Nagrywanie płyt z coverami własnych kawałków jest w ostatnim czasie bardzo modne. Żeby tylko wspomnieć o Jethro Tull, Scorpions czy Camel. Evanescence także nie pozostał ślepy na ten jakże „wspaniały” trend, dzięki czemu możemy się cieszyć kolejną porcją utworów nagranych ponownie po latach.

Nie ukrywam, jestem przeciwnikiem tego typu przedsięwzięć. Zawsze kończy się to katastrofą (powyższe przykłady to sztandarowe tego dowody), a wyjątków jak do tej pory nie zaobserwowałem. W przypadku dinozaurów rocka mogę jeszcze taką decyzję zrozumieć, trudno to nawet uznać za lenistwo. Ale Evanescence istnieje od 22 lat i w tym czasie doczekał się tylko 3 albumów studyjnych – trochę za mało, by zdobyć tytuł klasycznego zespołu. „Synthesis” jawi się więc jako album niepotrzebny. Zwłaszcza że wbrew temu, co mówiła Amy Lee, nie jest to „piękny projekt, w którym stare piosenki otrzymały nowe życie”. Przynajmniej ja takiego wrażenia nie odniosłem.

Zamysł był taki, żeby wybrane utwory z dyskografii zespołu przedstawić w nowych aranżacjach i dodać coś nowego. Zdecydowano się na nagranie  albumu z udziałem orkiestry symfonicznej. Nie jest to pomysł zbyt oryginalny, pierwsze lody przełamała Metallica ze swoim „S&M”. Jednak ten i kolejne projekty tego typu były, delikatnie mówiąc, nieudane. Na „Synthesis” małym powiewem świeżości była zamiana rockowego instrumentarium na elektroniczne (którego w muzyce Evanescence nigdy nie brakowało). Dawało to chociaż cień nadziei na odwrócenie tej tendencji.

Niestety, wyszło jak zwykle. Elementy elektroniczne i orkiestrowe kompletnie ze sobą nie współgrają. Zespół gra swoje, a orkiestra swoje. W kilku kawałkach udaje się stworzyć spójną całość, ale zazwyczaj partie po prostu nachodzą na siebie, niejako wdając się w niezamierzoną batalię. Przypomina to ruchy płyt tektonicznych. Gdy są w odpowiedniej odległości od siebie, jest w porządku. Ale gdy zaczynają się do siebie za bardzo zbliżać, dochodzi do trzęsień ziemi i chaosu. Owszem, dużo się dzieje, nie sposób się nudzić, ale ani to fajne, ani przyjemne.

Początek albumu jest, przyznaję, zaskakująco dobry. „Never Go Back” to jeden z kilku kawałków, gdzie tytułowa synteza naprawdę się udała. Zamiast nudnego, rockowego kawałka, mamy przyjemny, elektroniczny utwór. Oryginalny motyw  jest zagrany wolniej, co wyszło mu na dobre, a wokal świetnie za nim podąża. To samo mogę powiedzieć o „Hi-Lo” – jednym z dwóch premierowych utworów na albumie. Dobra melodia, całość jest świetnie zaśpiewana, a co ważniejsze, elektronika i orkiestra zdają się współpracować. Ta druga dostaje pod koniec nawet chwilę dla siebie, żeby móc posłużyć za coś więcej niż tylko tło.

Problemy zaczynają się jednak już „My Heart Is Broken”, jednym z największych przebojów i najlepszych utworów grupy. Jeszcze nim zacząłem słuchać tej wersji, nie widziałem sensu w jej nagrywaniu. Na takiej aranżacji utwór niczego nie zyskuje, za to dużo traci – pierwotną energię na rzecz okropnego patosu i melodię, której po prostu tu nie ma. W dodatku to właśnie tu zaczyna się trwająca do samego końca (z małymi przerwami) wojna elektroniczno-symfoniczna. Podobnie jest z innym hitem, którego nie mogło tu zabraknąć, „Bring Me To Life”. Zamiast przebojowego utworu jest coś na kształt kiczowatej ody, którą trudno przesłuchać do końca. „Lacrymosa” został zepsuty jeszcze bardziej. Niemal identycznej, jak w oryginale, partii orkiestry (po co więc w ogóle nowa wersja?), towarzyszy wyrwany z kontekstu dyskotekowy rytm, a na koniec w miejsce nienajgorszej solówki gitarowej pojawia się ściana dźwięku, z której trudno cokolwiek wyłapać. Lepiej jest w przypadku „The End Of A Dream”. To kolejny słaby rockowy utwór, który w tej wersji nabiera lepszej jakości, uwydatniona jest też melodia. Na rzecz tego wykonania wspomniane strony konfliktu podpisały chyba chwilowe zawieszenie broni, bo aranżacja jest udana. Po bardzo przyjemnym interludium „Unraveling” rozbrzmiewa „Imaginary”. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale to kolejny utwór, do którego nowe wykonanie nie wnosi nic świeżego, a pierwowzór był jednak trochę mniej pompatyczny.

Druga część albumu pokazuje, że muzykom bardzo szybko skończyły się jakiekolwiek pomysły. „Secret Door”, „Lost In Paradise”, „Your Star” i „My Immortal” są prawie identyczne, jak ich pierwowzory. Partie wokalne, smyczkowe, fortepianowe i inne różnią się jedynie smaczkami, a zamiast gitar są oczywiście syntetyczne dźwięki, które przeszkadzają zamiast pomagać. Chyba tylko najwięksi fani grupy, którzy znają jej utwory na pamięć, będą w stanie wykazać konkretne różnice. „Lithium” przynajmniej jest lepiej zaśpiewany, a klimat, mimo wszystko, ma nieco inny. Ale też szału nie ma. Fortepianowe solo zatytułowane „The In Between” jest bardzo klimatyczne, ale brzmi jak wycięty bez sensu fragment większej całości. Problemem takich miniaturek jest to, że często marnuje się na nie świetne motywy, na bazie których można by stworzyć pełne utwory. Najgorsze jednak zespół zostawił na koniec. „Imperfection”, ze zbyt długim fortepianowym wstępem, to żałosna, banalna w swej podniosłości piosenka z rapowanymi zwrotkami, pozbawionymi jednak cienia subtelności. Doceniam przekaz zawarty w tekście, ale bardzo nieprzyjemnie się tego słucha. Orkiestra (a jakże!) także się pojawia, ale nie wiem czemu ona w tym utworze służy. Chyba tylko temu, żeby po prostu być.

„Synthesis” to płyta nagrana wyłącznie dla fanów grupy, którzy na pewno chętnie usłyszą jej kawałki w nowych wersjach. Jednak poza dwoma czy trzema utworami, wszystkie wypadają lepiej w swoich oryginalnych postaciach. Za projektem stał ciekawy i może nawet potrzebny zamysł, ale wykonanie jest bardzo przeciętne. Zabrakło polotu, pomysłu, przede wszystkim utworów na tyle mało wzniosłych, by w towarzystwie orkiestry nie stały się do bólu pretensjonalne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *