Recenzja

Następna stacja

Kolejna przygoda z Nessonem w roli głównej, zupełnie jak przejażdżka znaną trasą, nie dostarcza niespodziewanych wrażeń. Jeżeli się jednak przywyknie, może być przyjemnie.

Zastanawiając się, czy wybrać się na „Pasażera” odezwał się we mnie fanatyk fantasy z pytaniem: „Stary, czy z pasażerów nie wolałbyś jeszcze raz obejrzeć tego ósmego z Nostromo?”. I rzeczywiście, wolałbym. Film, w którym mężczyzna po pięćdziesiątce zamienia się w bohatera, który skacze między płonącymi wagonami, niespecjalnie mnie interesował. Jednak kilka dni po premierze Stephen King na swoim facebooku napisał, że nie ma co sugerować się oceną na Rotten Tomatoes, a produkcja łączy w sobie suspens godny Hitchcocka i Agaty Christie. Jak mógłbym nie zaufać jednemu z moich ulubionych autorów?

Michael jest kochającym mężem i ojcem oraz miłym i uprzejmym użytkownikiem transportu publicznego. Wskutek utraty pracy ze wzorowego obywatela przeradza się w przybitą i zdesperowaną osobę, która dla dobra swojej rodziny jest w stanie zrobić wszystko. Teraz wyobraźmy sobie, że podczas podróży koleją podmiejską dosiada się do nas atrakcyjna blondynka (super!), która proponuje nam drobną zabawę (genialnie!), przy której można naprawdę dużo zarobić (to się chyba nie dzieje naprawdę!). Na dodatek Michael trafia na nią akurat podczas swojego gorszego dnia (który ma zadatki na najgorszy dzień w życiu). Wiszący nad nim kryzys finansowy sprawia, że to, co wydawało mu się początkowo głupim żartem, staje się dla niego grą o przetrwanie.

Psychologiczna rozgrywka wraz z analizą postępowania człowieka w sytuacji kryzysowej, wysiadają już na pierwszej stacji. Chwilę później wjeżdżamy wraz z filmem na doskonale znany fragment trasy, a widoki za oknem, zamiast zapierać dech w piersiach, wydają się nam doskonale znane. Przez porwane statki, bomby w autobusach, węże w samolocie, po morderstwo w Orient Ekspresie, kinowa moda wsadza nas z identycznym pomysłem do kolejnego środka transportu. Tylko co pasjonującego może być w podmiejskiej kolei?

Podobieństwa do innych filmów akcji znaleźć niezwykle łatwo, trudno też dziwić się wrażeniu, że wszystko się już widziało. Nawet Liam Neeson staje się w pewnym momencie samym sobą z popularnego mema – biega z telefonem i brak jedynie słów „nie wiem kim jesteś, ale znajdę cię i zabiję”. Chociaż możliwe, że i takie słowa padły.

Żart o tym, że „Pasażer” wjeżdża na utarte tory kina akcji (i unika przy tym wykolejenia zaskakującymi zmianami tempa i kierunku) jest zbyt oczywisty. Niestety, w swojej prostocie niezwykle trafny. Chociaż kolejne stacje wydają się znajome, to kolejna produkcja z Neesonem doskonale wpisuje się w dotychczasowy dorobek aktora. Lekka i szybka akcja, połączona z nieco dramatyczną historią spełnia warunki przyjemnego kina akcji. Jeżeli do tego przymkniemy oko na naciągane rozwiązania i pomysły, staje się tytułem, który można obejrzeć dla zabicia czasu. Korzystając z okazji, posłużę się jeszcze jednym komunikacyjnym porównaniem. „Pasażer” jest niczym podróż pociągiem – jeżeli nie nastawimy się na przygodę życia, to może być naprawdę przyjemnie. Tyle tylko, że gdy się skończy, prawie natychmiast o niej zapomnimy.

Ocena: 6/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *