Recenzja

Pan Smith próbuje zostać panem Dylanem

Zespół Dylana – dolegliwość występująca wśród niektórych muzyków, przenoszona bliżej nieokreśloną drogą. Jej objawem jest chorobliwa skłonność do komentowania polityki i spraw społecznych poprzez piosenki. Od innych artystów odróżnia ich to, że teksty bardzo często odgrywają kluczową rolę, kompletnie marginalizując rolę muzyki. Nazwa pochodzi od Boba Dylana, pioniera takiej stylistyki. Sam jednak na ten zespół nie cierpiał.

Oczywiście takiej choroby nie ma, ale są muzycy, którzy zdają się potwierdzać jej istnienie. Niewątpliwie zalicza się do nich Steven Patrick Morrissey. Lider legendarnej grupy The Smiths, później artysta solowy. Komentator spraw wszelakich, weganin, przeciwnik wszystkiego kojarzącego się z prawicowymi poglądami, przy tym także wielki zwolennik Brexitu. Przez jednych chwalony za odważne komentarze i zaangażowanie społeczne, przez innych krytykowany za nieszczerość i buractwo. Prawda, jak zwykle, zdaje się leżeć pośrodku. Mnie natomiast interesuje wyłącznie nowy album Morrisseya i zawarta na nim muzyka. A z tą jest nienajlepiej.

Muzyk ewidentnie ma na celu bycie kolejnym Dylanem. Wychodzi mu to jednak coraz gorzej. Na „Low In High School” próżno szukać czegoś na miarę choćby największych osiągnięć solowego Morrisseya, o The Smiths nawet nie wspominając. Dobitnie przekonywał już o tym singiel promujący album. Popowy, banalny „Spent The Day In Bed” z dziwnie plumkającymi klawiszami i funkowym rytmem, mającym dodać „fajności”, może skutecznie zniechęcić do sięgnięcia po całość. Refren jest znośny, ale osoby mało odporne na kicz i żenadę mogą nie dotrwać nawet do tego momentu. W podobnym tonie utrzymany jest „I Wish You Lonely”, momentami brzmiący, jak wyrwany z lat 80. (nieudolnie wkomponowany syntezator). Po zaangażowanym wokalu słychać jednak, że Morrissey traktuje te utwory śmiertelnie poważnie. I takich pretensjonalnych smutów jest tu więcej.

Nie znaczy to jednak, że nie ma na tym albumie dobrych momentów. Niestety, każdy z tych lepszych utworów ma jakieś „ale”, które psuje jego odbiór. Otwieracz w postaci „My Love, I’d Do Anything For You” jest klimatyczny dzięki mocnym gitarom (sekcja rytmiczna też daje radę, choć gra dosyć prosto), a Morrissey śpiewa bardzo melodyjnie, z typową dla siebie manierą. Drażni natomiast obecność dęciaków, które zdają się być tu dodane na siłę. Uwagę zwraca wyjątkowo niesubtelny tekst – już w pierwszej linijce pojawia się słowo „propaganda”.

„Jacky’s Only Happy When She’s Up on the Stage” to chwytliwy kawałek, najlepiej nadawałby się na singiel tego albumu. Przydałoby się tylko trochę więcej zaangażowania w śpiew – jest słabo zaakcentowany i po prostu przynudza. Znacznie lepiej wokalista radzi sobie we wzniosłym „Home Is a Question Mark”, z delikatnym akompaniamentem gitary i smyczków. Brakuje mu jednak wyraźnej melodii, przez co szybko wypada z głowy. Podobał mi się również „The Girl from Tel-Aviv Who Wouldn’t Kneel”, oparty na typowo latynoskim rytmie (być może dlatego, że lubię takie klimaty). Niestety, jest bardzo jednostajny i przez to niesamowicie się dłuży. Podobnie „I Bury The Living” – początek bardzo intryguje, ale nic nie uzasadnia tak długiego czasu trwania. W pierwszej minucie dzieje się dokładnie to samo co w piątej. I jeszcze ta przygrywka pod koniec, z „La, La, La” śpiewanym do znużenia W zwartej wersji, bez tej paskudnej końcówki, byłby to mój faworyt z tego albumu.

Są też prawdziwe koszmarki, co najmniej na poziomie wspomnianego singla. „Who Will Protect Us from the Police” jest tak przerysowany i dziecinny, że aż śmieszny. Motyw gitarowy da się lubić, ale w towarzystwie dzwonków i pstrokatej trąbki wypada po prostu komicznie. „All the Young People Must Fall in Love” zalatuje tanią wersją Johna Lennona i to na granicy plagiatu „Give Peace A Chance” (klaskana melodia jest w obu niemal identyczna). „When You Open Your Legs” brzmi natomiast, jakby Morrissey chciał ponownie zagrać „The Girl From Tel-Aviv…”, ale zapomniał, jak to leciało i wyszło coś innego, oczywiście gorszego. „Israel” podejmuje tematykę wydarzeń na Bliskim Wschodzie, ale w miałki, gwiazdorski sposób. Trudno pozbyć się wrażenia, że to próba żerowania na nośnym temacie. Lepszy jest „In The Lap” o podobnym przesłaniu – ma ładną melodię i nie jest aż tak banalny, ale tego muzyka naprawdę stać na więcej.

Lubię i doceniam The Smiths, ale, niestety, w twórczości ich byłego lidera nie jestem w stanie znaleźć wiele dla siebie. „Low In High School” tylko utwierdził mnie przy tym stanowisku. Morrissey robi to, co ma w zwyczaju – smęci przy akompaniamencie niezbyt wyrazistych piosenek. Czasami ma przebłyski, ale całość jest nudna jak zawody w szyciu swetrów. W samym 2017 roku, bardzo kiepskim dla rocka, powstało co najmniej kilka znacznie bardziej godnych uwagi płyt.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *