Recenzja

Baśniowość w najgorszym wydaniu

Wyzuta z artyzmu i baśniowości produkcja nie pozostawia niczego do interpretowania ani nie próbuje zagrać na uczuciach widza. Jest głupiutką próbą dramatyzowania przy użyciu wizerunku „matki lekkich obyczajów”. Zamiast oczarować widza, nudzi niewyraźnymi postaciami, drażni znanymi obrazkami oraz męczy brakiem pomysłu.

Decyzję o tym, że obejrzę „Syna Królowej Śniegu”, podjąłem bez zastanowienia, gdy tylko dowiedziałem się o filmie. Po pierwsze, niczym fanatyk poszukuję wszelkich nowych wersji i odniesień do klasycznych baśni, które znam od dzieciństwa. Po drugie, mam wyjątkową awersję do polskiego kina (tylko pozornie brzmi to, jak argument przeciw). Do pewnego czasu nie przepadałem również za ojczystą literaturą i na starcie uważałem, że jest niższej jakości — bo nie jest z zachodu. Ostatnio do polskich autorów jednak się przekonałem i to z ogromną korzyścią dla siebie. Tym samym postanowiłem trochę odpuścić również rodzimej kinematografii. Okazało się, że produkcja Roberta Wichrowskiego przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Najprawdopodobniej zniechęciła mnie do polskiego kina już bezpowrotnie.

Znając jakość i pomysłowość naszej współczesnej kultury, opierającej się w dużej mierze na przepisywaniu gotowych pomysłów z zachodu, byłem przekonany, że film będzie odpowiedzią na genialne „7 minut po północy” (jedyny tytuł, na którym autentycznie niemal się popłakałem). O ile jest to strasznie nieprofesjonalne, jeszcze przed seansem miałem przygotowane możliwe porównania obu obrazów. W końcu opis sugerował nam, że jest to historia, w której wymiar rzeczywisty przeplata się z baśniowo-poetyckim. Nie była to jednak kopia amerykańskie produkcji. Było o wiele gorzej, a jedynym baśniowym elementem podczas seansu był mój heroizm, który pozwolił mi wytrzymać do końca.

Głównym bohaterem filmu miał być sześcioletni Marcin, który zmaga się z brakiem miłości, ciepła i zrozumienia. Jego matka jest chodzącym zaprzeczeniem dobroci, starający się o jej względy młody mężczyzna ma do chłopca stosunek raczej ambiwalentny, dzieci w szkole wyśmiewają go z powodu braku ojca, a każdą wolną chwilę jest zmuszony spędzać ze starszymi ludźmi. Jakby to nie zabrzmiało, Marcin jest wręcz idealnym materiałem na postać dramatu. Kwestią czasu powinno być poczucie coraz większego współczucia wobec niego oraz łzy w oczach na widok tego, jak życie coraz mocniej kopie go po tyłku.

Tak jak napisałem wcześniej, chłopak „miał być” głównym bohaterem. Jakby życie nie było wystarczająco podłe dla niego, po sierocemu traktuje go również reżyser. Staje się on postacią niemal trzecioplanową, a widz może oglądać perypetie jego matki — dziewczyny, która ma nogi na zbyt luźnych zawiasach, więc nie ma co liczyć na to, że będzie trzymała je razem. Marcin zostaje otoczony przez Wichrowskiego „parawanem fantazji” na tyle szczelnie, że pojawia się coraz rzadziej, przez co można odnieść wrażenie, że nie jest z nim tak źle. Spędza czas na zabawie i słuchaniu opowieści pana Kazimierza (genialny Franciszek Pieczka), pani Zofia, u której mieszka otacza go babciną opieką, a Anna z całą pewnością nie jest wzorową matką, ale przynajmniej chłopcu, poza miłością, raczej niczego nie brakuje.

Czułem się najzwyczajniej w świecie oszukany. Obiecany dramat dotykający bezbronnego dziecka, które na swój sposób próbuje znaleźć ucieczkę od niesprawiedliwego świata, zamienia się w spektakl, w której główną bohaterką zostaje… nie, przepraszam, nie mogę o niej pisać, nie używając wulgaryzmów. „Syn Królowej Śniegu” jest zupełnie czymś innym niż to, za co się podaje. Spodziewałem się, że z głównym bohaterem połączy mnie jakaś więź oparta na współczuciu, że na moich emocjach ktoś będzie bezczelnie pogrywał, a historia wzruszy mnie i zmusi do przemyśleń. Zamiast tego, widzowie mogą zobaczyć zlepek niejednokrotnie przypadkowych scen, w których (jak nakazuje obowiązek w polskim kinie) nie mogło zabraknąć przygodnego seksu, gołych piersi oraz onanizacji. Owszem, raz czy dwa zrobiło mi się przykro, ale czy dla scen o łącznej długości poniżej minuty warto męczyć się pozostałe 80?

Ocena: 3/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *