Teoretycznie odkrywanie nowych, nawet niszowych grup powinno być znacznie łatwiejsze w dobie Internetu niż kiedyś. Jednak mnogość zespołów, gatunków i podgatunków a także trudności z wymyśleniem nowej, łatwo rozpoznawalnej nazwy czy znalezieniem własnego brzmienia sprawiają, że w praktyce wciąż trudno się przebić.

To cofa sytuację do punktu wyjścia i nowym grupom ­­­­­­­­­­­ ­­­­­­­­­­zwłaszcza tym tworzącym muzykę daleką od mainstreamu wciąż niełatwo jest dotrzeć do szerszego grona słuchaczy. Jednym z takich zespołów, a przy tym niewątpliwie wartym uwagi, jest szwedzki zespół Fire! (wykrzyknik jest integralną częścią nazwy). Tworzą go: saksofonista Matts Gustafsson, basista Johan Berthling i perkusista Andreas Werliin. Najstarszy stażem (a także wiekowo) z całej trójki jest Gustaffson (nagrywa od początku lat 90.), ale pozostali muzycy również mają już wieloletnie doświadczenie. Co ciekawe, Fire! nagrywa także albumy sygnowane szyldem Fire! Orchestra, na których dodatkowo zespołowi towarzyszą big bandy oraz wokaliści jazzowi. Jednak „The Hands”, bohater tej recenzji, to album nagrany w standardowym, trzyosobowym składzie.

Muzyka na „The Hands” bywa określana jako free jazz. Według mnie jest to jednak mocno na wyrost. Utwory są raczej zwarte i niewiele słychać tu tego free-jazzowego szaleństwa znanego z albumów Johna Coltrane’a, Ornette’a Colemana czy choćby „Fourth” Soft Machine. Czy to źle? W żadnym wypadku. „The Hands” to po prostu kawał świetnie zagranego, urockowionego jazzu, z wielką klasą hołdującego awangardowym formom tego gatunku.

Już od pierwszych chwil słychać, że muzycy mają odpowiednio duże umiejętności do takiego grania, zarówno kompozytorskie jak i wykonawcze. Rozpoczynający album utwór tytułowy to bardzo porywające otwarcie. Nieco atonalne brzmienie saksofonu na tle mantrowej gry przesterowanego basu i mocnej perkusji przywodzi na myśl dokonania Soft Machine z okolic „Third”. Następujący po nim „When Her Lips Collapsed” jest utrzymany w tym samym klimacie. To już jednak wolniejszy, bardziej stonowany utwór. Jedynie saksofon wciąż jest tak samo, jeśli nie bardziej, agresywny i „brudny”. Jego piękno jest jednak ukryte głębiej, w samym sposobie gry Gustaffsona. Jego partie są, owszem, wręcz nachalne i bezczelne, ale przy tym bardzo kreatywne i uduchowione (szkoła późniejszych albumów Johna Coltrane’a). Przy pierwszym podejściu mogą być przytłaczające, jednak z każdym kolejnym odsłuchem zyskują coraz więcej . Uwagę zwraca także wzajemna interakcja muzyków (są świetnie ze sobą zgrani i po prostu czuć, że wspólne granie sprawia im przyjemność) oraz, niestety, nienajlepsza produkcja. To już znak naszych czasów, że wszystkie instrumenty nagrywa się na podobnym, jak najwyższym poziomie głośności, a całość często poddaje jeszcze kompleksowej kompresji. Nie jestem i nigdy nie będę zwolennikiem takich praktyk, gdyż wolę naturalne brzmienie. „The Hands” nie osiąga wprawdzie pod tym względem masy krytycznej, ale jest jednak zdecydowanie za głośno. Słychać przez to zanik dynamiki i wrażenia rozchodzenia się dźwięku w przestrzeni w naturalny sposób. Na szczęście zarówno dwie wspomniane, jak i pozostałe kompozycje, bronią się same.

„Touches Me With The Tips Of Wonder” to już utwór innego typu – cicha, ponura ballada w klimacie dark jazzu. Basista oprócz podstawowego rytmu tworzy jedynie jednostajne tło, zaś gra perkusisty ogranicza się do delikatnych uderzeń, które idealnie wpasowują się w nastrój całości. Gra Gustaffsona także jest tu wyjątkowo cicha i spokojna, a przy tym wciąż piękna (tym łatwiej jest to dostrzec). Głębia tego utworu jest tak wciągająca, że nie sposób w nią nie wsiąknąć na te kilka minut. Tę ciszę i spokój brutalnie jednak zakłóca „Washing Your Heart In Filth”. To kolejna dynamiczna kompozycja oparta na krzykliwym saksofonie i tym razem wyraźniejszej, nieco plemiennej grze sekcji rytmicznej. Ten utwór ma akurat nieco wspólnego z free jazzem, przede wszystkim niemelodyjność, choć moim zdaniem tylko pozorną. Melodia jest obecna, jednak ukryta pod wysuniętą na pierwszy plan grą Gustaffsona, która brzmi tu bardziej inwazyjnie i krzykliwie, niż gdziekolwiek indziej na tym albumie. Co nie znaczy, że to zły utwór, a wręcz przeciwnie. To kolejny pokaz świetnej współpracy między instrumentalistami. W „Up And Down” zespół po części powraca do schematu z utworu tytułowego – ostre partie saksofonu, dla których tłem jest świetny, jednostajny rytm. Tym razem jednak obowiązek jego utrzymania bierze na siebie wyłącznie basista, natomiast Werliin pokazuje pełnię swoich umiejętności w grze na perkusji. Jego intensywna gra momentami wysuwa się wręcz na pierwszy plan, podejmując coś w rodzaju dialogu z saksofonem. Momentami ociera się to o lekki chaos.Ponownie jednak całość jest zbyt krótka, zwarta i poukładana, by móc uznać to za free jazz, a co najwyżej kompozycję z lekkimi jego naleciałościami. Być może to tylko moje wrażenie i po prostu kontakt z najbardziej odjechanymi dziełami Johna Coltrane’a tak mnie znieczulił.

„To Shave The Leaves. In Red. In Black” to chyba najciekawszy punkt tego albumu. Niespieszny, improwizowany utwór przez 9 minut hipnotyzuje swoim klimatem i wspaniałymi partiami saksofonu Gustaffsona. Pomijając ballady, to właśnie tu jego gra jest najbardziej przystępna, choć wciąż może być trudna w odbiorze. Jednak po przebrnięciu przez wcześniejsze utwory i oswojeniu się z tym brzmieniem, odsłuch „To Shave The Leaves. In Red. In Black” nie będzie sprawiał kłopotu, a jedynie czystą przyjemność. Niezłym zwieńczeniem całości jest „I Guard Her To Rest. DeclaringSilence.”– spokojna ballada w stylu „Touches Me With The Tips Of Wonder”, jednak nie tak przytłaczająca. Swoim klimatem przywodzi raczej na myśl kino noir i bardzo dobrze sprawdziłaby się jako ścieżka dźwiękowa do filmu w takim stylu. Jako samodzielny utwór również daje radę, choć moim zdaniem to właśnie „To Shave The Leaves. In Red. In Black” najlepiej nadawałby się na koniec. Gdyby dwie ostatnie ścieżki zamienić miejscami, układ byłby idealny.

Choć jazz najlepsze lata ma dawno za sobą, to na szczęście wciąż ma sporo do zaoferowania. „The Hands” to jeden z najlepszych nowych albumów, jaki dane mi było przesłuchać ciągu ostatnich kilku miesięcy. Z jednej strony wirtuozerski wykonawczo, z drugiej miażdżący swoim brzmieniem. Można powiedzieć, że to jazz dla heavy-metalowców. Nie jest to muzyka łatwa, ale do najtrudniejszych odmian jazzu również jej daleko. Zachęcam przynajmniej do tego, by nie dać się wystraszyć łatce „free jazz”, jaką czasem mu się przypina. Nie jest go tu wiele, a można stracić przez to możliwość posłuchania czegoś naprawdę ciekawego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *