Recenzja

R O Z _ _ A R O W A _ I E

 

Wykorzystanie starego i dobrego wisielca do rozpoczęcia gry na śmierć i życie wydawało się posunięciem prostym, ale przy tym bardzo klimatycznym. Pomysł okazał się jednak równie dobry, co wykorzystanie gry w rozbieranego pokera w filmie dla dorosłych – jaki to miało sens, skoro później i tak wszystko się waliło?

P jak Pomysł. Pudło

Grę w wisielca, pomimo jej sporej brutalności znam już od podstawówki. Jej największym atutem jest prostota. Łatwe zasady i niezbyt wysokie wymagania sprzętowe, sprawiające, że możemy grać w nią niemal wszędzie. Wystarczy partner i powierzchnia do rysowania. I chociaż niepowodzenie w grze kończy się śmiercią patyczkowatego ludzika, to zdecydowanie częściej dostarcza nam rozrywki, niż powoduje traumę. Oddanie tak prostej i niewinnej zabawy w ręce seryjnego mordercy-psychopaty jest zagraniem świetnym (bo kto powiedział, że proste pomysły nie mogą być genialne). Twórcy mieli więc mnóstwo czasu na dopracowanie całej reszty. Niestety dobre pomysły tutaj się kończą. Zamiast wyścigu z czasem i pasjonującej potyczki z przestępcą dość szybko zaczyna wiać nudą. Raczej nie wyobrażam sobie międzynarodowego turnieju w wisielca transmitowanego w telewizji. I to z prostej przyczyny: gra towarzyska po pewnym czasie zaczyna się nudzić z powodu braku dodatkowych wrażeń. Pod tym względem film doskonale oddał charakter gry, bo po kilkunastu minutach przestał być interesujący, a ja miałem ochotę zająć się już czymś innym.

B jak Bohaterowie. Pudło

Na komisariat wchodzą detektyw z problemami, policjant na emeryturze i bezużyteczna dziennikarka. Brzmi to jak kiepski żart i niestety trochę nim jest. Chociaż każde z nich ma na koncie jakąś tragiczną historię, którą w końcu poznajemy, to zupełnie brak im charakteru, są płascy i nieciekawi. Prowadzone przez nich rozmowy wyglądają jak kiepska improwizacja, a relacje prawie w ogóle nie są zarysowane. Nawet zasłużony Al Pacino niewiele sobą prezentował. Bylejakości głównych bohaterów wcale nie równoważył ich przeciwnik. Mocny, czarny charakter z pewnością wiele by zrekompensował. Nasz złoczyńca jest jednak postacią tajemniczą i nieśmiałą, o której sposobach działania nie dowiadujemy się absolutnie nic. Gdy wszystkie karty zostają odkryte, jest jeszcze gorzej, bo okazuje się, że świetnie pasuje do ścigającej go ekipy. Przebiegły bandzior jest bowiem najgorzej zmotywowanym seryjnym mordercą w historii. Do tak byle jakiego filmu nie mógł pasować lepiej. Może to nawet dobrze, że nie musieliśmy go oglądać więcej.

H jak Historia. Pudło

Mimo szczerych chęci na urozmaicenia policyjnych kartotek, nasz mistrz gry całkowicie zapomniał o tym, że dobra zabawa polega na rywalizacji. Dla mordercy gra kończy się na namalowaniu przy ofiarach szubienicy z kolejną literą hasła. Próżno szukać nam liścików, wskazówek, zadań czy zagadek dla policjantów. Wyraźnie brakowało czegoś, czym mogliby się zająć, zamiast wymieniać ze sobą kiepsko napisane dialogi. Psychopata albo był całkowicie pozbawiony wyobraźni, albo miał w sobie coś z niefajnego dzieciaka, który musi oszukiwać, żeby wygrać. Zapytacie więc co w takim razie działo się przez ponad 90 minut filmu? Dziesięcioliterowe hasło mogło sugerować przybliżoną liczbę ofiar, co dawałoby spore pole do popisu. Film staje się jednak tak schematyczny, a praca policjantów na tyle fatalna, że pozbawieni jesteśmy poczucia jakiejkolwiek dumy z naszych własnych obserwacji i wniosków. Bo byłoby to jak radość z pokonania dziecka. Co więcej, nie chciałbym, aby taki duet detektywów jechał mi na ratunek. Pamiętacie jak McClane, w „Szklanej Pułapce 3”, musiał grać w „Simon mówi…” z Gruberem? Aby wypełnić zadanie, na pełnym gazie przejechał przez park, nie zważając na to, że komuś może stać się krzywda. W tym przypadku główni bohaterowie, domyślając się gdzie i kiedy umrze następna osoba, nie dość, że na miejscu podjeżdżają o określonej godzinie, to jeszcze uważają, że mają czas na rozmowę w samochodzie. Z kursu pierwszej pomocy na pewno pamiętali o złotych 4 minutach, więc po co się śpieszyć, ofiara ma jeszcze trochę czasu.

K jak Klimat. Pudło

Wszystko zaczęło się dość obiecująco, od wyrysowanego na szkolnej tablicy zaproszenia do gry. Niestety, męczący panów problem z dochodzeniem i powtarzalność ruchów zepsuły cały klimat. Posuwając się krok za krokiem zaraz za mordercą (z powodu ociężałości bohaterów raczej pół kilometra za nim) kolejne pomieszczenia z przygaszonym światłem, zamiast wprowadzać przejmujący i nieprzyjemny klimat, stają się tylko kolejnymi pokojami, przez które jedynie przechodzimy wraz ze spóźnionymi detektywami. A tajemniczość? Zabójca jest tak wielką niewiadomą, że jego pojawienie się na końcu miałem ochotę skwitować słowami: „Skończyłeś? Czyli mogę sobie już iść?”

Posługiwanie się wyeksploatowanymi schematami i zawierzanie im tylko na zasadzie „bo kiedyś to już się sprawdziło” jest irytujące. Nie wyobrażam sobie jednak filmu o zwyrodniałym (i niejednokrotnie charyzmatycznym) złoczyńcy bez obserwowania historii z jego perspektywy. Możliwości poznania jego systemu wartości czy motywacji poprzez słuchanie monologów skierowanych do przyszłych ofiar. Odkrywania jego słabości, zwyczajów czy natręctw. Czegokolwiek, co pozwoliłoby nam się go obawiać. W „Hangmanie” nie jesteśmy widzami, którzy widzą więcej. Wiemy tyle samo co detektywi, czyli w sumie ***** wiemy.

R jak Rozczarowanie. Trafiony

Nawet twórcy tak prostych w zamyśle produkcji, jak „Piła” wiedzą jak duże znaczenie ma czarny charakter. Brak ciekawych postaci i fatalnie poprowadzona historia tworzą idealnie byle jaki obraz. Po jego obejrzeniu doszedłem do wniosku, że o wiele ciekawszy byłby materiał dokumentalny z pracy drogówki. Prosty pomysł, który mógł być kluczem do sukcesu, okazał się jedynym ciekawym punktem programu. Zamiast rozegrać na naszych oczach pasjonującą partię, w której liczy się każda sekunda, twórcy przedstawili dowód na to, że z gry w wisielca można wyciągnąć rozrywkę na zaledwie kilka minut.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *