Kultura Recenzja

Dlaczego Manson nagrał „Jurassic World”?

Marylin Manson to taka osobistość, o której zawsze będzie głośno. Każdy jego album wzbudza emocje na długo przed premierą. Niewiele ma to wspólnego z poziomem muzyki, jaką gra –raczej z samą jego legendą, zbudowaną na kontrowersji.

Szkoda, że jakość tego, co Manson tworzy mniej więcej od 2000 roku, zdaje się być odwrotnie proporcjonalna do jego popularności. To wtedy właśnie zaczął kombinować ze swoją muzyką, nieudolnie próbując osiągnąć coś innego, niż na swoich pierwszych albumach. Wciąż jednak ważniejszy dla niego był szum medialny niż dopracowanie utworów i faktyczna zmiana stylu. Ta tendencja utrzymywała się przez wiele lat i dopiero „The Pale Emperor”, wydany w 2015 roku, zdawał się być próbą powrotu do prostej, brutalnej formuły znanej z „Antichrist Superstar”.

Jak się jednak okazało, również nie tędy droga. Próba powtórzenia tego sukcesu była z góry skazana na niepowodzenie. Dla Mansona „Antichrist Superstar” jest tym, czym dla Stevena Spielberga „Jurassic Park”. Ten film w swoim czasie też był czymś niesamowitym, nowym, szokującym. Potem jednak powstało kilka kolejnych części i jasne było, że tego się nie da powtórzyć. To było jednorazowe doświadczenie, na którym sequele tylko żerowały. Mało tego, po latach powstał remake, „Jurassic World”, który wyłożył się dokładnie na tym
samym – nie wiedział, na czym polegał sukces pierwowzoru, więc w całości się do niego odwołał, nie wnosząc niczego nowego. I taką samą sytuację obserwuję obecnie w dyskografii Mansona, a wydany 6 października „Heaven Upside Down” tylko to potwierdza.

Jak na album jednego z najbardziej kontrowersyjnych współczesnych muzyków, nie wzbudził on we mnie prawie żadnych emocji. Wszystko to już przecież słyszałem wiele razy. Jak to zwykle u Mansona bywa, słychać zmiany, ale na poziomie formy, nie treści. Jest więc ostrzej, bardziej obrazoburczo, tak jak za jego najlepszych lat. Jednak recepta na album wciąż pozostaje ta sama – industrialne, raczej mało skomplikowane brzmienia, służące za akompaniament do bezczelnych tekstów, w których Marylin jęczy na społeczeństwo i Kościół, a słowa na „f” (dla nas oczywiście są to słowa na „ch”, „p” i „k”), sypią się w ilościach, jakie dla wielu słuchaczy mogą być niestrawne.

Pod względem muzycznym niewiele, niestety, wyróżnia się na plus. To 10 standardowych piosenek o bardzo prostej konstrukcji, mimo że jest to często maskowane różnymi „zaskakującymi” wstawkami. Czuć przewagę aranżacji nad kompozycją, co nie jest dobre. Jest dużo pojawiających się tu i ówdzie smaczków, ale brakuje wyrazistych motywów i godnych zapamiętania melodii. W pełni pozytywne wrażenie wywarły na mnie tylko
dwa utwory – „We Know Where You Fucking Live” i „Kill4Me”. Ten pierwszy jest bardzo mocny i klimatyczny, a drugi to wręcz poprockowa piosenka z niezłą melodią. Oba są dosyć chwytliwe, zwłaszcza w refrenach, nic dziwnego, że promowały one album na singlach. Jednak dwa wyraziste kawałki nie wystarczą, gdy reszta pod tym względem kuleje.

Nie pomagają również słyszalne wpływy innych gatunków (poza wspomnianym pop-rockiem). „Tatooted In Reverse” i „Say10” łączą typowe Mansonowe brzmienia ze spokojnymi motywami rodem z utworów z pogranicza hip-hopu i współczesnego R&B. „Revelation12” prowadzi riff w punkowym stylu, któremu wtóruje wokal utrzymany w podobnym klimacie. Utwór tytułowy brzmi jak… piosenka Oasis! I jest naprawdę żenujący – brzmi jak ścieżka z czołówki tandetnego serialu młodzieżowego (te jęki w refrenach). „Threats Of Romance” natomiast to coś w rodzaju zindustrializowanej fortepianowej ballady, której melodia (zbyt) mocno kojarzy mi się z „Ordinary People” Neila Younga. Wszystkie te utwory łączy jedna cecha – są po prostu nijakie, a tytułowy wręcz okropny . Z drugiej strony te czysto mansonowe, poza wyżej wspomnianymi, nie są lepsze. „Blood Honey” po trzech odsłuchach wyleciał mi z głowy szybciej niż muzyka ambient (a ona ma taka być). „Saturnalia” jest nawet klimatyczny, ale zbyt rozciągnięty, a szkoda, bo w skondensowanej formie mógłby to być niezły kawałek na koncerty. „Jesus Chrisis” zostaje w pamięci trochę dłużej, ale jego żenujący tekst, którego połowę stanowi słowo „fuck”, odrzuca nawet mnie. Bardzo rzadko pozwalam, by teksty przesłoniły mi muzykę, ale tutaj pewna granica została przekroczona.

To wszystko składa się na album spójny, ale nudny, do którego nie chce się wracać. Zawiódł tu głównie Tyler Bates, który napisał i zagrał całą muzykę. Potrafi posługiwać się elektroniką, ale brakuje mu polotu w pisaniu utworów. Niezbyt sobie radzi z tworzeniem melodii, a to przecież jest podstawa (zwłaszcza w takiej muzyce). Trudno mi natomiast powiedzieć coś o formie wokalnej Mansona. Przez większość czasu słychać śpiew podrasowany różnymi efektami (lub też całkowicie przetworzony, jak w „Revolution 12”), a nie jego naturalny głos. Czy wynika to z przyjętej konwencji, czy z braku wiary Mansona w swoje możliwości, nie mam pojęcia. Nie ma wątpliwości natomiast, że wciąż potrafi przekazać całe spektrum emocji. Nie przepadam za jego wokalem, wiele mogę mu zarzucić, ale na pewno nie brak wyrazistości. 

Nawiązując do tego, co pisałem na początku, „Heaven Beside You” to właśnie taki „Jurrasic World”, i to w przypadku Mansona drugi z kolei. Nagrany wiele lat później, ma pokazać, że Manson wciąż jest tak dziki, agresywny i bezczelny jak na „Antichrist Superstar”. I temu tylko służy ten album – podtrzymaniu pewnego wizerunku. Ale to po prostu nie działa. Brakuje tutaj tej siły, naturalizmu, szczeniackiej wizji rzeczywistości, w której istnieje tylko skrajna czerń, czy choćby kompozytorów na miarę muzyków z tamtej płyty. Będąc fanem Mansona, zniechęciłbym się do niego jeszcze bardziej, a tak być może wrócę do promujących go singli. Będąc bardziej otwartym i ciekawskim, można posłuchać tej płyty jako ciekawostki, ale zachwytów nie wróżę. Lepiej wrócić do „Antychrysta Supergwiazdy”.

 

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *