Recenzja

– Oglądałeś już To? – Ale co? – Genialne!

Czy horror potrafi bawić bez przesadnego wygłupiania się? Czy nie horror potrafi straszyć w duchu książkowych powieści? Czy wszystko to może być wybuchową kompilacją w jednym filmie, do którego chce się wracać? Jasne, że tak – oTo wspaniały przykład takiej produkcji!

Abraham Lincoln: Lubię horrory. W postaci gier komputerowych, opowieści znajomych, nie pogardzę i wersją książkową, ale nigdy nie mogłem wczuć się w klimat filmów grozy. Bo się boję? No nie, Abrahama Lincolna, słynnego łowcę wampirów nie jest tak łatwo przestraszyć. A więc raczej dlatego, że przy oglądaniu takich filmów zwyczajnie się męczyłem, ponieważ oprócz właśnie zastraszania widzów nie mają żadnego innego podłoża, by można było je nazwać ciekawą produkcją. W przypadku kolejnej adaptacji książki Stephena Kinga postanowiłem, że po napisaniu recenzji pójdę na „To” jeszcze raz, by sprawdzić, czy nic mi się nie pomyliło i rzeczywiście po raz pierwszy od dłuższego czasu mogę dodać film z gatunku horrorów na listę moich ulubionych.

Dr Ego: Mówiłem Ci to już kilka razy, między innymi przy naszej recenzji „Life”. Kino grozy współcześnie przeważnie leży i kwiczy. Straszne potwory i drastyczne sceny zabójstw tworzone za pomocą efektów specjalnych obdzierają ten gatunek z klimatu, a jedyne co ma nas wystraszyć to banalne w obsłudze jump scare. W znacznie lepszej formie są wspomniane przez ciebie gry, czy uwielbiane przeze mnie książki. Stephen King, chociaż jest świetnym autorem, do ekranizacji swoich dzieł szczęścia nie ma. Przykład? „Mroczna Wieża”, która książkowo jest genialna, lecz na ekranie wywołała bardzo negatywne emocje. Zresztą, ekranizacje spod szyldu mistrza grozy, które są udane, można policzyć na palcach jednej ręki i w większości są to filmy bez elementu fantastycznego. W „To” ten element jednak stanowił główny motyw historii i chociaż książkowa „cegła” jest dopiero przede mną, to siedząc w kinie, nie miałem najmniejszych wątpliwości, że tak napisałby to właśnie King, było widać w tym wyraźnie jego rękę.

A.L.: W tym filmie od razu rzuciły mi się w oczy dwie rzeczy. Po pierwsze, częstotliwość banalnych, codziennych scen, które jednak są genialnie kręcone z nietypowych ujęć. I drugie, w czym chyba tkwi główna odmiana od pozostałych produkcji, film nie stara się przerazić widza jedynie trzymając go cały czas w napięciu i puszczając w odpowiednim momencie screamery, ale właśnie gra na emocjach kontrastu. W jednej scenie świetnie się bawimy podczas letnich wakacji z grupą dzieciaków, a za chwilę szeroko otwierając oczy od gwałtownej zmiany nastroju, zastanawiamy się, co byśmy zrobili, gdybyśmy spotkali się w cztery oczy z Pennywisem, tańczącym klaunem. I w tym chyba jest moc tego filmu. Z jednej strony „To” opowiada o życiu dzieci w latach 80–tych – z nimi chce się utożsamiać, w którymś z bohaterów widzisz siebie samego – a z drugiej, twórcy bombardują widza okrutnościami w stylu „Lśnienia” czy „Łowcy snów”, innych udanych adaptacji powieści Kinga.

Dr Ego: Fajny kontrast był jednym z plusów produkcji. Jeżeli przyjrzeć się horrorom, wystarczy rzut oka nawet na zwykłe sceny „obyczajowe” na początku historii, by wiedzieć, że mamy do czynienia właśnie z takim gatunkiem – jest w nich coś charakterystycznego, w pracy kamery, w postaciach. Tutaj jednak naprawdę bardzo łatwo zapomnieć, że oglądamy film grozy. Wszystko za sprawą świetnej dziecięcej obsady oraz tego, że producenci przyłożyli się do oddania klimatu amerykańskich lat 80–tych, co prawda nie wyszło im to tak dobrze, jak w netlfixowym „Stranger Things” (zresztą w obsadzie filmu pojawił się Finn Wolfhard, którego mogliśmy oglądać w serialu), jednak i tak było to przyjemne dla oka. Świetnie napisane dialogi i rozpisane postaci wywoływały prawdziwe salwy śmiechu na sali. Coś, z czym nie mamy zbyt często do czynienia podczas oglądania kina grozy (czasami chce mi się śmiać bardziej z zażenowania). Z drugiej zaś strony mieliśmy efektowne momenty, podczas których nawiedzały nas, w pewnym sensie „klasyki”, które nie pozwoliły nam zapomnieć, że nie mamy do czynienia z obyczajową komedią. Czy jednak tak naprawdę uważasz, że możemy mówić o „To” w kategorii prawdziwego horroru?

A.L.: Wydaje mi się, że „To” stoi idealnie pomiędzy tym, jakie mają być prawdziwe horrory i tym, co współczesne kino uznaje za filmy grozy. Dlatego ja raczej umieściłbym ten film na listę thrillerów z elementami fantasy i taka definicja idealnie pasowałaby do tego, co zobaczyliśmy na ekranie. Jeszcze kilka słów trzeba koniecznie dodać na temat bohaterów. Faktem jest, że w Hollywood częściej spotykane są odkrycia talentów w stylu Gal Gadot niż Macaulay’a Culkina, dlatego świetne zagranie przez dzieciaków tego, co napisał Król Horrorów, i co stało się już kultowym dziełem literackim, zasługuje na szczególną uwagę. Oczywiście, niektóre postacie pozostają w cieniu innych.

Tak na przykład, brakowało mi na ekranie „żydowskiego dziecka” i historii z jego życia, albo o dziwo, khm-khm, czarnoskóry bohater nie jest jakoś specjalnie wyszczególniony i o nim często się zapomina. Z kolei zdecydowana większość obsady pod „kierownictwem” Jaedena Lieberhera, który skojarzył mi się z bohaterem „Valeriana”, tworzy żywą ekipę małych bandziorów-frajerów, z którymi chce się spędzić jak najwięcej czasu. Wyróżnię tu Sophię Lillis, która zagrała jedyną dziewczynę w ekipie. Ohh, jakże jestem zadowolony, że nie powtórzył się błąd niemal każdej produkcji filmowej, gdzie małe dziewczęta ze szkoły albo są zagrane przez „starsze panie po trzydziestce”, albo w scenariuszu są wypisane jako czternastolatki z umysłem dojrzałej kobiety w wieku 50 lat. Z kolei spektrum emocji Beverly Marsh wprowadzi w osłupienie i zawstydzi niejedną oscarową aktorkę. Cóż dużo mówić, do miasteczka Derry, jego mrocznej tajemnicy i tych dzieci chce się po prostu wrócić.

Dr Ego: Ja ze sklasyfikowaniem tego filmu miałbym nieco większy problem. Dzięki swojemu dualizmowi jest czymś świeżym. Z przykrością stwierdzam, że horrorem z krwi i kości „To” nie jest. Zamiast tego dostaliśmy coś innego i przy tym naprawdę coś dobrego. Mimo zabawnych dialogów i komicznych scen, nikt nie miałby odwagi postawić tej produkcji na półce „horror komediowy” obok takich gniotów, jak „Straszny film”. Grupka głównych bohaterów jest zbyt sympatyczna i zbyt wyrazista, żebyśmy mówili tu o klasycznym kinie grozy. Jednak zbyt często mamy do czynienia z projekcjami dziecięcych lęków w dość strasznym wykonaniu, żeby uznać to zaledwie za film przygodowo-fantastyczny.Tak jak „Stranger Things” jest laurką wystawioną latom 80–tym, tak „To” jest laurką kina grozy. Tańczący klaun Pennywise zamienił się na naszych oczach w najbardziej klasyczne obrazki wyjęte z historii horrorów. Małe opętane dziecko – było! Przerażająca lalka – była! Chodzący za dnia zombie – byli! Jakże zakrwawiana twarz jednego z opryszków przypominała psychopatyczne oblicza z „American Psycho” czy „Lśnienia”.

Dla mnie jest to pewnego rodzaju ołtarzyk lub „the best of” zrobione z odpowiednim dystansem, ale jednocześnie z poszanowaniem zarówno tematu, jak i samego widza. O tych dzieciakach mógłbym mówić i mówić, a i tak nie wystarczyłoby podziwu. Wielu topowych teraz aktorów mogłoby się od nich uczyć, a love story, nawet tak niewinne i dziecięce, w pełni mnie pochłonęło (ahh, to moje miękkie serce) i kibicowałem tej ekipie jednakowo w miłosnych zmaganiach, co w walce ze złem. Losy bohaterów obchodziły mnie do samego końca, a jak doskonale wiesz, zazwyczaj, gdy w horrorze ktoś ginie, czuję ulgę, bo przestaje mnie irytować.

A.L.: Cóż tu jeszcze dodać. A no tak, nie byłbym sobą bez wygarniania minusów. Pierwsza połowa finałowej sceny walki mnie zawiodła, ale jedynie pod względem montażu, więc pomidory można odłożyć do następnego razu. No i soundtrack – jest na odpowiednim poziomie i przyjemnie się go słucha, ale tak naprawdę muzyczne podłoże rozkręca się i staje czymś prawie doskonałym dopiero bliżej końca filmu. Nie wiem, ile w „To” horroru i nie wiem, ile w tej produkcji jest Kinga, bo na jego twórczości znasz się raczej ty, ale z pewnością mogę stwierdzić, że ten film warto obejrzeć wszystkim. Dowodem moich słów jest pełna sala osób w różnym wieku i zero negatywnych komentarzy w kolejce do wyjścia po seansie. Zdecydowane 9/10 i ani punktu mniej.

Dr Ego: Ile w filmie jest książkowego oryginału, w tym przypadku niestety jeszcze nie wiem (ale szybko nadrobię za zaległe tysiąc stron), na pewno za to czuć w filmie rękę mistrza. Pierwszy raz zdarzyło mi się, aby po filmie mieć ochotę obejrzeć go jeszcze raz. Jedni mają „Gwiezdne Wojny”, inni „Harry’ego Pottera”, którego potrafią oglądać przy każdej okazji, po kilka razy w roku. Ja właśnie po tym seansie jestem spełniony. Po pierwsze, bawiłem się świetnie, po drugie, był to King, jakiego znam, po trzecie, mam w końcu film, który i ja będę mógł wałkować bez końca. Atmosfera, jaką wprowadził film, będzie mi towarzyszył jeszcze przez wiele dni i na pewno czeka mnie wiele nieprzespanych nocy z twórczością Kinga (i nie chodzi mi tylko o „To”) i mam nadzieję, że cała ekipa w 2019, podczas drugiego rozdziału, zagwarantuje mi równie dobrą porcję niesamowitej zabawy bez odmóżdżania co tym razem. Mogliśmy zobaczyć kilka przerażających scen, ale i z czystym sercem mogliśmy się pośmiać (co z resztą widać na załączonym obrazku). Z czystym sumieniem mogę napisać: To było genialne!

Pennywise tańczący klaun, naprawdę zmusi was do unoszenia się aż pod sufit… z przyjemności oglądania najnowszej ekranizacji Stephena Kinga. Film, który ciężko jest sklasyfikować gatunkowo, ale przy którym będą świetnie się bawić zarówno osoby starsze i niemające nic wspólnego z tym żanrem, jak i fani horrorów oraz miłośnicy książkowego mistrza grozy. Zapraszamy do Cinema-City na „To”, czego jeszcze nie było.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *