Recenzja

Urodzinowy Dzień Świstaka

Czy możecie wyobrazić sobie film, podczas którego kilkukrotnie zdążycie zmienić zdanie na jego temat? Od rozczarowania, zażenowania, rozbawienia po rosnące zainteresowanie, by w końcu przeżyć mindfuckowe „ale co?” i stwierdzić, że było to tak słabe, że momentami nawet dobre. Taki wachlarz emocji dla naprawdę wytrwałych może zgotować jedne z najdziwniejszych urodzin. Zapraszamy na „imprezę-niespodziankę”.

Dr Ego: Czy znalazłby się ktoś, kto nie chciałby mieć nielimitowanych żyć i możliwości restartu, gdy coś się bardzo mocno nie uda, a nasz „pasek życia” spadnie do zera? Z pewnością jest to marzenie niejednego z graczy. Założę się, że obaj mamy na sumieniu cheatowanie w grach i wpisywanie podczas rozgrywki kodów na nieśmiertelność czy nielimitowane życia, a jak ktoś nigdy nie próbował, niech pierwszy wciśnie ESC. Obaj dzięki temu wiemy, jak takie wspomagacze skutecznie potrafią zepsuć nam rozrywkę. Nietykalność sprawia, że kolejne etapy są nudne, monotonne, a my wytrzymujemy to jedynie ze względu na historię i chęć przekonania się co będzie potem, by „rozdziawić japę” dopiero wtedy, gdy gra dostarczy nam jakiegoś soczystego „plot twista”, a chwilę później powrócić do monotonii i nudzić się dalej. Cóż, chyba dokładnie tak ma się sprawa z „Happy Death Day”. Jeżeli znajdziesz lepsze porównanie, oddam Ci wszystkie moje potiony.

Abraham Lincoln: Sama polska wersja nazwy tego filmu – „Śmierć nadejdzie dziś” – już jest wystarczająco mindfuckowa. Latami przeglądam się tłumaczeniom tytułów i nadal nie rozumiem, kto za tym stoi i co ćpa? Ale nie nazwa wywołuje prawdziwe emocje. Brutalniejsza wersja „Dnia świstaka” jest produkcją oklepaną, banalną, przewidywalną – chociaż – co do przewidywalności, można by podyskutować, bo ja do końca wahałem się, kto jest „tym złym” – ale cały ten zbiór negatywnych cech daje nam kino wcale niegłupie, przyjemne dla oka i mózgu, a co ważniejsze – niezanudzające pod sam koniec. Możecie sobie wyobrazić, że w typowo amerykańskim filmie nikt masowo nie bije brawa i ten gest nie jest największą aprobatą dla nowonarodzonego bohatera (dla mnie osobiście jest to mega sztuczne i irytujące)? Nie? W takim razie „Happy Death Day” pozytywnie zaskoczy was również pod tym względem. Już w tym momencie wiadomo, że świat zwariował i w tej recenzji będziemy jednak chwalić beznadziejne kino.

Dr Ego: Nie no, bez przesady. Z tym „przyjemne dla oka i mózgu” to bym nie przesadzał. Chyba, że celowo wyłączyłeś zbędne funkcje swojego. Ktoś to przeczyta, potem pójdzie do kina i będzie nas winił, że po 10 minutach boli go głowa od przewracania oczami z powodu beznadziei, jaką reprezentuje film w wielu miejscach. Ja naprawdę czułem, jak w pierwszej połowie moje szare komórki ustawiały się w kolejce do uroczystego samobójstwa. Więc bądźmy dobrymi ludźmi, i chociaż Halloween jest już za nami, nie róbmy nikomu głupiego psikusa. Na co więc musi być przygotowany ktoś, kto zdecyduje się obejrzeć ten tytuł? Zapraszam na listę powodów, dla których chciałem wydłubać sobie oczy.

Główna bohaterka to Tree i wbrew imieniu wcale nie jest szaloną ekolog. Jest za to do bólu irytującą, drażniącą i maksymalnie stereotypową, przygłupią imprezową blondyneczką, dla której liczy się w kolejności: ostry makijaż, dekolt do pępka, duża ilość alkoholu i wieńczące noc wepchnięcie komuś języka do gardła. Poza kolejką znalazła się jakakolwiek empatia czy bycie miłym. Może właśnie dlatego, że sukowatość bije od niej na kilometr, to ona otrzymuje możliwość naprawiania swojego postępowania, powtarzając stale dzień swoich urodzin. Z drugiej strony, może to być karma, która sprawia, że co wieczór Tree musi przeżywać swoją własną śmierć. Jakby sama główna bohaterka nie była chodzącym stereotypem, to cała akcja filmu dzieje się na kampusie, który jest prawdziwą kompilacją uproszczeń na temat studenckiego życia.

Oglądamy więc świat wyrwany z tak kolorowych i różnorodny filmów, jak „High School Musical” czy „Legalna Blondynka”, i błagam, nie pytaj mnie, skąd wiem, jak to tam wyglądało. Co za tym idzie, mamy wredne siostrzyczki z kappa kappa coś tam, nieśmiałych, ale nadal trochę lamusowatych chłopców w kraciastych koszulkach, grzeczne i nieumalowane, ale za to niezwykle zdolne kujonki, dziwnie wyglądających fanów kultury Dalekiego Wschodu, czy w końcu napakowanych przystojniaków, którzy – jak się potem okazuje, w szatniach wolą klepać się po tyłkach niż wyrywać na swój testosteron dziewczyny. Nie mam pojęcia, czy mi uwierzysz, ale pomimo walących po oczach znaków, dość długo zajęło mi zorientowanie się, że utknęliśmy na horrorze dla młodzieży – co zazwyczaj naprawdę nie wróży niczego niezwykłego.

A.L.: No właśnie, jakbyś wiedział, czym jest Kappa, to na pewno zrozumiałbyś, dla kogo jest ten film i co sobą reprezentuje. Powiem niezrozumiałym językiem. Wolę oglądać satyrę na studenckie życie i, przepraszam, tępą młodzież, niż superbohatera-idiotę. O ile ja jestem oderwany od rzeczywistości swoich rówieśników, to wiem, że większość właśnie tak się zachowuje, właśnie takie żarty i przekleństwa królują na streamach, i właśnie takie stereotypowe blondynki mogą nam się trafić na drodze życiowej. O naszej gwiazdorce Tree dodatkowo powiem coś jeszcze. Może nie masz tej świadomości, ale to właściwie fakt, że tak nas wkurzała, irytowała i zmuszała rzucać facepalmami, jest wyraźnym dowodem na to, że Jessica Rothe idealnie zagrała swoją bohaterkę. Szczerze, na początku filmu nienawidziłem tej postaci, ale pod koniec zrozumiałem, że o to w tym wszystkim chodziło. Nienawidzić paskudnej dziewczynki, a następnie, śledząc jej przemianę, zacząć kibicować. I w odróżnieniu od innych produkcji, gdzie ten zabieg jest maksymalnie słaby i niedopracowany, w tym przypadku oglądało się to z przyjemnością.

Dr Ego: W tym momencie pozostawmy kwestię „lasek-zombie” i przejdźmy dalej. Jeżeli film był celową satyrą na „cudowne studenckie lata”, to był zrobiony pod tym względem tak dokładnie, że byłem przekonany, że producenci robili to na poważnie i wyszło im głupkowato. W zasadzie to cały film pozwoliłbym sobie podzielić na trzy części. Na początku mamy bardzo marny horror, nawet nie klasy słabego B, a z pewnością C. Ktoś zainspirował się „Krzykiem” i przyodział mordercę, który ledwo daje sobie radę ze zwykłą studentką – w naprawdę creepy maskę. Wraz z tym, jak bohaterka powoli zaczyna rozeznawać się w tym, co się dzieje, podejmuje pewne działania, a wydźwięk filmu zaczyna się diametralnie zmieniać.

Mamy bowiem do czynienia z komedią pokroju właśnie „Legalnej Blondynki”, w której Tree w sposób iście komediowy próbuje mordercę odnaleźć, nie robiąc sobie nic z kolejnych ran kłutych. Na koniec zaczynamy się męczyć już trochę inaczej, bo nie tyle irytującymi bohaterami i sytuacjami, ile tym, że pomimo wszelkich starań, nasza blondynka nadal tkwi w pułapce, a rozwiązania, które wydawały się oczywiste, wcale nie działają. Tutaj naprawdę brawa za przebiegłość Christophera Landona. Film wypada na początku tak miernie, że nie oczekujemy żadnych zwrotów akcji i podsuwani podejrzani wydają się w sposób oczywisty winni i nie spodziewamy się, że reżyser wyjdzie na jakieś wyżyny i nas zaskoczy. Potem jednak zaskoczenie goni zaskoczenie, a my co chwila mamy możliwość rzucenia naszego klasycznego „ale co jest ku***”.

A.L.: Podzieliłbym ten film jeszcze inaczej. Jest pierwsza połowa, która strasznie się przeciągała i nie wyróżniała się pomysłowością twórców. Za każdym razem działo się to samo bez większych zmian. Jedyne, co przyciągało uwagę, to piękna, chociaż głupia Tree, dość zgrabnie podane przekleństwa i melodyjka z komórki (ta nuta siedzi w mojej głowie jeszcze po obejrzeniu zwiastuna). Natomiast druga część filmu jest o wiele ciekawsza, kreatywniejsza, a przede wszystkim lepsza pod względem wydarzeń i zwrotów akcji, ale – jak mi się wydawało – głupsza, bo chyba cała satyra przez twórców zaczęła być odbierana na poważnie. Czyli, w moim odczuciu, film wyszedł słaby nie dlatego, że jest kompilacją wszystkiego, co najgorsze i banalne, a dlatego, że te dobre aspekty pojawiają się dawkowane w różnych jego częściach i są wymieszane z nudziarskimi elementami. Film i tak jest stosunkowo krótki, ale można by było jeszcze go skrócić i na tym by tylko zyskać.

Dr Ego: Właśnie to w wielu horrorach jest najdziwniejsze. Są one dość krótkie, zazwyczaj jest to około 80 minut, a trzeba odjąć od tego napisy końcowe. I mimo tego, dłużą się one nieraz niemiłosiernie. Ja bym w tym przypadku niczego nie wycinał (i niech linczują mnie wszyscy ci, którzy z moją opinią na temat „Thora” się nie zgadzają), bo w tym przypadku w całej tej głupkowatości jest metoda. Wielu producentów związanych z kinem grozy podchodzi do tematu poważnie, nie mając przy tym żadnego niezwykłego pomysłu, co po prostu się nie udaje. Landon doszedł chyba do wniosku, że jeżeli podejdzie do sprawy na serio, to dostaniemy kolejny horror średniej jakości i to dodatkowo z chamsko zerżniętym pomysłem z „Dnia świstaka”. Tandeciarstwo filmu usypia nieco naszą czujność i na koniec wszystko zaczyna się układać nieco lepiej.  Mamy więc odwrócenie tego, że wiele filmów zaczyna się dobrze, a potem fantazja i wiele wątków gmatwa się na tyle, że rodzi się coś, co ciężko obejrzeć. Tutaj reżyser dostarczył nam żenujący momentami film, który miał dobry finisz. Przez to zapomina się nawet o wielu niedociągnięciach i absurdach, i tak jak my, na koniec można dojść do wniosku, że to było tak głupie, że aż dobre.

A.L.: Sporo razy użyliśmy słowo „głupie” we wszystkich możliwych odmianach, ale na koniec warto zauważyć, że film pod względem „tępactwa” nie wypada tak źle. Sama bohaterka dość często korzysta z pozostałości po szarych komórkach i zachowuje się tak, jak trzeba się zachowywać w obliczu niebezpieczeństwa, a przecież na brak racjonalnego podejścia cierpi duża ilość horrorów. Do tego dochodzi całkiem fajny pomysł na odświeżenie tego, co już widzieliśmy, bądź tego, czego po raz drugi nie chcielibyśmy widzieć. Zaryzykowałbym twierdzenie, że jest to o wiele słabsza, niskobudżetowa wersja „To”, pod tym względem, że w elementy horroru wkrada się życie młodego pokolenia, które z ekranów kin nie wygląda aż tak sztucznie i nieciekawie. Nam przecież też zdarzały się niezręczne sytuacje, kiedy w obecności obiektu pożądania krzyczeliśmy: „To co, zaliczyłeś tę cud kwiatuszek?” I między innymi takie elementy zmuszają mnie polubić ten film. Słabo, chamsko, ale nadal elegancko. 7,5/10.

Satyryczny horror, komedia niskich lotów, krwawa wersja „Dnia świstaka” z legalną blondynką w roli głównej. Zastanawiacie się, czy to będzie dobre? Nie pomożemy wam, bo sami nie wiemy­­, ale bez obaw zapraszamy na „Happy Death Day” do Cinema-City.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *