W najjaśniejszy dzień, w najciemniejszą noc, Wszelkie zło dosięgnie… Cholera, nie to kino. Wybieraliśmy się na produkcję katastroficzną, a dostaliśmy film-katastrofę.

Dr Ego: W przypadku każdego gatunku filmowego możemy wyróżnić co najmniej kilka podgatunków lub znaleźć wewnętrzne kryterium podziału. Na przykład wśród horrorów mamy slashery czy zombie movies, kino sensacyjne możemy podzielić na komediowe czy kryminalne, itd. W przypadku produkcji katastroficznych do tej pory istniał dla mnie prosty podział: filmy naprawdę dobre, jak świetny „Armagedon” z Bruce’em Willisem, obejrzany już wielokrotnie „Twister”, czy stworzony na fali popularności święta ruchomego, jakim jest koniec świata, film „2012”. W opozycji do tych tytułów mamy niskobudżetowe filmy, których twórcy mają albo problemy z jakimiś konkretnymi używkami, albo zastanawiają się, jak daleko mogą się posunąć, zanim widzowie poczują się obrażani – w tym przypadku tytuły już mówią same za siebie: „Samolot kontra Wulkan” czy „Sharknado”. Sądziłem, że druga grupa filmów produkowana jest prosto na mały ekran i nikt nie odważyłby się ich grać w kinie. Okazuje się jednak, że pośród żartownisiów znajdzie się taki, któremu uda się jakimś sposobem zgarnąć nieco większy budżet, ale nawet to nie uchroni widza przed katastrofą.

Abraham Lincoln: Stop, stop, stop. Chyba się przejęzyczyłeś i zamiast „2012” na listę dobrych filmów chciałeś dodać np. „Pojutrze”. Dużym błędem będzie również porównywanie cieplutkiej jak bułeczki ze Stokrotki nowinki „Geostorm” z „Sharknado”. O ile zgodzę się, że ta produkcja daleka jest od ideału, to postaram się stanąć w obronie przynajmniej tych jej aspektów, które udały się i na pewno nie będą kłuć w oczy widzów. Tematyka globalnych katastrof zawsze „przechodziła” obok mnie, ponieważ mieszkam w takim rejonie świata, gdzie mało co się dzieje, natomiast filmy z tego gatunku nieraz zmuszały mnie do  zastanowienia, „a co, jeśli..?” Problem jest taki, że „Geostorm” nie jest produkcją, gdzie Matka Natura nagle zwariowała, a ludzie próbują przeciwstawić się jej mocy – ten temat moim zdanie stoi całkowicie na uboczu – ale filmową wersją „House of Cards” na ziemi i w kosmosie. Przygotujcie się na burzę stulecia – szkoda, że brakowało tu odpowiednika Putina.

Dr Ego: Racja, tym razem wina nie spada na samą Matkę Naturę, ale na człowieka. Zaniedbując jedyną jak na razie zdatną do życia planetę, trochę ją uszkodziliśmy i sypie się ona w naszych rękach, uśmiercając tysiące ludzi. Dlatego też trzeba ją naprawić za pomocą tego, co tak bardzo lubimy, czyli aplikacji i technologii. Aby zapobiec katastrofalnym w skutkach burzom czy tornadom w przestrzeni kosmicznej stworzono całkiem efektowny system satelitów wpływających na pogodę, nadzorowany przez międzynarodową stację kosmiczną. Imponujący dodatkowo, bo przedsięwzięcie udało się zrealizować do roku 2019, w którym dzieje się akcja filmu. Oczywiście wszystko jest otoczone misternie utkaną siecią intryg i politycznych gierek, więc na pewno przypadłoby to do gustu wszystkim fanom spiskowych teorii o kontrolowaniu pogody przez światowe mocarstwa. Rozumiem, że dla Ciebie mógł być to jakiś punkt zaczepienia, kręcą Cię służby specjalne i polityczne gierki, lecz ja jakoś niezwykłym teoriom nie dawałem wiary, więc nie mogłem znaleźć w „Geostorm” nic dla siebie. Pozostało mi jedynie walczyć z sennością i załamywać ręce, gdy jeden absurd gonił poprzedni. Śmiało, zakasuj rękawy i udowodnij mi, że coś przeoczyłem.

A.L.: No to lecimy. Jakby nie było absurdalne to, co widzieliśmy na ekranie, jakościowo wyglądało to bardzo dobrze. Pomijając fakt, że w próżni nie słychać żadnych dźwięków, niekontrolowana dehermetyzacja może spowodować fatalne skutki na kosmicznej stacji, a samochód na prąd nie jest w stanie walczyć z ekstremalnymi temperaturami, jednak wszystkie te strumienie ognia, latające i wybuchające satelity oraz walka ze śmiercią w kosmosie były zrobione naprawdę dobrze. Nie zauważyłem ciętych co dwie sekundy ujęć, perspektywa, z której kręcono kluczowe sceny też była zadowalająca, a chociażby poszczególne elementy stacji międzynarodowej wyglądały na dopracowane. Aspekt graficzny wzmocniony został właśnie intrygą teorii spiskowych. Muszę przyznać, wątek tajemnic politycznych zaczynał się bardzo żywo i nieźle mnie zaciekawił. Skąd te rozprawy sądowe, dlaczego nagle zwariował niezawodny sprzęt oraz „przypadkowe” wypadki śmiertelne – niezła mieszanka. Fakt, że dalej potoczyło się to zbyt szybko, a mocne i ciekawe dialogi z początku filmu zostały zastąpione banalnymi kliszami składających się z typowych dla Hollywoodu zdań, nie zmienia faktu, że historia miała potencjał.

Dr Ego: Zjawiskowymi efektami specjalnymi jednak nie można zamaskować sporych niedociągnięć. Owszem, wiele ujęć wyglądało naprawdę dobrze, jednak musisz przyznać, że wiele z nich pojawiało się często dla samego rozwalenia czegoś czy przypomnienia: „Widzu, oglądasz film katastroficzny”. Polityczny spisek i chęć zdobycia władzy nad pogodą i wykorzystania jej jako narzędzie nacisku? Proszę bardzo. Na dobrą sprawę, film wyglądałby o wiele lepiej, gdyby dano sobie spokój z większością kataklizmów, jakie zaprezentowano. Krzyczały one jedynie „Zobaczcie, co jesteśmy w stanie zrobić”, wiele z nich jednak pozbawionych było niekiedy logiki — wielkie tsunami zalewa Zjednoczone Emiraty Arabskie, a po punkcie kulminacyjnym filmu woda spływa z powrotem do morza, nie zostawiając za sobą niemal żadnych zniszczeń, a przecież nie mieliśmy do czynienia z filmem fantasy, w którym ktoś kazał Posejdonowi zabierać zabawki i wyp… Klisze, o których wspomniałeś, też pozbawione były wdzięku, bo co jakiś czas pozostawało mi mruczeć pod nosem „Widziałem to już, o, i to też”. Byłem przekonany, że obsada coś podratuje, mieliśmy w końcu Gerarda Butlera i Eda Harrisa, lecz panowie też niespecjalnie się wczuli, wiedząc chyba, jak to będzie wszystko wyglądało na koniec.

A.L.: Z przykrością muszę przyznać, że najmocniej zabolała mnie gra aktorska większej części obsady. Gerard Butler popadł w pułapkę „jednego bohatera” i gra standardowych mistrzów wszystkiego ratujących prezydenta USA i przy okazji cały świat. Coś takiego przeżył kiedyś Jason Statham, któremu za każdym razem trafiała się w zasadzie ta sama rola. Ed Harris i Andy Garcia też zagrali w sumie typowych dla siebie bohaterów na najwyższym szczeblu. Ciekawą koncepcję zobaczyłem w próbie realizacji kinowego romansu między bohaterami Jima Sturgessa i Abbie Cornish, ale za sprawą licznych niedociągnięć, tutaj też – mówiąc kolokwialnie, nie pykło. Zwracam uwagę, że jednak bliżej perfekcyjnego odgrywania wyznaczonej roli była laska, żeby nie było, że stawiam kobiety na jednym poziomie z nieudolnymi mężczyznami. A jeśli bez żartów – superbohaterami tego filmu akurat były Alexandra Maria Lara i Talitha Bateman. Po raz kolejny muszę odznaczyć grę młodszego pokolenia, które daje oscarowym gwiazdom do zrozumienia, że muszą się starać, albo wylecą z tego biznesu dość szybko. By nie przedłużać narracji o słabym poziomie aktorstwa, powiem tylko, że obsadzie byłoby łatwiej wczuć się w rolę, jeśli film nie miałby w sobie tylu wątków tworzących dziwną mieszankę gatunków.

Dr Ego: Żonglerka gatunkami była niestety pomysłem chybionym, bo niby mamy tutaj jakieś sci-fi, mamy polityczny spisek, no i ten niedopracowany element filmu katastroficznego, ale jednak kończy się tym, że oglądamy jakiegoś bliżej nieokreślonego potwora, oczekując, że w końcu padnie z wycieńczenia, a my będziemy mogli go ominąć. Jedyne, co naprawdę mi się podobało, to dziecięca narracja Hannahy Lawson (Talitha Bateman), która spinała całą historię. To, jak dorośli zaniedbują i niszczą świat, a następnie muszą się zmierzyć z konsekwencjami, widziane oczami dziecka byłoby genialne, gdyby nie fakt, że dziewczynce wsadzono w usta pompatyczne frazesy o wspólnocie i współpracy, psując efekt nawet w tym fragmencie. Niestety w tym przypadku poległeś, i – mimo szczerych chęci – nie byłeś mnie w stanie przekonać, że „Geostorm” jest dobrym filmem. Wolałbym już oglądać „Pierwszy śnieg” po raz drugi niż ten katastroficzny film.

A.L.: Mnie również przeszkadzały slogany i propagowanie różnych rzeczy, w tym świętej wyższości Stanów Zjednoczonych (owszem, do Amerykanów może to i trafia, ale w takim razie nie warto się liczyć z dobrymi zyskami na całym świecie), ale żart o Meksykanach na koniec mnie rozbawił. Ogólnie uważam, że film byłby zamkniętą całością z mocnym podłożem emocjonalnym, gdyby – żeby nie zaspoilerować muszę powiedzieć ogólnie – było w nim więcej śmierci i mniej małych zwycięstw, składających się na jeden wielki happy end z flagą w paski i gwiazdki. Ja widzę w tym filmie potencjał, który został zaniedbany jedynie dlatego, że twórcy postawili na efekty specjalne, a nie na ludzi. Świetną atmosferę można zbudować i za pomocą kartonowych statków kosmicznych, czego dowodem są filmy sprzed lat. Za stracone marzenia, tj. potencjał, daję 6/10.

Jeśli zastanawiacie się, co wspólnego mają ze sobą powódź i prezydent Stanów Zjednoczonych, to ten film na pewno nie da wam odpowiedzi w stylu: „Twoją starą”. Zrobi to w o wiele gorszy i jeszcze mniej elegancki sposób. Jednak w odróżnieniu od „Pierwszego Śniegu” odpowiedź tę dostaniecie. Jaką konkretnie? Dociekliwych zapraszamy do Cinema-City.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *