Przez lata, niczym koszmar ciągnęło się za nami pytanie: „Co autor miał na myśli?”, skutecznie obrzydzając nam wszystko, co napisane jest wierszem. Czasy jednak się zmieniają, a poezja daje wycisk nawet podczas wizyty w kinie.

Abraham Lincoln: Kto mógłby się spodziewać, że w naszych czasach jest jeszcze ktoś, kto potrafi robić i zwiastuny, i sam film. Ja osobiście ostatnio trafiłem na taką perełkę. A raczej prawdziwą czarną perłę, if you know, what I mean. Po trailerze myślałem, że to będzie średniej klasy horror, takie coś ani dobre, ani złe, zwykły zanudzacz na jeden randkowy wieczór – czyli coś, z czym wolę nie mieć do czynienia. W rzeczywistości okazało się, że jest to prawdziwy dramat psychologiczny, światowej rangi opera w kinie, dzieło na tyle przypominające dobrą książkę, że aż nie jesteś w stanie uwierzyć, że coś takiego oglądasz. Moje zaskoczenie było tym większe, iż film dość długo się rozkręcał i w pewnym momencie stwierdziłem, że nic nowego – co by się nie pojawiło w zwiastunie i wcześniej w innych podobnych produkcjach – już nie zobaczę. Chwilę później zostałem po prostu wgnieciony w fotel całym natłokiem poetyckiej masakry Darrena Aronofsky’ego.

Dr Ego: Jak zauważyłeś, zwiastun zapowiadał coś innego. Zdarzają się przypadki, że filmy umieszczone w kategorii horror zazwyczaj mają więcej wspólnego z dramatem, komedią czy kryminałem, a film grozy próbują jedynie udawać, wrzucając nieraz przypadkowo „przerażające” sceny. Gdy zobaczyliśmy w kinie zapowiedź „mother!” obaj z pewnością mieliśmy przeświadczenie, że nie będzie to klasyczny straszak, a najprawdopodobniej dramat z jakimś elementem nadnaturalnym lub zwidy i halucynacje chorej psychicznie bohaterki. Byłem na tyle niepewny, czym właściwie jest ta produkcja, że postanowiłem dowiedzieć się o niej czegoś więcej.

Internet, jak to zwykle bywa, ma tyle opinii, co komentujących. Jedni uważali, że film pozbawiony jest sensu czy logicznej spójności, a drudzy dopisywali do treści – zdawać by się mogło – abstrakcyjne teorie. W skrócie, wiedziałem jeszcze mniej niż na początku. Nieważne jednak, jakie komentarze i analizy przeczytałbym wcześniej, nic nie przygotowałoby mnie na to, co zobaczyłem w kinie. Film pod żadnym względem nie jest horrorem w klasycznym tego słowa znaczeniu. Trudno odnaleźć nawet właściwe określenie dla tego, co ujrzeliśmy na ekranie. Kawał psychologicznych analiz i wieloznaczności, doprawionych odrealnioną baśniowością. I jest to jedynie próba nadania mu kształtu.

A.L.: Nie można być pewnym co do gatunku „mother!”, również co do tego, w jaki sposób odbierać i rozumieć poszczególne treści i tłumaczyć przedstawioną historię na „język ludzki”. Ale ten nie do końca horror w stu procentach uporał się z jedną bardzo ważną funkcją, której nie mogą pociągnąć współczesne filmy grozy – prawie od początku i na pewno do ostatniego momentu trzymał w takim napięciu, że później, po wyjściu z sali, bolało Cię całe ciało. Owszem, trailery zapowiadały coś w stylu „Wyspy Tajemnic” i już przed seansem sobie rozkminiałem, jak te dwa filmy porównać i nie dać do zrozumienia, że to są produkcje-bliźniaczki. Jak się okazało, niepotrzebnie zadawałem sobie trudu.

Ten film jest raczej połączeniem powieści Edgara Allana Poe, „Coś” i ekranizacji „Łowcy Snów” Kinga. Dla znawców gier komputerowych powiem, że w pewnym momencie „mother!” poziomem obłędu i szaleństwa przypominał obie części „Outlast”, połączone ze stylistyką „The Evil Within”. Ale wracając do rzeczy bardziej zrozumiałych. Nie patrząc na to, że czasami ten film przesadzał z poziomem okropności, na koniec przekazał całościową historię, która każdego zmusi do zastanowienia. Zmierzam do tego, że nie jest to tzw. kino „głupie”, lecz dzieło, które mogą obejrzeć nawet osoby nieco starsze. Przecież w każdym wieku się czyta „Dżumę” Alberta Camusa.

Dr Ego: Gdy wyjeżdżasz z czytaniem „Dżumy”, to znaczy, że robi nam się tutaj naprawdę poważnie. Co do pozostałych Twoich porównań, zbierając je w całość, ktoś gotów jest pomyśleć, że mowa jest o czymś od początku do końca mniej lub bardziej odrealnionym. Wspominasz o Kingu, którego twórczość, jak większości pisarzy w tym gatunku, buduje historie na zasadzie: najpierw jest normalnie, a później zaczynają się dziać dziwne rzeczy i już. Wydaje mi się, że dość łatwo wskazać granicę. W tym przypadku jednak wskazanie momentu, w którym przestaje być normalnie, a zaczyna być irracjonalnie, wskazać jest o wiele trudniej, jeżeli jest to w ogóle możliwe.

Dlatego też żadne porównania do książek, filmów czy gier, choćby niezwykle trafne pod jakimiś względami, nie będą w stanie w pełni zilustrować dzieła Aronofsky’ego. Ja na koniec miałem jedno porównanie i zostanę przy nim z braku lepszych opcji. Nikogo z nas nie ominęło interpretowanie wiersza na języku polskim. Mimo wskazówek nauczycielki, każdy z nas miał nieco inną interpretację. Wyobraźcie sobie teraz, że ktoś decyduje się na ekranizację nie książki, ale wiersza. Czytając go dosłownie, polegniemy, jeżeli jednak zaczniemy doszukiwać się wszystkich „środków stylistycznych”, możemy zacząć budować wokół filmu drugą jego wersję. Mimo nienawiści do takich zajęć w szkole, tutaj pochłonęło mnie to w całości.

A.L.: A ten oto, jak się wyraziłeś, wiersz opowiada o parze – poeta i jego młoda żona – która ucieka od cywilizacji, żeby stworzyć swój raj na ziemi (zadanie żony) i znaleźć inspiracje do tworzenia nowych dzieł (zadanie męża). Na tym kończy się część normalna, coś, co można jednoznacznie zinterpretować, przedstawić i nie zaspoilerować czegoś, co się działo dalej. A skoro mówimy o poezji i opowiedzianej w ten sposób historii, ważne tu będą nie tylko środki stylistyczne w postaci efektów specjalnych, poruszania się kamery i tym podobnych rzeczy, ale i bohaterowie.

Pamiętam, ktoś miał uwagi co do zdolności aktorskich Jennifer Lawrence. Może to i sprawiedliwe, bowiem nawet ja zauważyłem, że jej najlepsze i najciekawsze wcielenia są zawsze w filmach z Bradley Cooperem (stali się oni niezwykle bliskimi osobami, co sprawiło, że Lawrence przy nim się otwiera i na sto procent wciela się w rolę). W tym filmie jej kolegi po fachu nie ma, ale pięknej Mystique nie przeszkadza to wcale w pokazywaniu całego wachlarza emocji. Od troskliwej matki do prawdziwej bestii, która Cię odstrasza i przyciąga jednocześnie.

Tego samego niestety nie mogę powiedzieć o aktorze-mistrzu Javierze Bardemie. Jego postać jest jednopłaszczyznowa i w ciągu dwóch godzin ani razu się nie zmienia wraz ze zmianą otoczenia. Jest to trochę nawet płytki twórca-psychopata zapatrzony w samego siebie i w tym, co robi. Dla siebie odznaczyłem, że w jednej z kluczowych scen napięcia, gdzie wszystko skupiało się na grze oczami, wzrokiem, bardziej uwierzyłem młodej aktorce niż hollywoodzkiemu bywalcowi. Natomiast Ed Harris, Michelle Pfeiffer i pozostała paczka stoją na poziomie i wraz z Lawrence tworzą całość kompozycji tego „wiersza”. To właśnie bohaterka Pfeiffer potrafiła mnie przestraszyć nawet w tych momentach, kiedy nic specjalnego się nie działo.

Dr Ego: Co do Lawrence, zawsze zastanawiałem się, co jest słabsze: jej gra aktorska czy jej hasło do iCloud. Muszę jednak przyznać, że w tym przypadku zagrała dobrze w kluczowych momentach, chociaż jej jednowyrazowa twarz powracała zawsze, gdy działo się mniej. Szkoda zdecydowanie Bardema, który – cóż – w ogóle nie wkładał w swoją rolę większych uczuć, był dość płaski, a wiele kwestii wypowiadał po prostu bez przekonania, chociaż aż prosiło się o „tupnięcie” nogą. Jednak to nie on był najważniejszy. Wszystko rozgrywało się z perspektywy tytułowej matki. W wielu momentach towarzysząc Lawrence i oglądając dom oraz sytuacje „zza jej pleców”, zaczynałem się chwilami najzwyczajniej nudzić (dramaty i kino ambitne nigdy nie było moją mocną stroną, musicie mnie zrozumieć), jednak gdy zaczynało się dziać, a działo się dużo, męczyłem się razem z nią do tego stopnia, że sam napinałem mięśnie w oczekiwaniu na koniec. Na to jednak nie miałem co liczyć. Cała narracja to jednak nie tylko emocje postaci. Świetnie rozegrana została praca kamery, każde jej wykorzystanie nie było przypadkowe.

A.L.: Uwielbiam ten zabieg z chodzeniem z kamerą za bohaterem, a to, że cały ten film był zbudowany właśnie na takiej zasadzie, sprawiło mi niewyobrażalną przyjemność. A jakże żywe były dekoracje w tej produkcji. 99% akcji odbyła się w ogromnym domie za miastem, ale za każdym razem, gdy razem z bohaterką przechodziliśmy przez tak dobrze kojarzone pokoje, po nowemu zaczynaliśmy odbierać całe otoczenie. Co więcej, z założenia nieruchomy przedmiot co sekundę się zmieniał, reagował na to, co dzieje się dookoła, po prostu żył. Nawet sobie nie wyobrażam, jak dużo pracy i sił włożono w to, żeby nakręcić finałowy odcinek filmu, gdzie cały budynek stawał się sceną „wielkich wydarzeń”, a losy bohaterów krążyły w burzy akcji, odskakując od ścian zmieniających się dekoracji.

„mother!” to produkcja pełna napięć, emocji i tajemnic. Można doszukiwać się tu odniesień do biblijnych historii, różnych tytułów literackich i dzieł sztuki, i na tym polega jeden z pięknych aspektów tego filmu. Każdy zinterpretuje go po swojemu, każdy zobaczy to, co chce zobaczyć i każdy zrozumie małą literę w nazwie na swój sposób. Ja zostałem wchłonięty przez ten film, pobity, odświeżony i rzucony w tornado emocji, by na koniec wyjść z seansu z głową pewną przemyśleń i totalnym zadowoleniem. Moja ręka nie drgnie, kiedy wystawię swoje 10/10.

Dr Ego: Nie sądziłem, że poważne kino zrobi na mnie takie wrażenie. Jestem prostym człowiekiem i zazwyczaj w interpretowanie czy doszukiwanie się drugiego dna nie lubię się bawić. W tym przypadku jednak wszystko było tak niezwykle podane, że jeszcze długo po seansie szukałem możliwych sposobów odczytania całości, a także kolejnych pojawiających się scen. Możliwe, że obejrzenie filmu po raz drugi odkryłoby przede mną zupełnie nowe rzeczy i mógłbym je ponownie zinterpretować. Sama postać matki nadal nie została przeze mnie rozgryziona, a podczas seansu nadawałem jej oblicza zupełnie sobie nawzajem przeciwstawne. Najpiękniejsze jest to, że wiele osób odnajdzie w filmie inne pytania, jakie on porusza i pozwoli znaleźć inne sposoby odpowiedzenia na nie. Co było główną myślą przewodnią? Czy chodziło o miłość, boskość, tworzenie lub niszczenie, a może o wybaczanie i naprawianie? Każda odpowiedź może być równie dobra, co zła. Wszystko zależy od tego, jakie obrazy są w twojej głowie. Ja daję 9/10, bo z kina nie lubię wychodzić obolały.

Czy chodzi o Eden, Adama i Ewę, czy może o Matkę Naturę, Ziemię i człowieka-marzyciela? A może został nam przedstawiony szkic o ludzkich uczuciach i ważności dzielenia się z bliźnim? Odpowiedzi znajdują się gdzieś między wierszami niezwykłego dramatu, który przypomina raczej dzieło poetyckie niż kolejny film dla wielbicieli horrorów. Koniecznie musicie odwiedzić Cinema-City i odkryć dla siebie tajemnicę „mother!”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *