Recenzja

No właśnie – co dalej, panie Satriani?

 Czyżbyś przypomniał sobie, jak powinno się grać instrumentalnego rocka. Czy „What Happens Next” to tylko jednorazowy powrót do formy?

Joe Satriani to z pewnością ceniona osobistość na muzycznej scenie. Uznawany za jednego z największych wirtuozów gitary i twórców rocka instrumentalnego, nauczyciel gry na gitarze a także organizator cyklu koncertowego G3 (w jego ramach występował m.in z Ericiem Johnsonem czy Robertem Frippem). A przede wszystkim, jeden z pierwszych  i najlepszych przedstawicieli szkoły gry zapoczątkowanej przez Eddiego Van Halena, skoncentrowanej na technicznym graniu. Krótko mówiąc, trzeba grać dużo, szybko, co i rusz prezentować jakieś sztuczki i nie dać słuchaczom zapomnieć o tym, jak wiele technik się zna. Często niestety odbywa się to kosztem innych, ważniejszych dla muzyki elementów.

Przyznam, że – delikatnie mówiąc – nie jestem fanem takiego stylu. Nawet nie ze względu na jego istotę. Po prostu większość muzyków grających w taki sposób nie ma wiele do zaoferowania poza samą techniką. Sztandarowymi przykładami są Steve Vai, którego muzyka od wielu lat staje się coraz bardziej bezduszna i Yngwie Malmsteen, którego dokonania od początku kariery aż do teraz są żenujące i pozbawione jakichkolwiek śladów dobrych kompozycji. Satriani od jakiegoś czasu również zmierza w tym kierunku. Głównie dlatego, że wciąż zdaje się żyć w cieniu swojego najlepszego albumu, debiutanckiego „Surfing With The Alien”. To jeden z tych nielicznych przypadków, gdzie wymiatanie na gitarze wszystkiego, co tylko może przyjść do głowy i dobre pomysły na utwory idą w parze. Jednak to, co zdawało egzamin wtedy – i w jakimś stopniu, przez wiele kolejnych lat – z czasem nabrało kształt formuły, która powoli się wyczerpuje. Satriani coraz częściej zapomina, że w muzyce nie chodzi o popisywanie się, ale o kompozycje. Że zawsze najważniejsza jest melodia (lub świadoma rezygnacja z niej, ale do tego temu muzykowi daleko).

Tym bardziej cieszy mnie, jak pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie „What Happens Next”. Nie jest to oczywiście żadna rewelacja, sporo na tym albumie słabizny. Ewidentnie jednak Satriani wyciągnął wnioski z przeładowanego formą (bynajmniej nie treścią) „Shockwave Supernova” i trochę spuścił z tonu. Tym razem postanowił nagrać album z naleciałościami klasycznego hard rocka i funku.

Uzasadnia to również wybór muzyków. Trudno sobie wyobrazić lepszą sekcję rytmiczną do takiej muzyki. Glenn Hughes to niemalże żywa legenda hard rocka, znana głównie jako śpiewający basista Deep Purple w latach 1974-1976 oraz główna siła kreatywna przy nagrywaniu „Come Taste A Band” (najlepszy znany mi przykład połączenia hard rocka i funku). Chad Smith natomiast od prawie 30 lat bębni w Red Hot Chili Peppers, przez co również jest z funkiem mocno związany (choć ostatnimi czasy RHCP wyraźnie odchodzi od takiej stylistyki). Oczywiście wiązałem z tymi panami ogromne nadzieje, ale również obawy. Zastanawiałem się, czy czasem Satriani nie przyćmi swoich towarzyszy, jak to często ma w zwyczaju. Na szczęście nie było tak źle, jak myślałem.

Początek albumu to jeden z najlepszych kawałków Satrianiego od lat. Riff jest zaskakująco dobry, a sam gitarzysta przestał się w końcu tak bardzo afiszować się ze swoimi trikami. Rzecz jasna, musiał też przyjść czas na popisową solówkę, ale wydaje się ona być przemyślana i umieszczona w odpowiednim miejscu (co u Satrianiego ostatnio nie jest normą). Podobne wrażenie sprawiają „Catbot” i „Thunder High on the Mountain”, choć w nich gitarzysta zaczyna już kombinować. W ryzach trzymają go chyba tylko Hughes i Smith, którzy wspólnie próbują ugrać jak najlepsze melodie i naprawdę dobrze im to wychodzi. Satriani też, w przeciwieństwie do wspomnianych Vaia i Malmsteena, wciąż zdaje się mieć trochę umiaru. No i umiejętnościami z pewnością przerasta obu tych panów razem wziętych. Bębny Smitha również dobrze współgrają z całością, choć brakuje tego funkowego polotu z najlepszych albumów RHCP. W przeciwieństwie do Hughesa, Smith raczej robi za dobre tło do muzyki i nic poza tym.

Po trzech dobrych utworach niestety rozbrzmiewa wstydliwa trójca tego krążka. „Cherry Blossoms”, „Righteous” i „Smooth Soul” to balladowe kawałki utrzymane w bardzo podobnym klimacie, w których spokojne fragmenty przeplatają się z mocniejszymi. Same w sobie nie są bardzo złe (choć we wszystkich gitara mocno smęci) , ale takie kompozycje nie nadają się do grania instrumentalnego. Zbytnio są na to wykalkulowane, brak tu wyraźnej interakcji muzyków, improwizacji czy czegokolwiek zaskakującego, a nawet choćby dobrych motywów. Z tego samego powodu słabo wypada również utwór tytułowy. Aż chce się, by Hughes zaśpiewał w tych kawałkach, wyszłoby im to na dobre. Wielka szkoda, że Satriani nie skorzystał z okazji, mając u boku jednego z lepszych wokalistów dzisiejszych czasów. Zamiast tego próbuje się bawić w „śpiewającą gitarę”, średnio mu to jednak wychodzi.

Jeśli już mowa o Hughesie, to, jak zawsze, daje on świetny popis gry na gitarze basowej. Mimo upływu lat wciąż sprawnie radzi sobie z tym instrumentem. Powinien być jednak nieco bardziej słyszalny. To oczywiście kwestia indywidualnego podejścia, ja jednak jestem bardzo surowy w tej kwestii. Wychodzę z założenia, że bass powinien być na tyle dobrze wysunięty w miksie, bym nie chciał go podbijać programem lub aplikacją. A w przypadku „What Happens Next” tak robiłem. Niewątpliwie natomiast duch Hughesa unosi się nad funkującymi elementami albumu (szkoda że nie ma ich trochę więcej). Dużo pod tym względem obiecuje tytuł „Super Funky Badass” i faktycznie jest to całkiem niezły kawałek. Muzyka skoczna a pobożna, lub jak kto woli, do tańca i do różańca, podobnie jak niemal taneczny „Looper”. Nie chce mi się wierzyć, że Hughes nie przyłożył ręki do tych kompozycji.

„What Happens Next” raczej tytułu najlepszej płyty 2018 roku nie zdobędzie (delikatnie mówiąc), ale na pewno wypada lepiej niż kilka poprzednich dzieł Satrianiego. Czas pokaże, czy to wypadek przy pracy, czy świadomy krok w dobrą stronę. Nie sądzę natomiast, bym kiedykolwiek wrócił do tego albumu, a jeśli nawet, to tylko do pojedynczych utworów. Wielkie nazwiska w tym przypadku, paradoksalnie, szkodzą zamiast pomagać. Hughes i Smith grali w przeszłości znacznie lepszą muzykę (i mieli w swoich zespołach więcej do roboty), a sam Satriani także ma na koncie bardziej interesujące albumy.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *