Zastanawiam się, czy Neil Young nie przegrał przypadkiem jakiegoś zakładu. To by tłumaczyło częstotliwość wydawania kolejnych jego albumów, które produkuje niemal taśmowo. I albo ta taśma zbytnio przyspieszyła, albo Young ma już zbyt słabe ręce i jest w stanie zbierać z niej tylko co dziesiąty element. Tak wybrakowanej i pozbawionej treści płyty, jak „The Visitor”, jeszcze nie nagrał.

Kanadyjski odpowiednik Boba Dylana to niewątpliwie jedna z ważniejszych muzycznych postaci. Wybitny kompozytor, świetny gitarzysta i tekściarz, ojciec chrzestny grunge’u i idol Pearl Jam. Do tego niezwykle pracowity muzyk, który ma na koncie 38 albumów (nie licząc koncertówek, składanek i archiwalnych materiałów). I jak się ostatnio okazało, również bardzo hojny. Cały swój dorobek udostępnił za darmo w Internecie.

W samym XXI wieku Young nagrał 14 albumów. Są zespoły istniejące od lat 80., które nie doczekały się tak dużego studyjnego dorobku. Wspominam o tym dlatego, że w większości są to po prostu dobre i ciekawe krążki. Na przestrzeni czterech lat wydał tak różne płyty, jak świetnie podrasowany mroczną elektroniką „Le Noise”, jamowy „Psychedellic Pill” czy „ A Letter Home”, nagrany w Voice-O-Graph (pochodzącej z lat 40. budce służącej do rejestracji dźwięku). Przez dekady udowadniał, że jest niezwykle płodnym artystą, z masą pomysłów i nieskończonymi pokładami kreatywności. Jednak, jak śpiewała Anna Jantar, nic nie może przecież wiecznie trwać. I nawet Neil Young nie oszuka tej odwiecznej prawdy. Cokolwiek tak długo trzymało go przy świetnej formie, odeszło podczas nagrywania wydanego w tym roku „The Visitor”.

Przy słuchaniu cały czas towarzyszyło mi coś w rodzaju efektu wyparcia. Nie mogłem i nie chciałem uwierzyć, że ten album jest tak nieudany. Długo odwlekałem pisanie tej recenzji. W pliku o nazwie „Neil Young – The Visitor” nie miały prawa znaleźć się słowa, które chodziły mi po głowie. Włączyłem więc całość po raz drugi i trzeci. Szukałem pozytywów tak usilnie, jak śmiesznych momentów w skeczach kabaretu Koń Polski. I w przeciwieństwie do tych drugich, te pierwsze faktycznie dostrzegałem. Dominowało jednak uczucie ogromnego zawodu, tym silniejsze, że Young jest w ścisłej czołówce wykonawców, których lubię najbardziej.

Mimo wszystko na nieciekawą muzykę w pewnym stopniu byłem przygotowany, pamiętając „Peace Trails”. Jednak ani przez chwilę bym nie pomyślał, że ktoś taki zniży się kiedyś do autoplagiatu. Owszem, to mocne słowa powiedziane w kierunku prawdziwej legendy. Ale chyba nawet ktoś przygłuchy nie mógłby nie usłyszeć podobieństwa „Almost Always” do „Unknown Legend”, wydanego dokładnie ćwierć wieku temu. Nie tylko melodia, ale także wokal są identyczne. To utwór odegrany prawie kropka w kropkę, tyle że z innym tekstem i kompletnie bez sił. Od biedy można to uznać za nową wersję utworu, ale za takimi zabiegami też nie przepadam. Nie widzę sensu w nagrywaniu drugi raz tej samej piosenki, zwłaszcza gdy kolejna wersja jest wręcz ujmująca wobec oryginału.

Wzorem poprzedniego krążka, znalazły się tu też utwory ewidentnie niedopracowane. Tutaj są to „Diggin’ a Hole” i „When A Bad Got Good” – dwa króciutkie, bluesowe kawałki, z ładnymi melodiami, ale pozbawione jakichkolwiek solówek czy rozwinięć. Brzmią raczej jak losowo wycięte części większych utworów. Podobne wrażenie sprawia „Fly By Night Deal”. Dziwny dźwięk dzwonków na początku, później bardzo kiepski riff, skandowany tekst Younga, refren śpiewany chórem do znudzenia, tak przez dwie minuty i puff… koniec. Żadnego wyraźnego początku, żadnych punktów kulminacyjnych. Dawniej Young z takich prostych kompozycji potrafił tworzyć świetne rzeczy (np. „Ordinary People”).

Świetny początek albumu nie wskazuje na ten drastyczny spadek formy. „Already Great” to w zasadzie Neil Young w pigułce. Świetna melodia (momentami wtórowana przez gitarę akustyczną), charakterystyczny sposób zarówno śpiewania jak i grania, niepowtarzalny hardrockowo-folkowy klimat – wszystko jest tu na swoim miejscu. Podobny efekt próbowano uzyskać w „Stand Tall”, lecz ten utwór przy otwieraczu blednie, jest zbyt monotonny i nieporadnie zaśpiewany. Grupa Promise Of The Real, która już drugi raz towarzyszy Youngowi (wcześniej grali na „Monstanto Years”), całkiem nieźle się z nim zgrywa, ale nie radzi sobie wokalnie z chóralnymi refrenami, jakby po prostu im się nie chciało. Przesadą w drugą stronę jest „Children of Destiny”, czyli kolejna próba napisania politycznego hymnu. Doceniam zamysł, w końcu kim byłby Neil Young bez porządnego komentarza na ważne tematy. Jednak tym razem wypadło to nieznośnie patetycznie, nie wspominając o napuszonym do granic brzmieniu instrumentów dętych.

Na szczęście muzyk nie zapomniał całkowicie, jak realizować zasadę „Geniusz tkwi w prostocie”. Dowodem na to są luźne, bardzo przyjemne „Change Of Heart” i „Carnival”. Ten pierwszy to wzorcowa „youngowa” piosenka z piękną melodią, z pogwizdywaniem kojarzącym się z muzyką ze spaghetti westernów. „Carnival” natomiast utrzymany jest dokładnie w takim klimacie, jaki sugeruje tytuł (a także grające tu bongosy). Trudno nie wyobrazić sobie Younga wylegującego się na jakiejś plaży na Hawajach, słuchając tego. Nie przeszkadzał mi nawet kompletnie oderwany od całości refren i powtarzany chórem do znużenia tytuł utworu. Słychać, że wszyscy przy nagrywaniu tego bawili się przednio, a o to przecież w takiej muzyce chodzi. Na koniec dostajemy ponad 10-minutowy „Forever”.  Każdy, kto choć trochę zna muzykę Neila Younga, od razu zorientuje się, że to kolejny akustyczny długas w dylanowskim stylu – główną rolę odgrywa tekst, a muzyka schodzi na dalszy plan (znów piękna melodia, podsycona brzmieniem bongosów). I jak zawsze, świetnie się tego słucha, choć brakuje jakiejś solówki albo dłuższego fragmentu instrumentalnego. Wiele osób zapewne poczuje się znużona gdzieś w połowie i trudno się temu dziwić, bo „Forever” jest bardzo jednostajny.

Żaden album w tym roku nie zawiódł mnie tak bardzo, jak ten. Po płytach Johna Mayalla i Roberta Planta to właśnie z Youngiem wiązałem największe nadzieje. A moja wielka sympatia do jego twórczości tylko pogłębia to rozczarowanie, choć jestem oczywiście świadom, że facet ma już swoje lata i swoje zasługi. Paradoksalnie sądzę, że osoby, którym jego muzyka jest całkowicie obojętna ocenią ten album lepiej ode mnie. Youngowi muzyczna emerytura należy się jak mało komu i albo powinien z tego skorzystać, albo dać sobie więcej czasu na skomponowanie kolejnego materiału. Na obecną chwilę z przykrością muszę stwierdzić, że jeden z moich ulubionych muzyków wypalił się artystycznie i poza pojedynczymi wzlotami nie ma już wiele ciekawego do zaoferowania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *