Wydawałoby się, że ktoś taki, jak Bob Seger już dawno powinien był skończyć z muzyką. Ileż można nagrywać kolejne protest songi i rockowe ballady? Jeden z najsłynniejszych piosenkopisarzy udowadnia, że da się to robić przez ponad 40 lat i do tego całkiem dobrze.

Od połowy lat 80. Seger tworzy nowe albumy raczej sporadycznie i może dzięki temu wciąż utrzymuje całkiem niezły poziom. Najnowszy z nich, „I Knew You When”, raczej z niego nie schodzi, ale też go nie przeskakuje. Trudno zresztą o to, gdy ktoś tak do serca bierze sobie zasadę nie naprawiaj tego, co nie jest zepsute. Pierwszy utwór, „Gracile”, nie trwa nawet trzy minuty, a w pełni daje znać, że Seger nie próbuje zaczynać nowego etapu w swojej karierze. Wszystko jest tu według starej receptury – chwytliwy gitarowy motyw, typowo amerykański klimat, no i śpiew. Z jednej strony pozbawiony już charakterystycznej barwy, a z drugiej wciąż jest w nim coś właściwego tylko temu wokaliście. Mimo 70 lat na karku wciąż radzi sobie naprawdę dobrze, nie odnosi się wrażenia, że śpiewanie go męczy albo jest tylko przykrą koniecznością. Sam kawałek zresztą świetnie służy za otwieracz, to też jeden z bardziej chwytliwych utworów na płycie.

Takiego wpadającego w ucho grania jest na szczęście więcej. Dobry pod tym wgzlędem jest np. „Runaway Train”, zagrany z wręcz luzackim podejściem. Klimat dobrze podkreśla partia saksofonu, psuje go za to plastikowo brzmiąca perkusja (pomyślałby kto, że paskudne brzmienie lat 80. mamy już dawno za sobą). Podobny jest następujący po nim, wolniejszy „Something More”, ale jako całość wypada lepiej. Partie saksofonu są bardzo przyjemne, a wokal chyba najlepszy z całego albumu. Ładne melodie mają też  „i’ll Remember You” i „Marie” – utrzymane w stylu Segera ballady. Ta pierwsza przyciąga uwagę gospelowym refrenem, a druga bardzo korzysta na niskich tonach fortepianu i gitarze grającej troszkę w latynoskim stylu. Z kolei utwór tytułowy to ogromna wpadka – jest zbyt przesłodzony i pstrokaty, a melodia zdaje się zmierzać donikąd. Podobnie jest z nijakim, monotonnym „Highway”. Bardzo nietypowo dla tego muzyka brzmi natomiast „The Sea Inside”, brzmiący jak odrzut z „Physical Graffiti” Led Zeppelin. Sam Seger twierdził, że ten kawałek przypomina muzykę Ołowianego Sterowca i jest w tym sporo prawdy. Trudno mi ocenić, na ile jest to plagiat stylu, ale najwięksi fani Zeppelinów mogą się czuć urażeni wyraźnym podobieństwem.

Nie mogło się również obyć bez paru coverów. „Busload Of Faith” Lou Reeda można było usłyszeć jeszcze przed premierą. Na szczęście muzyk nie grzebał zbytnio przy świetnej melodii (nie skończyłoby się to dobrze), za to wzbogacił aranżację o instrumenty dęte i damskie wokale, które zresztą towarzyszą mu na całym albumie. W sumie, mimo dużej wierności oryginałowi, brzmi jak utwór autorstwa Segera, co nie powinno dziwić, bo była to piosenka mocno w jego klimacie. Nieco silniejsze piętno odcisnął na „Democracy” Leonarda Cohena. Harmonijkę zastąpiły smyczki, a zamiast Cohenowskiej, nie do końca udanej, melodeklamacji jest normalny śpiew. Z tego drugiego powodu trochę wolę tę wersję, choć w refrenie Seger próbuje brzmieć zbyt podniośle.

Ci, którzy mają już serdecznie dość kolejnej porcji muzyki Boba Segera lub po prostu go nie lubią, mogą sobie odpuścić ten album, nawet w kawałkach. Autor „Night Moves” nie chce do nikogo ani niczego się dostosowywać. To po prostu porcja przyjemnych piosenek (poza dwiema słabiznami), do posłuchania sobie np. w samochodzie. A wszystko to podane, jak zwykle u Segera, w luźnej, lekkostrawnej atmosferze, która po dołującym „Low In High School” Morrisseya była mi nader potrzebna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *