Kultura

Fantastyczny kinowy rok 2017

Większość grudniowych artykułów zaczyna się od słów: „koniec roku, to pora na rozmyślania, snucie planów, składanie postanowień oraz czas podsumowań”. Ten tekst jest zdecydowanie w takim samym duchu, w końcu dotyczyć będzie wszystkich „fantastycznych” produkcji, które w kinach pojawiły się w ostatnim roku. Żeby jednak nie wciskać się w utarte schematy i urozmaicić nieco noworoczną ofertę tekstów, dajmy ponieść się nieco wyobraźni i dodajmy do tego trochę oscarowej fantazji. Co prawda nie mam czerwonego dywanu, szykownych kreacji oraz złotej statuetki… ale są za to liczne kategorie i nie zawsze zadowalające wszystkich wyniki.

Faceci w pelerynach, czyli najlepszy film superbohaterski

Gdy tylko ten temat jest poruszany, wszystkich „nominowanych” i fanów można z grubsza podzielić na dwa rywalizujące ze sobą obozy: Marvela i DC. Ciężko byłoby znaleźć w Internecie dyskusję na temat nowej produkcji bez porównywania do konkurencji. Zresztą symbiozę, w jakiej żyją obie marki, można zauważyć już od lat, bo na każdego bohatera z jednej strony można znaleźć odpowiednik w drugiej. I nie ma co wskazywać „tego złego”, bo obie strony inspirują się wzajemnie równie mocno. Z zażartej rywalizacji korzystamy my, bo na ekranach pojawia się coraz więcej produkcji, którymi możemy cieszyć oko. Okazuje się bowiem, że jako widzowie mamy specyficzny fetysz i kręcą nas walczący ze sobą mężczyźni ubrani w rajtuzy, peleryny i wszelkiego rodzaju lateksowe czy metalowe stroje oraz panie, których dopasowane kombinezony uwydatniają i odsłaniają zawsze to, co trzeba. Kto więc prezentował się w tych kostiumach w tym roku najlepiej?

Miejsce 3: Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi za złe, że w tym zestawieniu pierwszego miejsca nie zajmie kobieta. Silna i niezależna „Wonder Woman”, miała być pierwszą, prawdziwą, twardą, kobiecą bohaterką w historii kina. Jakby nagle wszyscy zupełnie zapomnieli o Ripley, Alice, Xenie, Selenie i Larze Croft. Mimo że produkcja o komiksowej Amazonce kłuje w oczy przesadnym slow motion i fatalną walką finałową, to na jej korzyść przemawia Gal Gadot w roli głównej. Jeżeli dodamy do tego trochę naprawdę dobrych scen walki, nieco efektów specjalnych i ciekawy wybór historycznych realiów, dostajemy dość dobry film i jak na razie jeden z lepszych spod znaku DC.

Miejsce 2: Dyskusja dotycząca tego, kto jest najlepszym człowiekiem-pająkiem, dzieliła zarówno najlepszych kumpli, jak i zgrane pary. Z całym szacunkiem do wersji, jaką zaprezentował Tobey Maguire — to nadal jedne z najlepszych filmów o superbohaterskich — to jednak Tom Holland jest na chwilę obecną moim numerem jeden. Największą zaletą Spider-Man: Homecoming”, jest to, że przenosi nas do szkolnych czasów Parkera, a sam „pajączek” jest taki, jakiego zapamiętałem z komiksów i animowanych serii. Jest niedojrzałym, nieco nieśmiałym żartownisiem, a coraz bardziej dziecinny i prosty humor, na jaki stawia Marvel, do tej postaci pasuje idealnie. Całość wypełniona jest masą nawiązań i odniesień oraz oprawiona przyjemnym soundtrackiem. Szkoda jedynie, że Spider-Mana zamknięto w skomputeryzowanym stroju, ale widać, takie już mamy czasy. Jak dla mnie, to na razie najlepszy film z Kinowego Uniwersum Marvela.

Miejsce 1: Z całego serca, na tym miejscu chciałbym umieścić „Ligę Sprawiedliwości”, chociażby za wersję reżyserską, którą może kiedyś będzie nam dane zobaczyć. Niestety, film wybebeszony na zlecenie Warner Bros, ląduje na samym dole wszelkich rankingów. Skoro więc na tym miejscu nie będzie ani DC, ani MCU, to zostaje chyba tylko jedna możliwa opcja. Lepszego możliwego uhonorowania postaci Rosomaka, jak i Jackmana jako odtwórcy głównej roli nie mógłbym sobie wyobrazić. Logan” jest niesamowitym zakończeniem historii jednego z największych dupków spośród X-menów. Samotny wilk, zmęczony i zgnieciony przez życie, niemający ani siły, ani chęci, by walczyć dalej, już dawno porzucił skórzany strój i próby ratowania świata. Wzruszający film z cudowną muzyką Johnny’ego Casha, świetnymi zdjęciami i poruszającą historią, był chyba pierwszą superbohaterską produkcją, która porzuciła kolorową rozrywkę i efekty specjalne na rzecz próby wzruszenia widza. Genialny hołd dla genialnej postaci i genialnego aktora.

W 2017 mieliśmy pełno produkcji superbohaterskich i wiele z nich dałoby się wyróżnić z wielu innych powodów. „Za dobre chęci” można by nagrodzić rosyjską podróbkę „Avengersów”, czyli Guardians”. Jednak jest to też dowód na to, że same dobre chęci nie wystarczą. Ten rok był jednak wyrazisty pod innym, bardzo konkretnym względem. Marvelowskie produkcje w ostatnim czasie coraz mocniej stawiają nie tylko na kolorowe i wybuchowe efekty specjalne, ale również na dużą ilość humoru. Żartować, co prawda, może każdy, ale nie każdy już powinien. Dodatkowym wyróżnieniem w tym zestawieniu będzie „To przestaje być śmieszne”, które wędruje do Strażników Galaktyki vol. 2″, za zrobienie parodii samej siebie. Po genialnej części pierwszej, w dwójce dostaliśmy świetne efekty specjalne i przyzwoitą fabułę oraz wyśmienity soundtrack, lecz co z tego skoro, zostało to zalane masą średnich żartów i gagów, pasujących do dziecięcej kreskówki. O tym, że większej krzywdy bohaterom nie da się już zrobić, byłem przekonany do premiery nowego Thora”. Taika Waititi pobił na głowę Jamesa  Gunna, robiąc z niemal każdego pojawiającego się na ekranie bohatera skończonego idiotę, który się przewraca, potyka i uderza piłką w twarz. Nawet Asgard wylatujący w powietrze był dobrym momentem na wciśnięcie na siłę kolejnego żartu. Czy ktoś może zatrzymać tego pana? On chce zająć się solowymi filmem o Czarnej Wdowie.

 

 

Straszenie nie wychodzi z mody, czyli najlepszy horror

Gdybym tylko mógł, w każdej możliwej kategorii nagrodę wręczyłbym nowej ekranizacji książki Stephena Kinga. To” nie jest jednak typowym horrorem i chcąc pozostać uczciwym, wybrałem najlepsze filmy, które w ubiegłym roku straszyły albo próbowały robić to jak należy. Czyli klasycznie. W zasadzie już w tym momencie zaczynają się schody. Kino grozy bowiem w ostatnich latach zaczyna mocno kuleć i coraz bardziej przypomina utykającego zombie. Trudno określić, czy w próbach sięgania po klasyczne motywy powodem porażek jest ich wyeksploatowanie, czy po prostu brak polotu u samych twórców.

Miejsce 3: Chociaż produkcja Øvredal w pewnym momencie niesłychanie się sypie, to jednak na pewno plusuje doborem miejsca akcji, ujęciami w klaustrofobicznych pomieszczeniach, rodzinnym duetem oraz zimną Jane Doe leżącą na stole. Autopsje Jane Doe” należy oglądać jedynie do połowy. Potem jest niestety strasznie… kiepsko. Początek jednak był naprawdę obiecujący.

Miejsce 2: Po sukcesie „Obecności”, która sięga po klasykę w najczystszej postaci, namnożyło się spin-offów wokół serii. Część sukcesu bierze na siebie porcelanowa lalka, która tak jak film-matka, stawia na utarte, ale schludnie poprowadzone schematy oraz klimat sprzed lat. Anabell: Narodziny Zła” wpisuje się w to, co jako trend ustanowiła „Obecność”  i taki teraz będziemy chyba mieli klimat.

Miejsce 1: Na filmy grozy bardzo łatwo narzekać, wynika to głównie z tego, że twórcy kolejnych tytułów bardziej wolą wyskakujące z każdej strony paskudne twarze, niż budowanie porządnego napięcia i przerażającego klimatu, który przeszyłby widza na wskroś. Zło we mnie” postanawia nadrobić braki, jakie mogliśmy odczuć przez cały rok i przejmujący nieprzyjemny klimat serwuje nam jako przystawki, danie główne i deser. Chociaż fabuła jest tutaj niemal żałośnie prosta, to jednak od początku do końca łapie widza za gardło duszącą i depresyjną atmosferą.

Również wśród filmów grozy znalazły się takie, które zasłużyły na wyróżnienie. Po pierwsze dlatego, że przywróciły mi nadzieję w gatunek, jakim jest horror komediowy, a po drugie, bo ich żarty były we właściwym miejscu i ilości. Wyróżnienie „To było tak żałosne, że aż zabawne” zgarniają dwie piękne, seksowne, urocze, energiczne, lecz przy tym cholernie niebezpieczne blondynki. Śmierć nadejdzie dziś” stara się być żenujące w każdym nawet najdrobniejszym szczególe, irytująca bohaterka, kłujące w oczy stereotypy studenckiego kampusu oraz chamsko przepisany „Dzień świstaka”. Denerwująca otoczka usypia jednak naszą czujność i na koniec trzymamy kciuki za główną bohaterkę i życzymy jej jak najlepiej. Mimo że na początku cieszył nas każdy jej zgon. Równie niebezpieczna okazała się netflixowa Opiekunka”, która poza bawieniem dzieci pasjonuje się również satanizmem. Żarty, montaż, krwawe sceny, dialogi, postaci, sceneria, muzyka. Wszystko tutaj było na miejscu. Gdy miała być komedia, było śmiesznie, gdy miał być horror, efekty były lepsze niż w niektórych produkcjach strasznych na poważnie.

 

Ktoś się chyba pomylił, czyli najlepszy filmy, które miały być horrorami, ale nimi nie były

Nie mam pojęcia, co jest gorsze podczas wizyty w kinie. Przekonać się, że twórcy próbują jedynie nędznie udawać, że wiedzą, jak się robi horror, czy pójść na film grozy, który okazuje się wcale nim nie być. Do niedawna byłem przekonany, że obie opcje są równie tragiczne. Okazuje się jednak, że jeżeli ktoś się pomylił i reklamuje niewłaściwy film jako horror, możemy trafić na naprawdę dobry seans. Dlatego postanowiłem nagrodzić oddzielnie te filmy, które mylnie były promowane jako horrory.

Miejsce 3: Niektórzy wręcz uwielbiają patrzyć, jak innym dzieje się źle. Jednak gdy idealna amerykańska rodzina z wyższych sfer zostaje wrzucona na scenę greckiego dramatu we współczesnym wydaniu, trudno nie doświadczyć poczucia niesprawiedliwości. Niepokój, niemoc oraz bezsilność głowy rodziny, za sprawą subtelnie dobranych artystycznych zabiegów przelewa się na nas, gwarantując nieprzyjemne odczucia. Zabicie Świętego Jelenia” to pozycja zdecydowanie nie dla każdego.

Miejsce 2: Poznanie rodziców dziewczyny jest stresującym przeżyciem. Robi się jednak naprawdę tragicznie, gdy ty jesteś czarny, a oni są rasistami. Od zaznaczania w niemal każdym momencie problemu segregacji rasowej oraz doszukiwania się jej w każdej niemal wypowiedzi może zrobić się słabo. Jednak film nie brnie w to zbyt długo i staje się naprawdę soczystym thrillerem. Chociaż w Uciekaj!” bardzo brakowało mi czegoś paranormalnego, to główny bohater i tak swoje wycierpiał, gdy zaczęło się robić wokół niego coraz dziwniej i dziwniej. Bycie otoczonym przez obłąkanych ludzi, to dopiero prawdziwy koszmar.

Miejsce 1: Są takie filmy, które wywołują zawroty głowy, bóle mięśni i ścisk w żołądku i pozostają przy tym filmami dobrymi. Taka właśnie jest mother!”. Każdy, kto spodziewał się horroru z monotonną Lawrence w roli głównej, z pewnością nie był jedynie rozczarowany, ale nawet mocno zażenowany artystycznym spektaklem w Aronofsky’go. Do takiego filmu trzeba bowiem zupełnie inaczej się nastawić. Jeżeli ktoś przygotował się na egzamin z analizy wiersza, spędził dwie godziny na poszukiwaniu biblijnych nawiązań oraz odkrywaniu dowolnej interpretacji, a tych, wbrew krążącym opiniom, mogło być tyle, ilu oglądających. Klucz tutaj nikogo nie ograniczał, a baśniowy klimat i wyraziste obrazy mocno trafiały w widza.

Nawet pośród takich produkcji pojawiła się pewna perełka. Francuskie poczucie piękna, estetyki i smaku jest dość odmienne. Można to zauważyć w ich filmowych produkcjach. Nawet jeżeli weźmie się to pod uwagę, Julia Ducournau w swoim filmowym debiucie popisała się prawdziwą fantazją. Jeszcze większą wyobraźnią wykazały się osoby promujące Mięso”, które postanowiły do biletów dołączać plastikowe worki, obiecując, że widzowie zobaczą „najbardziej obrzydliwy film na świecie”. Najstraszniejsze było w nim to, jak reżyserka m.in. postrzega francuską młodzież. Historia wegetarianki, która po spróbowaniu mięsa zamienia się powoli w kanibala, pełna jest fragmentów, w których trudno doszukać się jakiegoś sensu czy nawet przydatności. Mimo że ujęcia i klimat są naprawdę dobre, co chwila dostajemy „szokujący obrazek” i pozostaje pytanie „ale o co właściwie chodzi”. Dodatkowo to, co miało obrzydzać i powodować omdlenia na premierach widzieliśmy już w wielu innych filmach. Francuskiej produkcji należy się więc wyróżnienie w kategorii Filozofia ukryta tak głęboko, że trzeba ją sobie samemu dopisać”.

 

Autostopem przez galaktykę, czyli najlepsze filmy sci-fi

Wydawać by się mogło, że rok 2017 pod względem kina SF był po prostu niesamowity. Nie dość, że mogliśmy obejrzeć wiele filmów spod tego znaku, to większość z nich to doskonale znane tytuły. Gdy pierwsze emocje jednak opadały, okazało się, że nie było wcale tak cudownie i kolorowo.

Miejsce 3: Prawdziwym rajem dla kinomaniaka byłaby sytuacja, w której miałby problem ze wskazaniem, który film zasługiwałby na pierwsze miejsce. Tym razem komplikacje zaczynają się na dole listy i tam już zostają. Chociaż mieliśmy mnóstwo wartych obejrzenia pozycji, to jednak wiele z nich nie spełniło oczekiwań. „Strażnicy…” to nadal jedna z najlepszych komiksowych ekip, jednak ten film poszedł całkowicie w komedię. W „Obcym: Przymierze” mało było obcego i tego nieprzyjemnego klimatu oryginalnych części, za to mieliśmy świetny duet Fassbender & Fassbender. „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” wygląda przepięknie, lecz jest jedynie prostą przygodówką, a wszyscy wiemy, że Bessona stać na o wiele więcej. W gruncie rzeczy wszystkie je można by potraktować na równi, bo miały swoje wady i zalety. Spośród wszystkich tych propozycji najlepiej jednak zapamiętałem występ Scarlett Johannson, która ze swoją urodą jakimś cudem znalazła się w filmowej adaptacji mangi. Przyjemna dla oka nie była jednak sama aktorka, a świetne ujęcia, wielobarwna wizja przyszłości, unikająca zbędnych fajerwerków historia i kilka naprawdę świetnych scen walki. To wszystko sprawiło, że Ghost in the Shell”, pozostawia po sobie naprawdę miłe wspomnienie. Choć i tutaj wkradło się nieco miałkich elementów, ale przecież wszyscy znamy o wiele lepszą historie o androidach i cyborgach.

Miejsce 2: Nie pamiętam, żeby jakikolwiek produkcje pozostawiały we mnie tak mieszane uczucia, jak powracające po latach Star Wars. Czerpanie fabularnych elementów z poprzednich części kłuje w oczy, Kylo Ren to jest najbardziej rozwrzeszczanym i zasmarkanym dzieciakiem, jaki przeszedł na Ciemną Stronę, a disneyowskie smaczki przekradają się coraz bardziej, powodując strach, że wszyscy oni staną się wkrótce księżniczkami i pięknymi książętami. Chociaż Last Jedi” niewiele robi z marną kopią Vadera, to jak dla mnie wypada o wiele lepiej niż poprzednia część. Jak przymknąć trochę oko i przestać zajmować się poważną analizą porównawczą, otrzymamy seans, na którym z pewnością nie będziemy się nudzić. W prawdziwym wysypie wątków i postaci każdy znajdzie coś dla siebie, a jak się przez nie przebrnie, dostajemy już całkowicie przyjemną końcówkę. W końcu Disney robi to dla naszej rozrywki. I pod tym względem mu się udaje.

Miejsce 1: Rok 2017 w przypadku kina sf przypominał finałowy bieg na 100 m. z udziałem rekordzisty świata. Mamy zwycięzcę, a potem długo, długo nic. Chociaż Blade Runner 2049″ poniósł finansową klęskę, jest prawdziwym arcydziełem. Sequel z pełnym poszanowaniem podchodzi do tego, co 35 lat temu zaprezentował Ridley Scott. Dzeiło Villeneuve nie dość, że dorównuje oryginałowi, to jeszcze chwilami go przebija. Film oferuje nam genialną, przytłaczająca muzykę wciskającą widza w fotel. Fatalna wizja przyszłości przedstawiona w obrazach pozbawionych życia takich jak jałowe pustkowia, sterylne i zimne pomieszczenia oraz miasto tracące kolory na rzecz betonowego chłodu robią ogromne wrażenie. Wszystko to idealnie uzupełnia historię głównego bohatera, do której o dziwo Gosling, ze swoją pozbawioną atutów grą, pasował idealnie. Ci wszyscy, którzy liczyli na to, że dowiedzą się, czy Deckard był replikantem, pozostali z jeszcze większą ilością pytań. Na takie produkcje i takie przeżycia naprawdę warto czekać latami.

 

Czy w tej bajce były smoki, czyli najlepszy film fantastyczny

Do niedawna byłem fanem jedynie tego, co magiczne. Liczyły się tylko tytuły klasycznie fantastyczne. Nie mogło się więc obejść bez smoków i czarodziejów. Na szczęście po pewnym czasie mi przeszło. W przeciwnym wypadku ominęłoby mnie naprawdę mnóstwo ciekawych rzeczy, a do kina nie miałbym się po co wybierać, bo wszelakie smoki i lochy nie są tematem już tak chętnie poruszanym i w 2017 w zasadzie nie było za bardzo, z czego wybierać. Mimo wszystko trafiło się coś godnego nagrodzenia.

Miejsce 3: Sam się sobie dziwię, ale na tym miejscu wskazałbym nową Mumię”. Produkcja miała być powrotem do klasycznych filmowych straszydeł i początkiem mrocznego uniwersum Universalu. Produkcje o Draculi, wilkołaku, potworze Frankensteina czy potworze z laguny, mimo upływu dziesięcioleci, nadal pozostają w jakiś swój wyjątkowy sposób straszne. Film z Cruisem, mimo zapewnień producentów nie ma nic wspólnego z czarno-białą franczyzą. Daleko jej również do przygodowej wersji z 1999 roku. Wrzucona gdzieś niedbale pomiędzy nie, jest nie tyle kiepskim początkiem, ile niedopracowanym wcześniakiem serii. Jeżeli jednak nowej mumii nieco odpuścimy, to dostaniemy lekkie, przaśne, fantastyczno-przygodowe kino familijne, z dużą ilością średnich żartów. Może nie ma się czym zachwycać, ale na niedzielne popołudnie z prostą rozrywką nadaje się idealnie.

Miejsce 2: Liama Nessona znamy głównie dzięki temu, że okazał się fatalnym ojcem i mężem, z którym wiązanie się grozi uprowadzeniem. Okazuje się jednak, że nadrabia on jako dziadek. Chociaż młody Conor nie do końca go pamięta, jego głos oraz opowieści powracają do niego w postaci kilkumetrowego potwora, który przybywa zawsze Siedem minut po północy”. Ucieczka w fantastyczny świat wyobraźni jest dla niego ratunkiem od prawdziwego życia, w którym musi zmagać się z problemami znacznie przerastającymi jego wiek. Historie opowiedziane przez wielkiego enta pozwalają pogodzić się ze zbliżającą się śmiercią matki, a płynący z nich morał powinien trafić zarówno do dzieci, jak i dorosłych. Bayona sprawnie połączył dramat rodzinny widziany oczami dziecka z bajkowymi elementami, tworząc film, który tylko pozornie wygląda na produkcję dla dzieci. Tytuł ten jednak powinien obejrzeć każdy dorosły.

Miejsce 1: Król Artur i rycerze okrągłego stołu otrzymali przestrzeni lat już wiele wersji. Mocno uwspółcześnione interpretacje arturiańskich legend w 2017 roku mieliśmy, aż dwie. Jedna z nich, dzięki niebywałej wyobraźni Michaela Bay’a, połączyła króla z Transformerami. I chociaż, „Ostatni Rycerz”, tak jak cała seria jest moim gulity pleasure, to na miejsce w tym zestawieniu nie zasługuje. Na pierwsze miejsce zasługuje zaś połączenie klasycznej magicznej historii ze współczesną oprawą, które zaproponował Guy Ritchie. Chociaż Król Artur: Legenda Miecza”, wywołał mieszane reakcje, to dla mnie był strzałem w dziesiątkę. Sprawiające wrażenie zwykłego filmu fantasy widowisko okraszone jest montażem charakterystycznym dla kina akcji, muzyka łączy nowoczesność z oldschoolowym brzmieniem, magia, chociaż pozbawiona kolorów i płomieni, opiera się na zasadzie „im większe, tym lepsze”, a na koniec sceny walki wyglądające jak wyrwane z przesadzonych trailerów gier wideo. Taki koktajl wywołał u mnie gęsią skórkę, a jeśli ktoś się nie zgadza, niech rzuci mi wyzwanie w walce na miecze.

 

Proszę, nie ekranizujcie mnie, czyli najgorsze wersje kinowe

Czy każdemu z nas nie przydarzyło się skakanie z radości, gdy dowiedzieliśmy się, że nasza ulubiona książka, komiks czy nawet gra dostaną swoją filmową wersję? Oczekujemy z niecierpliwością na premierę, a potem okazuje się, że to, co zobaczyliśmy było zbrodnią, a w nas rośnie przeświadczenie, że reżyser i scenarzysta nie trzymali nigdy w rękach oryginału. Cóż, w tym roku też mieliśmy takie nieszczęśliwe wpadki.

Miejsce 2: Wielkim fanem historii nigdy nie byłem, a na lekcjach bezczelnie przysypiałem, nawet gdy siedziałem w pierwszej ławce. Mimo to seria gier o noszących biel asasynach miała wszystko to, czego potrzebowałem, żeby całe godzinny spędzić przy kolejnych odsłonach. Trochę skradania, dynamiczna walka, krwawe finishery, a kolejne przeskoki w czasie były spięte całość wątkiem sci-fi. Filmowy Assassin’s Creed” zupełnie o tym wszystkim zapomina. Historia skupia się na współczesnym bohaterze, a historyczne przerywniki są niedbałe, nieciekawe i pozbawione charakteru. Zupełnie jakby cały oryginalny pomysł wykręcono na drugą stronę.

Miejsce 1: Stephen King ma na swoim koncie tyle cudownych tytułów, że trudno wskazać jego najlepsze dzieło. Niektórzy wskazują „Bastion”, inni „To”. Mimo że kojarzony głównie z horrorami, autor ma w swoim dorobku naprawdę świetny cykl fantastyczny opowiadający o Rolandzie. Wieść o tym, że jego losy przeniesione zostaną na duży ekran, sprawiła, że na premierę czekałem z zapartym tchem. Zupełnie przy tym jednak zapomniałem, że coś takiego się udać nie może. Przeniesienie na ekrany kin postaci i świata, które został wykreowany na setkach stron cyklu, zakończyć mogło się powodzeniem w przypadku całej serii lub serialu. Zamiast tego mamy przykład tego, jak zrobić film nijaki. Mroczna Wieża” obdziera świat z całej niezwykłości i z pewnością nie zachęca do przeczytania książek tych, którzy jeszcze tego nie zrobili.

 

Kiedyś już to widzieliśmy, czyli najlepsze i najgorsze powroty (remake, sequele, prequele itp.)

Rok 2017 był pełen znajomych twarzy. Niektóre z powrotów powodowały gęsią skórkę i olbrzymi zachwyt, inne, były tak nijakie, że już o nich zapomniano. W przypadku tych pierwszych, w czołówce nie może zabraknąć Blade Runnera 2049″, nieco dalej za nim, kierowany przede wszystkim własną sympatią, umieściłbym fanatycznie współczesną Legendę Miecza”, ta bowiem sprawiła, że na ekrany powrócił król Artur. Powrót Gwiezdnych Wojen wywołał burzliwą dyskusję, która trwa do dziś. Ostatni Jedi”, mimo że wywołuje nawet u mnie mieszane uczucia, to nie można odmówić mu, że dostarcza dużo pozytywnej rozrywki.

Jednak, mimo że historia o łowcy androidów jest prawdziwym majstersztykiem, to jednak inny film jest dla według mnie niekwestionowanym numerem 1. Nowa wersja To”, na podstawie książki Stephena Kinga, nie jest typowym horrorem i każdy, kto chciał wyjść z kina przestraszony, miał prawo czuć się rozczarowany. Film za to jest przepiękną kompilacją klasyki kina grozy, zaczynając od roześmianego clowna, przez zombie, poćwiartowane ciała, a na roześmianym zabójcy psychopacie kończąc. Znaleźć możemy tutaj wszystko. Nie ma to jednak na celu tylko straszyć. Za sprawą świetnej dziecięcej obsady, klimatu lat 80. oraz sporej ilości zabawnych dialogów otrzymujemy świetnie wyważoną całość, w której wszystko, co najstraszniejsze w kinie połączone zostało z sympatyczną i lekką przyjazną atmosferą. Jakże to przyjemna odmiana po silących się na straszność horrorach.

Mieliśmy też niestety do czynienia z powrotami w o wiele gorszej jakości. Zdecydowana większość z nich dotyczyła kina grozy, a w kolejce do straszenia ustawiły się ikoniczne postaci. Dla Alice z „Resident Evil” walka z zombie przez ostatnie 15 lat okazała się zbyt męcząca, przez co Ostatni Rozdział”, sprawia wrażenie ciągniętego na siłę. Samara mimo burzy kruczoczarnych włosów ma dość rozpoznawalną twarz. W Rings” pojawia się jedynie na chwilę, a z fabuł płynie morał, którego twórcy najwyraźniej nie zastosowali do siebie. Robienie bowiem czegoś taśmowo nie przynosi najlepszych efektów. Kilka lat po swojej śmierci do zabawy chciał powrócić John Kremer, lecz tak jak starego psa nie nauczy się nowych sztuczek, tak nowemu naśladowcy nie wyjdą stare zagrania idola. Jigsaw” jest wyprany z kreatywności, którą mimo wszystko można było dostrzec w pozostałych „Piłach”. Swoją genezę otrzymał też jeden z najpopularniejszych operatorów piły łańcuchowej. Leatherface” na dobrą sprawę zamyka się w ostatnich 10 minutach filmu i nie wnosi sobą nic ciekawego do postaci, a ktoś taki zasłużył zdecydowanie na coś dużo lepszego. W zasadzie nijakość wypływająca z tych „strasznych” produkcji, sprawia, że trudno wskazać, który z nich był najgorszym możliwym powrotem.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *