Gdy U2 przekładało premierę „Songs Of Experience”, uzasadniało to gwałtownymi zmianami w światowej polityce. Mnie jednak po dwukrotnym odsłuchu powód wydaje się inny – to był po prostu bardzo słaby album. I takim mimo tej przerwy pozostał.

Mówi się, że w stosunkach damsko-męskich najbardziej liczy się charakter, a wygląd schodzi na dalszy plan. Jeśli tak, to gdyby U2 było mężczyzną, kompletnie straciłoby powodzenie u kobiet jakieś 16 lat temu. Muzyka Bono i spółki już dawno straciła swój pazur, a sam zespół konsekwentnie kopiuje sam siebie. Jedyne, co pozostaje w U2 atrakcyjnego (przynajmniej w założeniu), to sama otoczka – nieco wątpliwa działalność charytatywna, zaangażowanie w politykę, status supergwiazdy i zazwyczaj porządna produkcja albumów. Nijak jednak nie przekłada się to na charakter ich twórczości, której poziom wciąż spada po równi pochyłej. A wydanemu 1 grudnia „Songs Of Experience” niewiele brakuje do samego dna.

Nie tylko tytuł wywołuje skojarzenia z poprzednim krążkiem U2. To w dużej mierze kopia „Songs Of Innocence”, bardzo zachowawcza. I gorsza. Lepiej prezentuje się jedynie brzmienie – nie jest już tak wygładzone i bezsilne. Ale same kompozycje bledną nawet przy tamtym krążku, który nawet sam jest kiepski. Najwięksi fani tej wielkiej, muzycznej instytucji, powinni się czuć szczególnie zaniepokojeni, bo jej charakterystyczne brzmienie zanika z każdą kolejną płytą. Tylko przy paru z 13 utworów czułem, że słucham U2, a nie jakiejś podrzędnej grupki popowej.

Czego się jednak można spodziewać po albumie, który promuje coś takiego, jak „You’re The Best Thing About Me”? To paskudna, popowa piosenka, z refrenem tak dziecinnym i naiwnym, że nawet Taylor Swift może się z niego wiele nauczyć. Ten utwór mógłby co najwyżej zdobić czołówkę „Byle Do Dzwonka” (serial młodzieżowy z lat 90. bijący rekordy w tworzeniu irytujących postaci), a nie album muzyczny. Jeśli ktoś pomyśli, że to jedyny taki rodzynek na albumie, a reszta jest zupełnie inna – bo pięciu producentów, bo różnorodność, bo wypadek przy pracy – to powinien pomyśleć dwa razy. Takie granie jest tu właśnie dominujące.

Żeby stworzyć choć jeden tak zły utwór, trzeba się naprawdę wysilić. Muzycy jednak jakoś zebrali się w sobie i wyprodukowali więcej takiej popeliny. Trudno się zresztą dziwić, bo tego typu kawałki można napisać, stojąc 20 minut w autobusie, a poprawki nanieść, wracając po południu tą samą trasą. „Get Out Of Your Own Way”, zagrany od niechcenia, z nieśmiałą gitarą, nieudolnie nawiązującą do najlepszego okresu  grupy. „Red Flag Day” z pstrokatym, funkowym rytmem i nieznośnym śpiewem Bono, który próbował stworzyć kolejny hymn estradowy. Przesłodzony „Love Is Bigger Than Anything In Its Way”, przy którym można przysnąć i to niekoniecznie wtedy, gdy się tego chce. „13 (There is a Light)” nuży jednostajną melodią i brakiem jakiegokolwiek rozwinięcia. „The Showman (Little More Better)”, w którym U2 poczuło się chyba przez chwilę jak zespół soulowy (tylko refren nie wywołuje poczucia zażenowania). Do wyboru, do koloru. Wszystkie równie banalne i bezpłciowe, zlewające się w jedną całość. Nawet „Love Is All We Have Left”, przyjemną, ambientową introdukcję, kompletnie zepsuli auto-tunem. To jeden z najgorszych efektów używanych w muzyce, zupełnie niepotrzebny, a zawsze potrafi skutecznie wyrwać z klimatu.

Dziw bierze, że pośród tylu koszmarków znalazło się kilka przyzwoitych utworów. Już drugi w kolejności, „Lights Of Home” zaskakuje chwytliwą, skoczną melodią, jakiej bym się już po nich nie spodziewał. Jednak czar pryska, gdy Edge podejmuje nieudolną próbę zagrania gitarowej solówki. Kilka dźwięków na krzyż to niestety za mało, a trudno tu doszukiwać się jakiegoś świadomego budowania klimatu, raczej braku umiejętności w tym zakresie. Podobało mi się też „Summer Of Love”, przywołujące ducha dawnej twórczości U2. Delikatna ballada, w której Bono w końcu przypomniał sobie, że istnieje coś takiego jak subtelność i nie afiszuje się tak ze swoim głosem. Nawet partii gitar dobrze mi się słuchało, mimo że to dokładnie te same, które Edge gra od 20 lat. Niewiele gorszy jest „American Soul”, wpadający w ucho, zgrabnie przerwany zwolnieniem w drugiej części. Nie wiem
tylko, po co ten dziwny fragment na początku w postaci krótkiego występu rapera. Osoba która wpadła na ten „genialny” pomysł, nie powinna mieć z przemysłem muzycznym nic wspólnego.

Gdyby ten album nie był tak zły jako całość, sytuację mogłyby uratować jeszcze „Blackout”, z refrenem najlepszym z całego zestawu i „The Little Things That Give You Away”, w klimacie dawnych ballad zespołu. Ale na naprawdę dobrej płycie U2 byłyby zwykłymi zapychaczami, a i tu nie są w stanie wiele zdziałać. Zwłaszcza gdy między nimi znajduje się „Landlady”, który, mimo że całkiem zgrabny, niemiłosiernie się dłuży. Sensownego materiału nie starczyłoby nawet na porządny minialbum, a co najwyżej na dwa single i to takie wydane na doczepkę. Brakuje tu przede wszystkim melodii, ale też jakiegokolwiek zamysłu.

„Songs Of Experience” to niestety kolejna łopata, którą U2 kopie pod samym sobą coraz głębsze dołki. Jeden z wielu dowodów na to, że jest to obecnie jedna z bardziej przereklamowanych grup, która do zaoferowania ma jedynie to, co nagrała 30 lat temu. Smutne, że zespół, który wydał kiedyś „The Joshua Tree” ma dziś tak wielki kłopot z dobrych melodii. Ich działalność charytatywna być może i jest pro bono publico (dla dobra wspólnego), ale z muzyką jest odwrotnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *