. Kultura

Szwedzki duch nawiedza amerykańskie sceny

Nie mam pojęcia, w imię czego muzycy Ghost tak bardzo się poświęcają. Wiem natomiast, że koncert z albumu „Ceremony And Devotion” to faktycznie wspaniała ceremonia.

Niezbyt chętnie słucham współczesnych rockowych koncertówek, głównie ze względu na panujące od dekad standardy występów (skupienie na jak najwierniejszym odegraniu utworów, brak improwizacji, małe szanse na jakiekolwiek zaskoczenia). Niedawno wydany „Ceremony and Devotion”  należy jednak do tych wyjątków, którym warto poświęcić uwagę, i to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na zaplanowane wydanie DVD tego albumu, dobrze jest się przyjrzeć nagraniom w wersji audio, skoro zespół postanowił je udostępnić parę tygodni wcześniej. Po drugie, mowa tu o jednej z najlepszych i najbardziej oryginalnych grup ostatnich dwudziestu, a może nawet trzydziestu lat. Ghost wykształcił z miejsca rozpoznawalny styl, łączący doommetalowe gitary, popowy wokal i psychodeliczne klawisze.

Z pozoru tak różne stylistyki tworzą razem mieszankę wybuchową, która nie powinna mieć prawa się udać. Jednak każdy album Ducha udowadnia, że tak nie jest. Wręcz przeciwnie, wszystkie te elementy idealnie się uzupełniają, w czym duża zasługa samych muzyków. Z jednej strony instrumentaliści siłą rzeczy grają jak najbardziej melodyjnie, by współgrać z wokalem, z drugiej zaś śpiew Papa Emeritusa musi być odpowiednio posępny i niski, by nie odstawać od mrocznej muzyki. Pierwszy oficjalny album koncertowy Ghost pokazuje, że to połączenie równie dobrze sprawdza się w studiu, co na scenie.

„Ceremony And Devotion” to jedna z tych koncertówek, które można określić mianem „Greatest hits na żywo”, a przynajmniej niewiele jej do tego brakuje. Trudno zresztą, żeby było inaczej, skoro każdy utwór Ghost to potencjalny przebój z bardzo chwytliwą melodią. A na żywo zespół wypada jeszcze lepiej niż w studiu, o czym daje znać już rozpoczynający album „Square Hammer” – dobry wybór na otwieracz, lepiej wpadającego w ucho kawałka Ghost chyba do tej pory nie stworzył, a zagrany na żywo brzmi jak wzorcowy popowy przebój. Dalej zazwyczaj jest równie dobrze lub nawet lepiej. Niewiele utworów w tutejszych wersjach wypada gorzej wykonawczo od swoich pierwowzorów. Czarnym koniem całości jest „He Is”, w którym Papa Emeritus, z niewiadomych przyczyn, wokalnie niedomaga. W stosunku do studyjnej wersji brakuje również pięknego klawiszowego tła, niezbyt skutecznie zastępowanego przez gitarę. To jednak jedyny taki rodzynek na tym albumie.

Nie ma sensu rozpisywać się oddzielnie o każdym z tych wykonań, bo wszystkie kawałki odegrane są możliwie wiernie w stosunku do wersji studyjnych. Jeśli już się czymś różnią, to drobnymi niuansami, które częściej zdają się wynikać z przypadku niż świadomej decyzji muzyków. Tym bardziej jestem zdziwiony, jak dobrze mi się tego słuchało. Najbardziej zachwycił mnie jak zwykle głęboki, charyzmatyczny głos Tobiasa Forge’a (zwanego Papa Emeritusem), ale pozostali muzycy też radzą sobie świetnie. Szkoda, że na koncertach nie dają się trochę ponieść, bo takie „Ritual”, „Per Aspera Ad Inferi” czy „Cirice” aż proszą się o jakieś ciekawe rozwinięcie. Troszkę drażniło mnie też zbyt wygładzone brzmienie, podkreślające bardziej popową stroną Ghost, kosztem potężnych riffów z wersji studyjnych. Przesadzono też z wyciszeniem publiczności, której – poza pojedynczymi fragmentami, praktycznie nie słychać. Trochę nie przystoi to albumowi koncertowemu, zwłaszcza że słychać (zwłaszcza w „Monstrance Clock”), że ludzie bawili się świetnie. Może warto byłoby jednak to bardziej pokazać.

Oczywiście, dobór repertuaru nie jest idealny, i wątpię, by dla kogokolwiek był. Ghost ma na koncie tyle świetnych piosenek, że zawsze będzie jakiejś brakować w tego typu zestawach. Mnie do pełni szczęścia brakuje przede wszystkim „I Believe”, wspaniałego coveru dyskotekowego utworu grupy Simian Mobile Disco. W wersji Ghost jest to przeurocza, klawiszowa ballada, i taki delikatny kawałek byłby idealną odskocznią od gitarowych czadów, które wypełniają tę koncertówkę. Wyrzuciłbym też z repertuaru nielubiany przeze mnie „Body And Blood” (wyjątkowo banalny i zbyt pogodny jak na Ghost) i w to miejsce wstawił któryś utwór z EPki „If You Have”. Jako jedyna z dyskografii grupy nie ma tu swojej reprezentacji, a wielka szkoda (najlepiej nadawałby się cover „If You Have Ghost Rocky’ego Ericksona). Ogółem jednak wybór utworów bardzo mnie zadowala, bo pokazuje wszystkie oblicza grupy – najbardziej pogodne (z „Infestissumam”), najmroczniejsze (z „Meliora”), jak i te pomiędzy (z „Opus Eponymous”).

„Ceremony And Devotion” ma pewne uchybienia, mimo to nie żałuję ani chwili z 72 minut, które przeznaczyłem na jego odsłuch. Ta muzyka jest po prostu stworzona do grania na żywo. Z pewnością warto mieć na uwadze wersję DVD tego albumu. Mnie natomiast te nagrania przekonały, że powinienem poważnie rozważyć udanie się na koncert Ghost, kiedy znów będzie występować w Polsce.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *