Po fenomenalnym „Blue And Lonesome” Stonesów mam bardzo duże oczekiwania wobec albumów z coverami klasyków sprzed lat. Trzecie wydawnictwo Beth Hart i Joego Bonamassy niestety ich nie spełnia. Co nie znaczy, że uważam jego odsłuch za czas stracony.

Wokalistka bluesrockowa i gitarzysta współtworzący m.in Black Country Communion wraz z Glennem Hughesem (ex-Deep Purple), Derekiem Sherinianem (ex-Dream Theater) i Jasonem Bonhamem (syn Johna Bohnama z Led Zeppelin). Brzmi jak niezły duet, który zresztą już przy dwóch poprzednich albumach pokazał się od całkiem niezłej strony. Ich najnowsze wspólne wydawnictwo powstało według tego samego schematu – przeróbki starych bluesowych, soulowych, a nawet jazzowych utworów. Czy to źle? W żadnym wypadku, o ile muzycy podołają zadaniu i dobrze te klasyki zinterpretują. W przypadku „Black Coffe” rozstrzygnięcie tego nie jest łatwe.

Na pewno nie można zarzucić, że coś tu było robione na siłę. Na całym albumie słychać swobodną atmosferę, radość z grania i luźnego bluesa. Bonamassa jako gitarzysta bluesowy sprawdza się bardzo dobrze (choć do bluesrockowych klasyków sprzed pół wieku sporo mu, niestety brakuje), a wokalu Beth Hart, mimo sporej manieryczności, słucha się naprawdę przyjemnie. Jej mocny, niski śpiew, przypominający Janis Joplin, Tinę Turner czy Ann Wilson (notabene, wokalistkę zespołu Heart, stąd również mimowolne skojarzenia) pasuje zarówno do bluesowego jak i soulowego repertuaru. Brakuje jednak wyraźnego wkładu pozostałych muzyków, o których nie sposób powiedzieć coś konkretnego poza tym, że są i właściwie wypełniają swoje obowiązki. Wyróżnia się na plus jedynie klawiszowiec, który w kilku utworach gra ładne partie na organach Hammonda (nie bez znaczenia jest tu fakt, że uwielbiam ten instrument i zawsze go witam z otwartymi ramionami).

Najlepiej wypadają następujące po sobie „Lullaby Of The Leaves” i „Why Don’t You Do Right”, w oryginale wykonywane odpowiednio przez Ellę Fitzgerald i Peggy Lee (obie były wokalistkami jazzowymi). Tutejsze wersje zachowały łagodne, prościutkie melodie typowe dla jazzu śpiewanego, nabrały jednak bluesowego charakteru. W drugim z tych utworów pojawiają się dodatkowo instrumenty dęte i jazzowe pianino. Świetnie wypadają solówki Bonamassy, który może i mistrzem gitary nie jest, ale potrafi oczarować dźwiękami pełnymi emocji. Niewiele gorsze są pozostałe utwory z pierwszej strony – skoczny „Give It Everything You Got”, podrasowany zaskakująco pasującymi żeńskimi chórkami „Damn Your Eyes” i tytułowy „Black Coffe”, równie chwytliwy co oryginał Tiny Turner (niestety też praktycznie niczym nieróżniący się od oryginału). Na ich niekorzyść działa jedynie brak tak dobrych solówek, jak w dwóch wyżej wymienionych utworach.

Nieporozumieniem jest natomiast rozpoczynające drugą stronę wykonanie gospelowej piosenki „Saved”. Chciano chyba zagrać coś na luzie, wyszedł jednak jarmarczny zaśpiew rodem z potańcówki w remizie. Brakowało tylko wizyty Koła Gospodyń Wiejskich, które odśpiewałoby ten utwór razem z Hart. Nie przeczę, lubię czasem posłuchać czegoś takiego, ale do tego trzeba odpowiedniego podejścia. Muzycy wyraźnie nie czują takich klimatów, przez co całość wypada banalnie nawet jak na tego typu muzykę. Niepotrzebnie pojawił się też na albumie „Sitting On Top Of The World”. To fantastyczny standard bluesowy, który w każdej postaci (w tej także) wypada świetnie. Jednak słuchając tego wykonania, wciąż miałem w głowie niemożliwą do przebicia wersję Cream z 1968 roku, przy której interpretacja Hart i Bonamassy wypada po prostu… zwyczajnie. Ani Hart nie może się równać z Jackiem Bruce’em, ani tym bardziej Bonamassa z Erikiem Claptonem. „Soul On Fire” mógłby za to nie być tak przesłodzony, łatwiej wtedy byłoby docenić ładną solówkę gitarową w drugiej części. Dęciaki (mimo że delikatne) też są tu zbędne. Na szczęście „Joy” i „Addicted” utrzymują poziom z pierwszej strony – niczym nie zaskakujące, ale solidne wykonania. Pierwszy to popis Beth Hart, która pokazuje, jak dużym atutem u wokalistek może być niski głos (zero pisków i nieprzyjemnych wzlotów tonacji), w drugim zaś pojawia się fajne, choć za krótkie solo na Hammondzie.

„Black Coffe” słucha się przyjemnie i, niestety, tylko tyle. Zabrakło większego szaleństwa w tych coverach, a przede wszystkim sekcji rytmicznej, która miałaby coś więcej do roboty, niż tylko trzymanie tempa i rytmu. Brak interakcji między wszystkimi muzykami nie służy nigdy muzyce bluesrockowej. Mimo to dla kilku lepszych momentów warto sięgnąć po ten album choć raz. Najlepiej w jakiś spokojny, leniwy wieczór.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *