Recenzja

Linia życia się skończyła?

Filmów fantastyczno-naukowych jest mnóstwo. Spora ich część opiera się bardziej na elementach horrorów niż na nauce, dlatego nierzadko idzie się na nie właśnie dla odczuwania niepokoju i strachu. A na ile oklepany jest wątek życia po śmierci już nawet nie warto wspominać. Kanonicznym w tym przypadku okazał się również film „Linia życia”. Dlaczego jednak nie jest to najgorsze rozwiązanie kinematograficzne, ale również niczym niewyróżniająca się produkcja, postaram się opisać w tej kilkuakapitowej recenzji.

Moja znajoma, z którą oglądałem ten film, próbowała zepsuć mi cały seans, śmiejąc się cały czas z – jak ona to nazwała – oklepanych i głupich scen. Fakt, końcówka zepsuła całe wrażenie, bowiem namieszała wszystkiego, co w ostatniej chwili wpadło twórcom do głowy i nie dała sprawie potoczyć się na tyle płynnie, by wyjść z seansu bez „mózgowego” zmęczenia. Ale zanim o finale – zobaczmy po kolei, co, gdzie i dlaczego.

Film opowiada o typowych studentach medycyny na prestiżowej uczelni, którzy rano odbębniają lekcje praktyczne z „doktorem Housem”, po czym starają się nie narobić głupot na dyżurach w szpitalu, a po nocach albo kują w bibliotece układ nerwowy na zaliczenie, albo prześcigają się w sposobach na efekciarskie imprezowanie. Jak zwykle, w tej ekipie został umieszczony starter pack ludzkich osobowości: mamy bogatego alfa-wyrywacza, arystokratyczną dziewczynę, którą oddawano do różnych sekcji, gdzie miała zostać najlepszą z najlepszych, tego „w sumie spoko chłopaka”, któremu idzie najlepiej, koleżankę, której mama wydała ostatnie oszczędności na naukę córci i tę główną bohaterkę, która coś sobie wymyśliła i rzuciła na forum wariacki pomysł.

A tym wariackim pomysłem okazało się właśnie sprawdzenie, co się dzieje z człowiekiem, jego mózgiem i umysłem po śmierci. Nie mam na tyle dobrej wiedzy z zakresu medycyny, żeby stwierdzić, czy wszystkie te zabiegi pokazane w filmie odzwierciedlają rzeczywistość lekarską, ale na pewno ze swoich źródeł wiem, że tak forsowane w produkcjach filmowych ujęcie z linią prostą na ekranie aparatów medycznych tuż po śmierci jest bzdurą i w realnym życiu wygląda to trochę inaczej. Dziwi mnie natomiast fakt, że scenarzystę Bena Ripley’a było stać tylko na banalne podejście do tego, jak wygląda „ten właśnie moment po śmierci”. Jeden widzi go jako przelot nad miastem i kilka świecących się kulek w powietrzu. Dla drugiego to przejażdżka na motocyklu pustym miastem – generalnie to były ujęcia wspomnień bohaterów bez żadnych efektów specjalnych, skupienia się na słynnym świetle na końcu tunelu i niewidzialnej ręki, która naprowadza cię do tego światła.

Tylko w przypadku jednej osoby życie po śmierci wyglądało w miarę „zachęcająco”, aczkolwiek znowuż wcale nie nowatorsko. Czy aktorzy próbowali ratować film swoją grą? Nie do końca. Ellen Page, która tu jest jedną z najbardziej znanych, nie wypada aż tak dobrze. Pomimo jej doświadczenia w wielu filmach, między innymi „X-Menach” i niesamowitej gry w „Incepcji”, odniosłem wrażenie, że w tej produkcji wcale nie czuła się na siłach. A tematyka duchów, śmierci i życia po śmierci jest jej znana bardzo dobrze. Większość może nie kojarzyć, ale w 2013 roku zagrała ona w interaktywnym dramacie w reżyserii Davida Cage’a „Beyond: Dwie dusze”. Tam jej rola dziewczynki Jodie Holmes, która od urodzenia jest związana z tajemniczym eterycznym bytem o imieniu Aiden, była naprawdę porywająca, a w niektórych momentach widz-gracz tak się wczuwał w rolę, że po oderwaniu się od procesu długo jeszcze myślał nad losem głównej bohaterki.

Tym razem jednak nie martwisz się o bohaterów. Czy da się ich uratować od konsekwencji nieprzemyślanych wyczynów, czy nie, dla widza nie ma najmniejszego znaczenia. Do tego, jak wspominałem wcześniej, do gatunku zwykłej fantastyki naukowej pod koniec chwilowo dochodzi wątek demoniczny, śledczy i religijno-moralny. Każdemu z nich przedzielone zostało kilka minut, dlatego praktycznie nie da się wczuć w kompilacje obrazków na ekranie, a pojawiające się co chwilę screamery tylko irytują. Soundtrack? Pozostaje w tle. Przemyślenie na koniec? Ten film był na tyle pośredni, że po jego obejrzeniu zachciało mi się ponownie przeczytać „Piknik na skraju drogi” i odpalić kultowego „Stalkera” z 1979 roku.

Jeśli jednak jesteście pasjonatami filmów fantastyczno-naukowych, a spory ateisty z osobą wierzącą są dla was ulubionym widowiskiem, możecie się przejść do Cinema-City na obejrzenie kolejnej koncepcji życia „po drugiej stronie” i konsekwencji bawienia się ze śmiercią.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *