Gdy na ekranach o wielki zysk walczą kolejni superbohaterowie w pelerynach, łatwo przeoczyć tych, którzy byli bohaterami dla zupełnie innego pokolenia. Sala wypełniona kompletnie inną średnią wieku niż zazwyczaj jest świetnym dowodem, że nie wielkie gwiazdy przyciągnęły nas do kina, a nazwisko Poirot, które powinno obronić się samo.

Abraham Lincoln: Rozmnożyło się ostatnio Sherlocków. Wszystkich maści, we wszystkich gatunkach i z różnymi aktorami, nawet niepasującymi do roli. Nie spodziewałem się jednak, że idąc na film o nieco innym detektywie, dostanę tego samego „brytyjskiego chama” tylko w innym ubraniu i otoczce. Oglądałem stare filmy i seriale o Poirocie, a na zajęciach z angielskiego do płaczu katowałem Agathę Christie w oryginale. To, co zobaczyłem ostatnio, na pewno nie do końca traktowało o belgijskim geniuszu, a przynajmniej główny bohater widocznie pomylił produkcję. Brak taktu i bezczelnie rzucone frazy w stronę innych – Robert Downey Jr., czy to Ty?

Dr Ego: Sherlocków rzeczywiście ostatnio dużo. Każdy jednak był trochę inny. Jeden jak najbardziej klasyczny z Robert Downey Jr., unowocześniony Cumberbatch, czy mniej znana wersja z „Elementary”, w której to Watson jest kobietą. Każda wersja wnosiła więc coś innego – ku złości jednych, a zadowoleniu drugich. Gdy wraz ze zbliżającym się świątecznym szaleństwem na ekranach kin pojawiła się nowa wersja „Morderstwa w Orient Expressie”, nikomu nie przechodziło przez myśl, żeby oczekiwać czegoś „nowego”. Całą uwagę skupiła bowiem plejada gwiazd obsadzona w filmie, zapierające dech w piersiach zdjęcia oraz cukierkowe – wręcz silące się na epokę – stroje. Całość prezentuje się niczym pięknie ozdobiona choinka pełna kolorów i wzorów, oblana przepychem po sam czubek tak, by nawet jedna gałązka nie została niepotrzebnie odsłonięta. Nie pozostaje nic innego niż cieszyć oczy takim widokiem. Nurtuje mnie przy tym tylko jedno pytanie. Czy takie drzewko było nam do czegoś potrzebne?

A.L.: Oczywiście, Poirot potrzebował kinowego odświeżenia, jeśli tylko wszystko byłoby robione zgodnie z kanonem. Niektóre rzeczy jednak się nie zgadzały. Niech to będzie zagadka dla wszystkich odwiedzających kina, które fragmenty nie pasowały, jednak ja, nijaki znawca w tym przypadku – skupiłbym się bardziej na wszelkiego rodzaju smaczkach, które również na dobre zagościły w tym filmie. Przyznaję, cieszyłem się jak dziecko na widok prezentu bożonarodzeniowego, kiedy na ekranie pojawiła się, moim zdaniem, najlepsza interpretacja wręcz legendarnych wąsów detektywa. Uważam, że właśnie o to chodziło Christie. „Smakowały” mi również powtarzające się przekręcenia imienia obrońcy skrzywdzonych, nawiązujące do legend o Herculesie.

Nie można zapomnieć o jednej z najważniejszych rzeczy, która odróżnia Poirota od Sherlocka. O ile drugi w swoich sprawach korzysta z dedukcji, która polega na w pełni logicznych wywodach idących od ogólnego obrazu zdarzenia do drobiazgów, które pomagają odkryć, kto popełnił przestępstwo, tak indukcja Belga polega na postawieniu ogólnego stwierdzenia na podstawie znanych drobniejszych faktów, które następnie staje się tezą do sprawdzenia. W tym przypadku tezy mogą nie do końca opierać się na logice, dlatego konieczna jest ich weryfikacja, a sama metoda pozwala na niestandardowe przepuszczenia. Właśnie takie podejście bardzo zgrabnie wpasowało się w „Murder on the Orient Express”. Natomiast, i to jest chyba najbardziej przykra rzecz, kompletnie nie współgrała z historią i nie popisała się cała plejada gwiazd. Też odnosisz wrażenie, że gra większości osób była niemal plastikowa?

Dr Ego: Nie winiłbym tu samych aktorów. Ta wersja „Orient Expressu” pod tym względem otarła się o to, aby świetnie pokazać, że co za dużo to niezdrowo. Po seansie mogliśmy dobrą godzinę przerzucać się ulubionymi rolami poszczególnych aktorów i porównywać, w których filmach zagrali najlepiej. W sumie to po wyjściu z kina, zamiast ocenić całość, zastanawialiśmy się, czy Depp rzeczywiście teraz już zawsze gra Sparrowem, czy tylko Tobie tak się wydaje. Mamy tutaj same gwiazdy, lecz ze względu na to, że każda postać ma przecież znaczenie w historii, nie dla wszystkich starcza czasu. Depp szybko znika, Dafoe ma szanse wypowiedzieć góra dwa, trzy zdania, a Judi Dench nie ma kiedy nawet rozkręcić się jako równie arogancka, co dystyngowana księżna Dragomiroff. Komu oddać prym, kiedy każdy jest równie ważny?

Wszyscy musieli się uczciwie i grzecznie podzielić, a do podziału mieli co prawda dwie godziny, ale wyraźnie tego było za mało. Skoro mowa o takich nazwiskach, to pewnie już zapomnieli o czasach, gdy trzeba było zrobić wrażenie, mając jedynie kilka minut podczas castingów. Z jednej strony nie skupialiśmy się na wybranych postaciach, bo przecież jak wiadomo, każdy był tak samo podejrzany, z drugiej strony film ma dzięki nim ładne opakowanie, ale prezent w środku jest raczej przeciętny. Skoro mowa o „ładnej buzi” produkcji, to nie tylko dobór aktorów wpływał na atrakcyjne pierwsze wrażenie.

A.L.: Dla mnie, to każdy z nich, chociaż i miał mało czasu, to i tak zagrał swoje mniej lub bardziej znane role z przeszłości. Depp – Sparrowa, i na to wskazuje nawet jego postać w tym filmie – oszust i bandzior. Dafoe nadal stara się być starym wiernym kumplem Johna Wicka i twardzielem w tym brutalnym świecie. Jego jest mi szkoda najbardziej, bo – mimo że nigdy nie miał tak niesamowitych transformacji fizycznych jak Cristian Bale – to zawsze wcielał się w kardynalnie nową rolę na sto procent. No i mamusia Bonda M. Nadal siedzi w fotelu wyżej postawionej osoby, ale w tej sytuacji brak jej dowodzenia większą ekipą. Kannet Branagh natomiast nie stylizuje się na żadną postać, ale nie śpieszy mu się wcielać w nową.

Na początku narzekałem, że to był kolejny Sherlock. Jednak bliżej końca arogancja i przesadny perfekcjonizm spadły z tej postaci i wtedy już bardziej mogłem go skojarzyć z dżentelmenem Poirotem, który jest elegancki w każdej sytuacji, ale i nie daje dmuchać sobie w kaszę. Czym jednak naprawdę zachwyca ten film – to piękne ujęcia i cała otoczka. Wagony, rozstawione talerze, praca kucharzy i kelnerów, pyszne ciasteczka i porywające, chociaż po części komputerowe, pejzaże, dla mnie miały w sobie więcej życia, i co ważniejsze – czasu ekranowego – niż niektóre postacie. I na tym produkcja trochę nawet zyskała. Może w pewnym momencie się nudziliśmy, ale również czerpaliśmy niezwykłą przyjemność dla oka.

Dr Ego: Nasza nuda wynikać mogła z tego, że obaj jesteśmy zwolennikami szybkiego kina w stylu Wicka czy Króla Artura. Szybkie cięcia, dużo akcji, dynamiczna praca kamery. Zwiastun oczywiście utrzymany jest w duchu współczesnego pośpiechu, jednak sam film wypada zdecydowanie inaczej. W końcu, w jaki inny sposób można podać klasyczne kino detektywistyczne? Podczas seansu widz ma czas, żeby przeanalizować informacje i połączyć fakty. Oczywiście dotyczy tych, którzy nie czytali książki. Co więcej, to oni powinni bawić się na seansie lepiej. Pozostaje to jednak film w sam raz do obejrzenia wspólnie z rodziną w niedzielne popołudnie, bo z pewnością ogląda się go dość przyjemnie, a i można napatrzeć się na śnieg, którego brak nam za oknem.

Cała otoczka ze świetną obsadą na czele mogła rozbudzić apetyt na coś więcej, ale niestety potencjał nie został w pełni wykorzystany. To tak jakby mieć w garści same asy, ale rozegrać partie asekuracyjnie. Trochę szkoda. Jednak wszystkie te zabiegi pozwoliły „Morderstwu…” jakoś zwrócić na siebie uwagę, bo w przeciwnym razie, film zginąłby gdzieś pomiędzy innymi hucznymi premierami. Szkoda jedynie, że cały zachwyt nad filmem kończy się przy obsadzie i wysiada na następnej stacji, nie kontynuując z nami podróży do końca. Ode mnie z okazji zbliżających się świąt szóstka (6/10).

A.L.: Jestem przeciwnikiem masakrycznie rwanych cięć i trzęsącej się kamery, ale szybkim akcjom zawsze mówię tak. Jednak w przypadku tego kina wiedziałem, co dostanę, i to mnie, fanowi Hercule’a Poirota, nie przeszkadzało. Niestety, nie był to do końca jeden z moich ulubionych detektywów, a jedynie niepokojąco słaba przeróbka Sherlocka. W przypadku „Morderstwa w Orient Expressie”, które jeszcze za czasów Agathy Christie było nazywane najsłynniejszą sprawą legendarnego Belga z wąsami, wypadałoby zaserwować to niczym danie w restauracji z gwiazdką Michelin, a nie stołówce dla emerytów.

Odnośnie osób w starszym wieku, na sali było ich sporo. Staruszki w naszym rzędzie wręcz podekscytowane czekały na powrót na wielkie ekrany kanonicznego i szeroko wielbionego Poirota, i trudno temu się dziwić, w końcu na powieściach o nim się wychowały. Pierwszy raz cieszyłem się taką frekwencją, bo wiedziałem, że osoby starsze potrafią się zachowywać w miejscu publicznym i na pewno z szacunkiem podejdą do tej produkcji. Tym bardziej zostałem zawiedziony i zrobiło mi się wstyd za tak pośrednio zrobiony film. Sam Poirot oraz starsi panowie i panie zasłużyli na coś więcej. Słyszałem ploty, że to dopiero pierwsza przygoda tego detektywa na wielkim ekranie i mam szczerą nadzieję, że kolejne przywrócą nam kanonicznego bohatera i będą tylko coraz lepsze. Na zachętę 6.5/10.

Czujecie pociąg do tajemniczych morderstw i różnych zagadek kryminalnych? Nie gwarantujemy, że konkretnie ta was porwie, ale możemy zapewnić miejsce w ostatnim wagonie na seans „Morderstwa w Orient Expressie” w Cinema-City.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *