Recenzja

Niestrawna zupa Króla Jaszczura

Mówią, że gdy się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy. Na pewno nie cieszą się natomiast fani King Gizzard And Lizard Wizard, które w 2017 roku usilnie i bez sensu wydało aż pięć albumów.

Ostatni z nich, „Gumboot Soup”, ukazał się w Sylwestra.  Już samo to daje wyraźnie do zrozumienia, że zespół bez względu na wszystko (głównie jakość materiału) chciał po prostu spełnić swoje zeszłoroczne postanowienie i mieć krążek z opisem „piąta płyta zespołu wydana w 2017 roku”. Nie dość, że półtora miesiąca wcześniej ukazał się również wydany na szybko „Polygondwanaland”, to sama data 31 grudnia nie jest zbyt dobrym wyborem na premierę. Tego dnia większość ludzi myśli zapewne o czymś innym niż zakupy w działach z muzyką. Zamknięte 1 stycznia sklepy i bolące po imprezach głowy także raczej nie służą chęciom kupienia nowego albumu.

„Zupa z Kaloszy” (mocno  wieńczy pięcioczęściowy cykl płyt pt. „Explorations Into Microtonal Tuning”. Jak nazwa wskazuje, zakładał on eksplorowanie muzyki opartej na skalach mikrotonowych (były one jedną z podstaw muzyki Starożytnej Grecji). Świetnie zdało to egzamin na rozpoczynającym serię „Flying Microtional Banana”. Świetne melodie, wzorce czerpane z muzyki lat 60. i zmyślne wykorzystanie wspomnianych skal zaowocowało czymś bardzo oryginalnym i klimatycznym, ale też przystępnym. Niestety, kolejne części tego projektu były coraz gorsze. Na każdym można usłyszeć dużą porcję świetnych pomysłów, ale brak czasu na ich realizację dobitnie odbija się na jakości muzyki. Od ostatniego albumu z cyklu gorszy jest tylko „Sketches of Brunswick East” i to głównie dlatego, że tam grupa zabrała się za granie jazzu, co kompletnie jej nie wychodzi. „Gumboot Soup” utrzymany jest w bardziej typowej dla tego zespołu stylistyce –rock psychodeliczny pełen dziwnych aranżacji, pokręconych wokali i wpływów muzyki z różnych rejonów świata.

Coraz trudniej jest oceniać wydawnictwa King Gizzard…, bo każde kolejne coraz bardziej przypomina jeden wielki zlepek różnych dźwięków, które nie do końca się ze sobą kleją. W przypadku najnowszego dzieła grupy nie jest inaczej. Ma to służyć pewnie budowaniu mantrowego klimatu i wrażenia pozornego chaosu (jak w muzyce King Crimson). Dominuje jednak uczucie bałaganu (wcale nie pozornego) i braku kontroli nad tym, co się dzieje w przestrzeni muzycznej. Najlepszym elementem „Gumboot Soup” są wokale – prawda, że maksymalnie udziwnione i oderwane od muzyki, ale też bardzo klimatyczne i różnorodne. Jako jedyne sprawiają wrażenie, że wszystko to choć trochę trzyma się kupy, czego na pewno nie można powiedzieć o samych utworach.

Nie sposób doszukać się jakiegokolwiek wspólnego pierwiastka łączącego te wszystkie kompozycje. Na przykład zaraz po bardzo ładnym „Begginer’s Luck”, z wokalami w stylu The Beatles z okolic „Revolver” i nieco hendrixowską gitarą pod koniec, następuje dziwaczny „Greenhouse Heat Death”. Monotonia tego utworu aż boli, zaś muzycy śpiewają, jakby byli pod wpływem. To idealny przykład kompozycji niedokończonej lub po prostu nagranej na szybko, w której brak pomysłu na dobrą melodię przykrywa się masą nic niewnoszących udziwnień. Podobnie jest w „The Last Oasis”, „All Is Known” czy „Superposition” – muzycy skupiają się na udziwnionym śpiewie i aranżacjach, zapominając, że najważniejszy jest sam zamysł kompozytorski, a nie jego otoczka.

Są na tym albumie dwa utwory, które mnie naprawdę zachwyciły. Lekko funkujący, chwytliwy „Muddy Water” ze świetnie wpasowaną partią instrumentów dętych oraz „The Great Chain Of Being”, sprawiający wrażenie mocniejszej i bardziej przemyślanej wersji „Greenhouse Heat Death”. Riff jest naprawdę nośny, wokal pasuje do klimatu a melodia nie tonie pod masą niepotrzebnych dziwactw. W obydwu przypadkach dużo dobrego robi sekcja rytmiczna, która w końcu zamiast kombinować skupiła się na graniu konkretnych rytmów, narzucających charakter tym utworom. Nienajgorzej wypada też kończący całość „The Wheel”.Przy tej piosence można lekko odpłynąć, a dźwięki mające uczynić ją jak najdziwniejszą w końcu serwowane są odpowiednio subtelnie, bez zalewania słuchacza kolażem losowych dźwięków. Szkoda że nie ma tu więcej takiego grania, są za to „Down The Sink” i „i’m Sleeping In”, bezbarwne jak postacie w filmowym „Suicide Squad”.

„Gumboot Soup” to kolejny album, pokazujący jak bardzo King Gizzard And Lizard Wizard marnuje swój ogromny potencjał. Gdyby połączyć najlepsze fragmenty z trzech poprzednich albumów oraz tego, grupa mogłaby mieć na swoim koncie dwa świetne longplaye wydane w ciągu jednego roku. To, jak na ówczesne, a nawet dawne standardy, byłoby prawdziwym powodem do dumy. Zamiast tego muzycy kombinowali, jak nagrać dużo i szybko. I przekombinowali, co zresztą było do przewidzenia.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *