tylko – pozwolę sobie na takie tragiczne porównanie – jajkiem niespodzianką, w którym nie znaleźlibyśmy wymarzonej zabawki. Aktorskich zdolności Goslinga nigdy nie uważałem za wybitne, ale i w oczy mnie nie kłuły (co innego myślisz Ty na ten temat), z kolei Leto się nie popisał i w porównaniu do niego nawet staruszek Indiana Jones wypada lepiej. Ale zanim ja zjadę wszystkich po kolei, wypowiedz się Ty.

Dr Ego: No tak, jeszcze na długo przed seansem zaczęły się nasze dyskusje nad wątpliwą mimiką takich przypadków jak Gosling czy Cruise. Obecność tego pierwszego mocno mnie niepokoiła. Tam, gdzie już go widziałem, zazwyczaj wyglądał, jakby usilnie próbował udawać, że wcale nie zapomniał tekstu („Spokojnie, jak będę się uśmiechał, nikt nie zauważy, że coś jest nie tak. Uff, udało się.”). Dość szybko okazało się, że „sztuczna” i zawieszona twarz Goslinga nadaje się wręcz idealnie do głównej roli, a twórcy chyba doskonale wiedzieli, co robią (któż inny nadawałby się lepiej do zagrania maszyny).

Leto odbiegał od wyrazistych „arcywrogów”, jakich teraz produkuje się na pęczki, ale moim zdaniem tutaj wszystko jest, tak jak trzeba, historia i tak przebiegła świetnie bez wyraźnej obecności „tego złego”, bo w końcu tajemnica do rozwiązania była największą przeciwnością, z którą zmagał się główny bohater. Co do obecności staruszka Jonesa, był to jeden z lepszych smaczków (był dobrany w sam raz jak na siłę stawów Forda). Dość długo obawiałem się, że był to zwykły zabieg marketingowy i że Harrisona zobaczymy jedynie w ostatniej scenie. Na szczęście, pokazał, że ma jeszcze w sobie nieco wigoru, i koniec filmu wypełniły nam już dwie dobre postaci Oficera K oraz Deckarda.

A.L.: No, a teraz krótko i z dodaniem pozostałych członków „załogi”. Gosling rzeczywiście był sztuczny, jak na maszynę przystało. Ale jego próby udawania emocji, zwłaszcza kiedy miał płakać albo się złościć, irytowały mnie. Jeśli chodzi o Leto, może i nie miał do zagrania kultowego antagonisty, ale np. jego rozmowa z Deckardem wcale nie zmusiła mnie do przychylnego patrzenia na jego postać. Próbował być takim sobie Jokerem-geniuszem, ale tym razem się nie udało. Ford czasem chciał być takim doświadczonym cwaniakiem po wydarzeniach z jedynki, i to akurat był jego strzał w kolano. W oryginalnym „Blade Runnerze” miał spektrum emocji i zachowań do zagrania. A to był mistrzem nad mistrzami w łowieniu androidów, a to zuchwalcem z szefostwem, a to zagubionym oficerem, który nie wie, co się w życiu dzieje. I to akurat było mega.

Natomiast gratuluję Anie de Armas, która zagrała dziewczynę Gosli…, wróć, aplikację randkową (?). Jeśli ze mną flirtowałaby taka sztuczna inteligencja, to chyba od razu bym się poddał. Zimna suka wśród androidów w wykonaniu Sylvii Hoeks naprawdę zmusiła mnie do przypomnienia, jak takie kobiety wyglądają. Robin Wright to od teraz moja wymarzona porucznik, a do Carly Juri chodziłbym po kolejne piękne wspomnienia. Mackenzie Davis też nie była zła (wręcz przeciwnie) w swojej roli. I tak wymieniać można długo. Są oczywiście niedociągnięcia, ale całkowicie zawiódł mnie tylko Dave Bautista, swoją – chociaż krótką, ale znaczącą rolą. Chociaż czego oczekiwać od wrestlera, a nie zawodowego aktora? Pytanie zostaje tylko jedno: czy był w tym filmie chociaż jeden bohater-człowiek?

Dr Ego: Wszystkie wymienione przez Ciebie postaci miały mniejsze lub większe znaczenie dla śledztwa, swoją drogą genialnie poprowadzonego z mindfuckowymi zmianami perspektywy. Lecz w filmie coś innego jest równie ważne. Coraz więcej wokół nas komputerów i aplikacji, które robią za nas wszystko (aplikacja do randkowania? Kto wie, jak Siri będzie wyglądała za 10-15 lat). Coraz więcej oddajemy do zrobienia komputerom, a wszystkie kinowe wizje, w których pojawiają się androidy, przestają być aż tak fantastyczne, a zaczynają być coraz bardziej prorocze. Z taśm produkcyjnych w świecie androidów z każdą partią schodzą coraz bardziej „ludzkie” maszyny. Wallace chce je podnieść nawet ponad ludzi, ale nadal brakuje mu czegoś, co mogłoby wyrwać androidy z niewolniczych kajdan.

Lecz w tej drodze naprzód powstają inne pytania. Czy maszyny mogą mieć wspomnienia? Czy mogą czuć? Czy mogą się zakochać? Romans między androidem a aplikacją jeszcze parę lat temu byłby niemal absurdalny, a jeszcze nie tak dawno bawił i wzruszał młodych widzów Disney’a za sprawą Wall-ego i EVE’y. Czy androidy „śnią o elektrycznych owcach”? Czy mogą marzyć i planować? Czy mogą być bardziej ludzkie niż sami ludzie? Czy jeżeli będą mogły, to czy powinniśmy je traktować jak maszyny, jak nasze dzieci czy dzieła, a może kolejny etap rozwoju, który nas zastąpi. Dobra, koniec tkliwości, bo ktoś jeszcze pomyśli, że na tym płakałem albo staję się miękki. Ale dowodzi to, że „Blade Runner 2049” zrobił na mnie wrażenie, jakiego chyba jeszcze nie wywarł żaden film. Najdrobniejszym nawet elementem grał na przeróżnych zakątkach mojego umysłu. Ale to znaczy, ze sam nie muszę sprawdzać, czy nie jestem maszyną.

A.L.: Nic dodać, nic ująć. I chciałbym móc się do czegoś przyczepić, chciałbym znaleźć jakąś niepotrzebną scenę, kiepskie ujęcie, czy absurdalny dialog, ale nawet jeśli takie są, tylko podkreślają doskonałość tego – nie bijcie mnie, hejterzy – arcydzieła. To jest jeden z tych filmów, który zmusza podczas seansu z przyjemnością używać mózgu, a nie tylko bezmyślnie oglądać każdą kolejną scenę. Chyba tak jak z poprzednią częścią, ten film wywoła burzę emocji i masę dyskusji na forach na kolejne 30 lat. Po obejrzeniu „Blade Runner 2049” skojarzył mi się z „Interstellar”, którego, przepraszam cię mistrzu McConaughey, strasznie nie lubię. I jeden i drugi film jednak poziom trzymają i w natłoku przeciętnego kina dla rozluźnienia i bezrefleksyjnego społeczeństwa od czasu do czasu coś takiego musi powstawać, oby tylko geniuszów kinematografii nie zabrakło. Dobrze zrobiłeś, że nie wystawiłeś dokładnej oceny, bo tu chyba wszystko i tak jest jasne.

Dr Ego: Film dopracowany pod tak wieloma aspektami, z pełnym poszanowaniem pierwszego „Blade Runnera”, w każdym elemencie odda­­­­­jący klimat miejsca, historii, problemów. Chciałem się czepiać Goslinga, ale nawet on pasował. Takiego kina sci-fi pragnie się tylko więcej. Po seansie szybko nadrobiona jedynka, teraz czas nadrobić książkę, bo to, co zostało nam zaserwowane, zachwyca i pragnie się więcej. Nie ma co tracić czasu, towarzyszu, tym razem trzeba skrzyżować strumienie, bo będziemy jednogłośni w ocenie.

Jeśli ten film nie zasługuje na 10/10, to który zasłuży?

 

 

Jeśli lubicie przez prawie trzy godziny siedzieć w kinie w całkowitym napięciu, a po seansie wyjść zadowolonym, to ten film jest stworzony specjalnie dla was. Tym bardziej nie zawiodą się nawet fani „Łowcy Androidów”, którym nie daje po nocach spać jedno bardzo ważne pytanie: czy Deckard był androidem? Serdecznie zapraszamy do Cinema-City na to niezwykłe arcydzieło.

One thought on “„Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?””

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *