Myślicie, że nie da się zagiąć czasoprzestrzeni? Cheap Trick razem z wytwórnią Big Machine udowadniają, że to jednak możliwe. Ich album świąteczny ukazał się ponad  dwa miesiące przed Gwiazdką. Nie był to oczywiście pierwszy przypadek w historii, gdy zespołowi pomyliły się miesiące, ale 64 dni wyprzedzenia to i tak imponujący wynik.

Potrzeba ogromnego tupetu, by zdobyć się na tak żenujący ruch. Albo ogromnej desperacji. Wciąż mam w głowie świetną scenę z nie tak już świetnego serialu „Vinyl”. Richie Finestra, właściciel podupadającej wytwórni, puentuje dyskusję dotyczącą sposobu na zarobienie pieniędzy i spłacenie długów zdaniem „Nagrajmy album świąteczny, one zawsze się sprzedają”. Tak chyba to wyglądało w tym przypadku – ktoś machnął paluszkiem, wydał rozkaz, a muzycy posłusznie weszli do studia.

„Christmas Christmas” nie jest jednak zbiorem tradycyjnych świątecznych pieśni w nowym wykonaniu. Taką mamy tylko jedną – „Silent Night”. Poza tym znajdziemy tu 3 premierowe utwory zespołu (oczywiście w bożonarodzeniowym klimacie) oraz głównie… covery piosenek innych wykonawców z ich gwiazdkowych albumów. Dziwna decyzja, zwłaszcza że nawet nie starają się ich jakoś zaaranżować. Wszystkie są odegrane niemal identycznie, tyle że z cięższym brzmieniem. Czasem pojawi się jakiś smaczek, ale nie na tyle istotny, by można było uznać taki utwór za pełnowartościowy cover.

Idealnym przykładem jest słynne „Merry Xmas Everybody” grupy Slade. Tutejsza wersja absolutnie niczym nie różni się od oryginalnej. Równie dobrze autorzy oryginału mogliby to ponownie nagrać po 40 latach i efekt byłby ten sam, a zapewne nawet lepszy. Albo „Remember Christmas” Harry’ego Nilsona – ta sama melodia, takie samo pianino, tylko zamiast subtelnego wokalu słychać jęczącego Robina Zandera.  A już kompletną głupotą było branie się za materiał Jamesa Browna. Z całym szacunkiem dla Cheap Trick i ich fanów, do charyzmy i zdolności króla soulu to im tak daleko, jak mnie do uprawiana baletu. I chyba nie byli tego świadomi, bo „Please Come Home For Christmas” to również kopia oryginału. Nie mogę natomiast im zarzucić skaleczenia „Merry Christmas (I Don’t Want To Fight Tonight)” Ramonesów – przeróbka jest tak samo słaba, jak pierwowzór.

Mimo wszystko udało mi się znaleźć jakieś pozytywy. Podobał mi się „Run Rudolph Run” Chucka Berry’ego. W tej wersji brzmi mocno i dynamicznie, a przyjemna harmonijka ubarwia całość. Nawet słychać tu próby ubrania tego utwory w swój własny styl, podrasowany teksańskim boogie w klimacie ZZ Top. Źle nie wypadła też „Cicha Noc”. Zander smęci tak, jak ma w zwyczaju, ale jakoś to nie drażni. Podkład stanowi przyjemny, klawiszowy motyw, który później przechodzi w gitarowy. Niepotrzebnie tylko zaostrzają go na koniec, utwór traci wtedy te domieszki klimatu, które ma na początku. Na tym jednak plusy się kończą. O pozostałych nagraniach szkoda nawet wspominać. Autorskie utwory to typowe, świąteczne przyśpiewki. Takie do posłuchania „bo święta, a jak święta, no to dzwoneczki i patetyczne jęki”. Wszystko oczywiście przesiąknięte jest amerykańską tandetą, której Cheap Trick po prostu nie mogło uniknąć.

Jak wiadomo, albumy świąteczne nadają się do słuchania tylko w święta. Są oczywiście wyjątki (do głowy przychodzą mi „świąteczniaki” nagrane przez Boba Dylana, Bad Religion i Jethro Tull), ale „Christmas Christmas” do nich z pewnością nie należy. Ten album istnieje tylko po to, by ktoś go kupił. A odpowiedź na pytanie, czy takie płyty warto kupować, nasuwa się sama. Jeśli ktoś lubi pioseneczki grane przez punk-popowy zespół z USA, proszę bardzo. Jednak jeśli naprawdę już chce się zainwestować w album świąteczny, to lepiej nabyć taki, który faktycznie jest dobry, może ma nawet jakąś wartość. Choćby jeden z tych, o których wspomniałem wyżej.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *