Muzyczne podsumowanie 2017 roku – polecane albumy + największe rozczarowania

2017 rok był dla muzyki dokładnie taki jak kilkanaście poprzednich – dla jednych gatunków lepszy, dla innych gorszy, ale wciąż daleko do poziomu z najlepszych czasów – przełomu lat 60. i 70. Ukazało się mnóstwo złych albumów, dobrych na szczęście też nie brakuje, choć ich wybór nie był zbyt szeroki ani trudny. Wskazałem więc te, od których najlepiej zacząć odkrywanie wydawnictw z ostatniego roku. Dla przeciwwagi wybrałem też kilka spośród tych płyt, które okazały się ogromnymi rozczarowaniami.

Najbardziej polecane albumy 2017 roku

  1. Overkill – „The Grinding Wheel”

Tak jak poprzedni rok był bardzo dobry dla metalu, tak ten był wręcz fatalny. Na palcach jednej ręki można policzyć dobre wydawnictwa z tego gatunku – są to nowe albumy Tankard, Havok i Overkill (jak więc widać, znów króluje czysty thrash). Prym wiodą ci ostatni, co zresztą nie powinno dziwić. Ekipa Bobby’ego Elswortha regularnie od lat dostarcza solidny materiał, a od czasu „Ironbound” jest w najlepszej formie. Są tu i solidne riffy i świetne solówki, a wszystko podane w typowej dla tej grupy formie, łączącej melodyjność Megadeth z rozbudowanymi kompozycjami w stylu Metalliki. Przepisem Overkill na dobrą płytę jest nienaprawianie tego, co nie jest zepsute i to najlepsza droga, jaką mogli obecnie podążyć. Dla fanów metalu pozycja obowiązkowa.

  1. Lotto – „VV”

Polski mainstream muzyczny jest godny pożałowania, ale rodzima scena niezależna ma sporo do zaoferowania. „VV” to drugi album zespołu Lotto, który po raz kolejny udowadnia, jak świetnie odnajduje się w muzyce elektronicznej. Intrygujące połączenie ambientu, industrialu a nawet techno (!) zaowocowało bardzo dobrą, różnorodną płytą pełną mantrowego klimatu i psychodelii. Tu nie ma miejsca na żadne popisy czy pokazy wirtuozerii. Muzycy skupiają się na budowaniu napięcia i robią to po mistrzowsku. Nie jest to jednak muzyka tła i bez odpowiedniej uwagi trudno usłyszeć, jak wiele smaczków jest w niej zawartych.

  1. Dragonforce – „Reaching Into Infinity”

Nie mogłem sobie odpuścić umieszczenia pozycji z przymrużeniem oka, czyli albumu tak złego, że aż rekomenduję go jako guilty pleasure. Siódma płyta Dragonforce to kolejna porcja bezdusznych popisów, bezmyślnej galopady dźwięków, wszechobecnego kiczu i wysokiego, infantylnego śpiewu. Do tego dochodzi nieustępujący, irracjonalny strach przed nagrywaniem krótszych utworów, co skutkuje rozciąganiem każdego fragmentu w nieskończoność. Dziwne wstawki, przypominające dźwięki z gier z lat 80. to natomiast szczyt żenady. „Reaching Into Infinity” jest przeglądem wszystkiego, co najgorsze w power metalu, kolejnym dowodem na to, jak bardzo ten gatunek jest bezwartościowy. A przy tym jest to album, który naprawdę można rozpatrywać w kategorii wstydliwej przyjemności. Gorąco polecam go wszystkim masochistom. Za przesłuchanie tego w całości należą się szczere gratulacje.

  1. Kairon; IRSE! – „Ruination”

Pomijając dziwaczną nazwę, jest to bardzo interesujący zespół. Do tej pory grał głównie shoegaze inspirowany klasykiem tego gatunku, My Bloody Valentine. Na swoim najnowszym albumie postanowił połączyć taką stylistykę z muzyką na wzór rocka progresywnego w wydaniu King Crimson i Yes. Wyszło lepiej niż myślałem zważywszy, że zazwyczaj takie inspiracje kończą się nieudolnym powielaniem pomysłów owych grup. Obecność shoegaze’owej ściany dźwięków i prawdziwie progresywnych zmian tempa zaowocowała naprawdę oryginalnym, choć nie w pełni ukształtowanym stylem, opartym na gęstej grze sekcji rytmicznej, kosmicznych klawiszach i momentami wręcz szalonym saksofonie. Można narzekać na buczące brzmienie lub zbyt delikatny wokal Dmitry’ego Meleta (nadrabia to jednak umiejętną grą na basie), co nie zmienia faktu, że to bardzo ciekawa pozycja. Szczególnie porywające są dwie odsłony „Sinister Waters” i utwór tytułowy.

  1. Ulver –„The Assassination of Julius Caesar”

Ulver w swojej ponad 20-letniej karierze przeszedł prawdziwą metamorfozę. Zaczynał od black metalu, później tworzył ambient, obecnie zaś stał się zespołem grającym synthpop rodem z lat 80. Najnowszy album Ulver to muzyka z pogranicza twórczości Depeche Mode i Duran Duran. Norweska grupa świetnie się sprawdziła w takiej stylistyce. „Nemoralia” czy „So Falls The World” to wzorcowe przeboje, dalekie jednak od banału. Inne utwory w niczym im nie ustępują, a mroczny klimat i obecność żywych instrumentów (perkusja, saksofon) dodają im atrakcyjności. Wokal Kristoffera Rygga – odpowiednio niski i głęboki – idealnie pasuje do tych kompozycji, słychać w nim i pasję i umiejętności. Ulver dobrze wypełnia lukę po wspomnianym Depeche Mode, którego ostatnie dokonania pozostawiają sporo do życzenia.

https://www.youtube.com/watch?v=OIfmD7lz99w

  1. Saagara – „2”

Saagara to jeden z wielu projektów zainicjowanych przez świetnego polskiego klarnecistę, Wacława Zimpela. Na wydanym dwa lata temu debiutanckim albumie zespół zaprezentował mieszankę jazzu i muzyki południowoindyjskiej. Na „2” do tego wszystkiego dołączyła elektronika, która zdominowała charakter albumu. Mimo to muzyka grupy nic nie straciła na swej orientalności, stała się za to bardzo oryginalna. Głównym bohaterem jest oczywiście sam Zimpel, który czaruje słuchacza fantastycznymi solówkami na klarnecie. Tu i ówdzie pojawiają się również skrzypce, a także thavil, ghatam i wiele innych egzotycznych instrumentów. I mimo że zazwyczaj odgrywają drugoplanową rolę na rzecz elektronicznych brzmień, to całość jest na tyle świetnie skomponowana i zagrana, że wcale to nie przeszkadza. A szczerą fascynację zespołu muzyką Indii słychać w każdej sekundzie tego albumu i to jest jego największa zaleta.

 

  1. Robert Plant – „Carry Fire”

Legendarny wokalista Led Zeppelin wciąż nagrywa i robi to z klasą jak mało kto. Kompletnie nie przejmuje się przy tym oczekiwaniami osób chcących od niego kolejnych hardrockowych albumów, a najlepiej reaktywacji Zeppelinów. Zamiast tego tworzy taką muzykę, jaką chce i w jakiej obecnie czuje się najlepiej – folk rock podrasowany orientalizmami i delikatną elektroniką. Wszystko to łączy się w bardzo przyjemną, spójną całość. Efekt jest nawet lepszy niż na poprzednim albumie, utrzymanym w podobnej stylistyce. Utwór tytułowy to jedna z najlepszych kompozycji Planta, ale pozostałe również nie zawodzą. Cała płyta jest przesiąknięta bliskowschodnim klimatem, a świetna ambientowa końcówka tylko urozmaica całość. Nie wspominając o głosie Planta, któremu sił, umiejętności i ciekawej barwy wciąż może pozazdrościć większość młodych wokalistów. Ze starej, dobrej gwardii chyba tylko Neil Young, Mick Jagger, Glenn Hughes i Bruce Dickinson równie dobrze radzą sobie obecnie ze śpiewaniem.

  1. Wacław Zimpel & Jakub Ziołek – „Zimpel/Ziołek”

Wydać dwa dobre albumy w ciągu jednego roku to w dzisiejszych czasach niemałe osiągnięcie. Wacławowi Zimpelowi to się udało. Drugą płytę stworzył we współpracy z gitarzystą Jakubem Ziołkiem. Zamysł jest w zasadzie podobny, co w przypadku „2” Saagary. Jednak tym razem zamiast orientalnych instrumentów, do klarnetu i minimalistycznej elektroniki Zimpela dołączają piękne partie gitarowe i ciepły, kojący śpiew Ziołka, które świetnie budują klimat. „Zimpel/Ziołek” to „tylko” cztery utwory (pięć na limitowanych wydaniach), wszystkie są jednak długie, przemyślane i oparte na licznych zmianach nastroju, często dość zaskakujących. Efekt według mnie jest ciekawszy niż na albumie Saagary, także dzięki Zimpelowi, którego gra znów przyciąga najwięcej uwagi i jest jeszcze lepsza niż na „2”. Jego solówki zdają się być bardzo uduchowione, co przywołuje skojarzenia z Johnem Coltranem (choć to oczywiście nie ta liga). Nie spycha przy tym jednak Ziołka na dalszy plan, elektronika także nie jest już tak nachalna i lepiej współgra z resztą. Z premedytacją umieszczam na tej liście aż dwa albumy nagrane z udziałem Zimpela, bo obu po prostu trzeba posłuchać. Nie dlatego, że są polskie (choć duma oczywiście rozpiera), ale dlatego, że są po prostu dobre.

  1. John Mayall – „Talk About That”

John Mayall jest jedną z najważniejszych postaci w historii współczesnej muzyki. Słusznie uznawany za twórcę blues rocka (zwanego też białym albo brytyjskim bluesem), przyczynił się pośrednio do powstania m.in. hard rocka i metalu. W Polsce jest, niestety, mało znany, a i na świecie jego sława już dawno wygasła. Jednak zamiast próbować wkupić się w łaski mainstreamu, postanowił konsekwentnie grać to, co lubi i potrafi najlepiej – właśnie blues rock. Dzięki temu, mimo sędziwego wieku, nagrał kolejny świetny album, jeden z najlepszych, jakie w 2017 roku powstały. Zaskoczeń żadnych tu nie ma i nie są one potrzebne. Wystarcza klimat bluesowego klubu, świetne kompozycje i naturalne brzmienie, dalekie od dzisiejszych skompresowanych potworków. Jest również odpowiednio różnorodnie – usłyszymy zarówno blues w formie tradycyjnej,(„You Never Know”), ujazzowionej („Give Me Some Of That Gumbo”), jak i bardziej funkowej (utwór tytułowy). Obecność w dwóch utworach świetnego gitarzystyJoego Walsha, znanego z The Eagles, to kolejny plus tego albumu.

 

  1. King Gizzard And Lizard Wizard – „Flying Microtional Banana”

King Gizzard And Lizard Wizard to jedna z ciekawszych grup grających w stylu retro tzn. nawiązujących brzmieniem i stylistyką do dawnej muzyki, najczęściej z lat 60. i 70. Niestety, muzycy usilnie stawiają sobie za cel tworzenie jak najczęściej nowego materiału. W samym 2017 roku wydali cztery albumy, z których większość jest przeciętna lub po prostu słaba. Wśród nich trafiła się jednak prawdziwa perełka – „Flying Microtional Banana”. To zdecydowania najlepsza i najbardziej oryginalna rzecz, jaką rynek muzyczny dał nam tego roku. Dominuje psychodeliczna muzyka oparta na skalach mikrotonowych (były one podstawą muzyki Starożytnej Grecji, ale także Indii, czy krajów arabskich), zachwycająca świetnymi kompozycjami i transowym klimatem. Muzycy czerpią inspiracje z różnych rejonów świata – raz jest bardziej „indyjsko”, raz bardziej „arabsko” – dzięki czemu nie sposób odczuć znużenia, za to cały czas towarzyszy wrażenie obcowania z czymś bardzo osobliwym. To nie tylko najlepszy album 2017 roku, ale też ścisła czołówka płyt dekady. Tym bardziej szkoda, że zespół na własne życzenie brutalnie zmarnował swój potencjał.

Największe rozczarowania 2017 roku

Gwoli ścisłości – nie jest to lista najgorszych albumów. Gdybym miał taką zrobić, to nawet 20 pozycji by było za mało. Wszystkie są złe, ale zawarłem tylko takie wydawnictwa, z którymi wiązałem mniejsze lub większe nadzieje – jedne zwiastują nieuchronny kres najlepszego muzycznego pokolenia, inne są zwyczajnie niepotrzebne.

  1. Neil Young – „The Visitor”

Żaden album nie zszokował mnie tak, jak ten. Byłem przekonany, że „Peace Trails” był jednorazową wpadką. Niestety, Younga ewidentnie dopadł kryzys twórczy, czego dowodem są nie tylko słabe, niedokończone kompozycje, ale także przekroczenie granicy autoplagiatu („Almost Always” to niemal kopia „Unknown Legend”). Takie utwory jak „Carnival” czy „Forever” to klasyczny Neil Young w różnych postaciach, ale to za mało na całą płytę. Nie czynię z tego powodu wyrzutów i nie śmiem tego robić, bo niewielu nagrało tyle dobrej muzyki (także w ostatnich latach) co on. Zwyczajnie trudno jest mi się pogodzić z tym, że jeden z ostatnich przedstawicieli starej gwardii prawdopodobnie zmuszony będzie udać się na zasłużoną emeryturę. Takich muzyków dzisiaj nie ma i raczej długo nie będzie. Celowo do tego punktu załączam jeden z dobrych utworów z „The Visitor”.

https://www.youtube.com/watch?v=Zs5DunEzwb4

  1. King Gizzard And Lizard Wizard – „Sketches Of Brunswick East”

Zespół, który nagrał najlepszy album 2017 roku ma na swoim koncie również jedno z największych rozczarowań. Tempo, jakie narzucili sobie ci bardzo zdolni muzycy nie służy wydawaniu dobrych płyt. Grupa ma mnóstwo świetnych pomysłów, ale zwyczajnie brakuje czasu, by je umiejętnie zrealizować. Zawód wynika już z samego tytułu, sugerującego inspiracje „Sketches From Spain” Milesa Davisa. Tymczasem „Sketches Of Brunswick East” to głównie smooth jazz. Nie mam nic przeciwko takiej muzyce, sam jej czasem słucham, jednak temu zespołowi takie granie zwyczajnie nie wychodzi. Znów pojawia się skala mikrotonowa, nijak ma się ona jednak do samych kompozycji. Muzycy próbują łączyć smooth ze stylistyką znaną z ich poprzednich albumów, jest to jednak połączenie chaotyczne, pozbawione wspólnego pierwiastka. Ani pokręcone wokale ani psychodeliczne fragmenty nie są w stanie tego zmienić. Mimo tego słychać tu liczne przebłyski dobrych koncepcji. Dla King Gizzard And Lizard Wizard nie jest jeszcze za późno, o ile zacznie mierzyć siły na zamiary i przestanie przedkładać ilość nad jakość.

  1. Jethro Tull – „The String Quarters”/Evenascence – „Synthesis”

Miejsce ex aequo dla dwóch kompletnie niepotrzebnych albumów realizujących ten sam zamysł – ponowne nagranie swoich własnych utworów. Jethro Tull postawił na minimalistyczne aranżacje z kwartetem smyczkowym, Evenascence natomiast na pełną przepychu fuzję orkiestry i elektroniki. Tego typu przedsięwzięcia zazwyczaj kończą się źle i te dwie płyty nie są wyjątkami. Obie są nudne, przydługie (zwłaszcza ta druga) i choć mają swoje dobre momenty, to żadna nie broni się jako całość. Szczególnie bezsensowna wydaje się decyzja lidera Jethro Tull, Iana Andersona. Facet reaktywował legendarną grupę tylko po to, by całkowicie przetasować jej skład i nagrać na nowo kilka swoich kompozycji. Ewidentnie wszedł do studia bez pomysłu na zaaranżowanie tych utworów, a natchnienie w trakcie nagrywania nie przyszło. Jeszcze gorzej wypada „Synthesis” – utwory, które już w oryginałach zazwyczaj ociekały patosem, teraz ociekają nim jeszcze bardziej. Żadna z klasycznych kompozycji grupy nie skorzystała jakkolwiek na tych zmianach.

  1. Deep Purple – „Infinite”

Nagrany cztery lata temu „Now What” dawał nadzieję na to, że skład Deep Purple ze Steve’m Morse’m i Donem Aireyem ma jednak rację bytu. Niestety, tamten album zdaje się być tylko wypadkiem przy pracy. Legenda hard rocka znów proponuje wymęczony, bezpieczny, pozbawiony energii album, chyba najgorszy w całej karierze. Odejście Ritchiego Blackmore’a, a później także Jona Lorda kompletnie podkopało zdolność tej ekipy do tworzenia naprawdę dobrych kawałków. Wcześniej jako tako sobie jeszcze radzili, ale wszystko musi się kiedyś skończyć (wbrew tytułowi albumu). Nawet jeśli trafiają się jakieś lepsze kompozycje („Hip Boots”), to wszystko psuje wygładzone do granic brzmienie, które po prostu nie ma prawa pojawić się na płycie zespołu z wielkiej trójki hard rocka. Udziwnianie różnymi efektami komputerowymi w niczym nie pomaga. Braku pomysłów na dobre utwory nie sposób czymkolwiek zastąpić.

https://www.youtube.com/watch?v=vm_IOZb3r6c

  1. Roger Waters – „Is This The Life We Really Want?”

Nie mogło być innej pozycji na szczycie tej listy. Album wyczekiwany od około dwudziestu pięciu lat, zapowiadany od siedmiu, nagrywany co najmniej od pięciu. No i ten prowokacyjny tytuł, którego parafraza nasuwa się sama. Bardzo szanuję Watersa, uważam go za jednego z najlepszych tekściarzy wszech czasów. To, co nagrał z Pink Floyd to absolutna klasyka i rockowy elementarz. Ale słuchając jego najnowszej płyty nie mogłem uwierzyć, jak bardzo zbagatelizował temat. Kompozycje są miałkie, jakichkolwiek solówek nie sposób usłyszeć a klasyczne melodeklamacje Watersa są wręcz usypiające, mimo że poruszają bardzo poważne tematy. To jednak nic przy ewidentnym autoplagiacie, jaki popełnił były lider Pink Floyd. W kilku utworach słychać fragmenty żywcem wzięte z „Animals”. Pierwszy singiel promujący płytę, „Smell The Roses”, zbudowany jest niemal wyłącznie z nich, co najlepiej pokazuje poziom tego wydawnictwa. Nie jest to album ani dobry, ani potrzebny. Waters zdążył się już przysłużyć muzyce i stworzyć prawdziwe arcydzieła, więc ten wstydliwy, niegodny jego legendy powrót mógł już sobie naprawdę odpuścić.

 

Jak widać, nadal najgorzej ma się muzyka rockowa. Wciąż nie widać godnych następców najwybitniejszych postaci tego gatunku. King Gizzard And Lizard Wizard na początku był największą nadzieją rocka, równie szybko jednak przestał nią być. Dużą przyjemność sprawiło mi natomiast słuchanie albumów z muzyką elektroniczną, zarówno w klasycznej postaci jak i łączonej z jazzem czy folkiem. Nie zgadzam się jednak z opinią, że w tym właśnie drzemie przyszłość muzyki. Brzmienia elektroniczne zazwyczaj zbyt szybko się starzeją. Dlatego właśnie wciąż są i będą potrzebne zespoły grające żywą muzykę, która po latach zawsze najlepiej się broni. Jeśli jednak w najbliższych latach nic się nie zmieni, obawiam się, że elektronika naprawdę stanie się jedyną alternatywą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *