Nic nie trwa wiecznie. Po genialnym „Blade Runner 2049” i świetnym „To” przyszedł czas na odwilż. Gdy zdaliśmy sobie sprawę, że King nie powinien narzekać na swoje nieudane ekranizacje, było już za późno – ktoś zrobił nas w bałwana. Panie i Panowie, w kategorii „Ale o co właściwie chodzi?” nominowani są…

Dr Ego: Wielkim fanem filmów czy książek spod znaku kryminału nie jestem, chociaż zdarzyło mi się z pewnym zaciekawieniem śledzić sprawy prowadzone w telewizyjnych tasiemcach z serii CSI czy NCIS (wstaw dowolne miasto). Bardziej też niż samo rozwiązywanie kryminalnych tajemnic interesuje mnie to, co siedzi w głowach seryjnych i psychopatycznych morderców. Tak się złożyło, że na zwiastun „Pierwszego Śniegu” dałem się złapać z kilku powodów. W kolejności przypadkowej są to: Michael Fassbender w roli głównej, zapierające dech w piersiach zaśnieżone krajobrazy Norwegii, sprawca o co najmniej interesujących motywach i fakt, że Jo Nesbo to nazwisko, które w księgarniach widuję często, więc założenie, że to coś dobrego, nasunęło się samo. Ku swojemu zaskoczeniu spodziewałem się, że film mnie wciągnie i po seansie wyjdę zaskoczony. W tym wszystkim zgadzało się jedno – zaskoczenie. Nie mogę uwierzyć, że do kin mogło trafić coś tak niedopracowanego i wybrakowanego. Ty chyba możesz pochwalić się większą wiedzą z tego gatunku. Może tak miało być, a ja po prostu nie byłem targetem tej ekranizacji?

Abraham Lincoln: Z pewnością „Człowiek-śnieg”, a tylko tak szyderczo mogę nazwać ten film, się nie popisał. W tym momencie wyleciały mi z głowy wszystkie produkcje filmowe, gdzie chodziłoby o policję i „chorego psychola”, natomiast z łatwością mogę tu wymienić takie dzieła z Hollywood, jak „Gone Girl” czy amerykańska wersja „Oldboy”, gdzie motyw detektywistyczny jest na miejscu i został zrobiony naprawdę dobrze. Jeśli chodzi o serialowe odniesienia, to „True Detective” (polska wersja „Detektyw”) jest wyraźnym wzorcem dla tych, kto chce robić takie kino. Natomiast odpowiedź na pytanie, po co było robić pośredni film na podstawie książki kultowego autora, zostaje dla mnie całkowitą zagadką.

Dr Ego: Głównym bohaterem filmu jest Harry Hole, wymęczony przez życie detektyw, który podejmuje się sprawy powracającej po latach serii tajemniczych morderstw. Sprawca brutalnie okalecza swoje ofiary, ale za to jego wewnętrzne dziecko nadal uwielbia lepić bałwany. O tym, że Harry jest zmęczony życiem, możemy się jedynie domyślać, bo w żaden sposób o jego życiowych doświadczeniach nie jesteśmy poinformowani (nawet drobna retrospekcja coś by zmieniła). Oczywiście butelka w ręce oraz niechlujny ubiór powinny nam dużo powiedzieć, lecz ciężko jest odebrać właściwie główną postać, gdy nie wiemy, czy to tylko ekscentryczny styl bycia, czy życiowe problemy. Obsada nie ma więc szans na to, żeby dobrze wejść w swoje role, gdyż zostają wrzuceni w wydarzenia z jednej z jedenastu książek o detektywie (i to akurat w tę środkową) i, o ile nie zapoznali się oni z całą historią postaci, nie było mowy o właściwym ich odtworzeniu, dlatego też dostaliśmy film, w którym wszyscy niczym uczniaki, starają się jedynie zaliczyć semestr. I o ile Fassbender próbował zdobyć plusa za chęci, to śliniący się i kręcący bez ładu i składu Val Kilmer był chyba klasowym bałwanem.

A.L.: Z głównym przeciwnikiem Fassbendera i jego partnerką po śledztwie wcale nie jest lepiej. Zastanawiam się, czy ten film nie miał na celu stworzenia jak najbardziej bezpłciowych, niemających życiowych „barw”, nieciekawych bohaterów, żeby po prostu się nie wyróżniały i każdy miał „równą równość”. Problem z tym filmem jest jeszcze taki, że nie za dużo się w nim dzieje. Jest sporo statycznych scen bez słów. I o ile, na przykład, w takim „Wrogu” z Gellynhaalem te statyczne ujęcia budują napięcie i są jednym z najwyraźniejszych plusów, to w „Pierwszym Śniegu” męczą, nudzą i sprawiają, że w momencie, kiedy w końcu coś się działo, ja banalnie się wyłączyłem z procesu oglądania na dobre 3 minuty. Owszem, piękne widoki mogłyby uratować tę produkcję, jeśli byłaby to przygodówka albo film dokumentalny o Norwegii, ale nie kryminał, gdzie dla kontrastu koniecznie powinna się pojawić dynamika. W tym filmie namieszali nie tylko z koncepcją, twórcy chyba nawet nie mogli się zdecydować, które sceny dodać do finałowej wersji, co było mocno zauważalne podczas seansu.

Dr Ego: W cały film wkradł się straszny chaos i nie chodzi o to, że dużo się działo. Jak zwróciłeś uwagę, mnóstwo było powolnych scen, do tego wiele z nich absolutnie nic nie wnosiło, czy chodzi o retrospekcje, czy inne momenty. Ktoś mógłby powiedzieć, że co my wygadujemy, przecież zwiastun był pełen fajnych scen i film zapowiada się dobrze. Kończąc seans, miałem wrażenie, że właśnie obejrzałem przedpremierową niepełną wersję, a całość będę mógł zobaczyć dopiero po wykupieniu konta premium. Zamiast poczucia niepewności czy grozy, czułem jedynie, że sprzed mojego nosa wycięto jakiś kolosalny fragment. Twórcy pozbyli się czegoś na pewno, bo w czasie seansu nie zobaczymy niemal połowy z tego, co zobaczyć mogliśmy w zwiastunie. Gdybym chciał być złośliwy i zaspoilerować wszystkim obejrzany film, to tak naprawdę nie mógłbym powiedzieć nic. Tajemnica tajemnicą, jednak w tym przypadku nie dowiadujemy się niczego. Nie poznajemy motywów mordercy, nie wiemy, dlaczego lepi bałwany, nie wiemy, dlaczego Hole jest taki zmięty przez życie. Zakończenie chyba też wycięli i postanowili zastąpić czymś naprawdę kretyńskim (ja wcale nie żartuję, mamy tutaj kandydata do nagrody Darwina). Po kryminale z seryjnym mordercą spodziewałem się portretu psychologicznego na tyle drobiazgowego, że zacząłbym zastanawiać się, czy czasem ja nie mam zadatków na psychola, bo wolałem jeździć resorakiem z lewej do prawej, a nie odwrotnie. Są filmy, o których zapomina się na 10 minut po seansie. „Pierwszy śnieg” jest filmem, po którym nawet nie ma o czym zapominać.

A.L.: To prawda, ten film można porównać do nowego rodzaju cukierków, które dopiero się pojawiły w sklepie, więc za sprawą naprawdę przyzwoitej reklamy postanawiasz je kupić, a one okazują się mieć nijaki smak. Oczywiście wprost rzucać spoilerami nie będziemy, ale pozwolę sobie powiedzieć, że ta produkcja na pewno traci na wartości, ponieważ sceny niektórych morderstw i kulminacja wyraźnie zostały złagodzone. Kto bądź co mogło wpłynąć na taki rodzaj zmiany, pozostanie chyba tajemnicą, bo wątpię, żeby był szał na wywiady z kimkolwiek, kto jest związany z tym filmem. Nawet Fassbender, którego kariera ostatnio ma się niesamowicie dobrze, nie zrobi sobie strzału w kolano. Jednym z elementów naszych recenzji jest omawianie obsady. A ja szczerze nie wiem, kogo by tu można odznaczyć, i albo pochwalić, albo zjechać. Pozbawione entuzjazmu sceny interakcji dwóch detektywów, próba wyrażania emocji przez Hola i jego byłą żonę, pseudo-zagranie pokrzywdzonego i zagubionego nastolatka w wykonaniu Michaela Yatesa i brak emocjonalnego napięcia u ofiar w momencie, gdy już wiedzą, że ściga ich morderca-psychopata. James McAvoy w „Splicie” dość zgrabnie zagrał 23 różne osoby, a w „Pierwszym śniegu” 13 aktorów (z pominięciem Fassbendera, który coś tam próbował działać kreatywnie) nie potrafiło wydusić z siebie nawet grymasu przerażenia. Ja mogę powiedzieć tylko jedno – piękne obrazki norweskich krajobrazów można obejrzeć za darmo na YouTube, a większą frajdę dostaje się od bekowego zagrania policjanta i nieposłusznej sprzątaczki w filmach dla dorosłych.

Dr Ego: Nesbo za niektóre rzeczy, jakie zrobiono z jego historią, powinien twórców co najmniej pozabijać. Jednym z takich „niesamowitych” smaczków są retrospekcje dotyczące dzieciństwa mordercy (które powinny być kluczowe i powiedzieć nam, dlaczego on to właściwie robi). Trudno jest bowiem zrozumieć, czego oczekiwał mały chłopiec, gdy ze łzami w oczach błagał „wujka”, który bił i wykorzystywał na jego oczach matkę, aby ten nie odjeżdżał. Liczył, że dostanie ona znów z liścia od swojego oprawcy? Od Tomasa Alfredsona dostajemy niezwykle męczącą produkcję. Z jednej strony akcja przeciąga się i długo niczego sensownego nie wprowadza, z drugiej – dręczy chęć uzyskania odpowiedzi na wiele znaczących pytań, lecz z każdą minutą zbliżającą nas do końca, zdajemy sobie sprawę, że niczego więcej się nie dowiemy. Film osiąga mistrzostwo tajemniczości, bo postanawia przed nami ukryć nawet fabułę. Dlaczego pierwszy śnieg? (nawet tego się nie dowiemy). Jednak, o ile w Norwegii może spowodować paraliż komunikacji i zalec na pięknych wzgórzach do połowy lipca, to u nas powoduje początkową radość, by po kilku chwilach zmienić się w obrzydliwą breję, która irytuje i drażni wszystkich. Czy muszę kończyć to porównanie? Niczym twórcy filmu, pozostawię tę kwestię bez odpowiedzi. Męcz się, tak jak ja się męczyłem.

A.L.: Po takim filmie można znienawidzić chodzenie do kina w piątkowy wieczór po ciężkim tygodniu w pracy. Historia detektywistyczna, gdzie połączono „Scooby-Doo” z „Blade Runnerem”, żeby zrobić z mózgów widzów najgorszej jakości jajecznicę. Morał z tego wszystkiego może być tylko jeden. Nie masz kreatywności i adamantowych jaj, żeby dobrze zekranizować książkę, nie zabieraj się za to. Czy King marnie cierpi, przeżywając liczne nieudane wcielenia kinowe jego bestsellerów, żeby Hollywood w końcu nauczył się przenosić tekst pisany na duży ekran? Po seansie mnie samemu chciało się popełnić samobójstwo marchewką, żeby nie musieć pisać recenzji o beznadziejnym „Bałwanie”. 3/10, I guess.

Wszyscy desperaci mogą pójść na ten film po to, by się upewnić, że ich życie nie jest aż tak kiepskie. Jeśli nie masz problemów z motywacją, to lepiej spędź ten czas z rodziną czy przyjaciółmi. Nie wierzysz? Przyjdź do Cinema-City i przekonaj się sam, policjancie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *