Kat(harsis)astrofa

Katharsis – według Arystotelesa jeden z najważniejszych celów sztuki, wywołanie u widza (bądź słuchacza) silnych doznań, by następnie pod koniec go z nich oczyścić. Najnowszy album Machine Head, tak właśnie zatytułowany, faktycznie wzbudził we mnie wiele emocji (gorycz, złość, postępujące rozczarowanie, żartobliwie rozumiane cierpienie), żadnego oczyszczenia jednak nie doznałem. Co najwyżej uczucia ulgi, gdy udało mi się dotrwać do końca

Od zawsze kojarzyłem Machine Head z nieciekawym zespołem grającym mieszankę groove i thrash metalu, który nawet lata temu nie był w stanie czymkolwiek mnie zainteresować (już wtedy znałem Panterę, która grała podobnie, a dużo lepiej). Na „Catharsis” do tego wszystkiego dołączyły wpływy nu metalu (grupa grała w tym stylu w latach 1999–2001), które kompletnie zrujnowały szanse na nagranie czegoś dobrego. Efektem jest album rozczarowujący nawet jak na Machine Head, mający więcej mankamentów niż jakikolwiek poprzedni.

Do przesłuchania całości może zniechęcić już sam początek, który jest po prostu kuriozalny. „Volatile” rozpoczyna się słowami „Fuck the world”, wykrzyczanymi przez Roberta Flynna. Jednak w ustach wokalisty Machine Head wydźwięk tego okrzyku jest równie mocny, co u „zbuntowanego” gimnazjalisty, który nie dostał zwolnienia z WFu. A to tylko zapowiedź infantylizmu, który towarzyszy słuchaczowi przez cały album. Winny temu jest głównie sam Flynn, który w większości utworów konsekwentnie odmawia śpiewania w normalny sposób. Zazwyczaj na zmianę albo się wydziera, albo serwuje pseudo-klimatyczne jęki i pomruki, przy których momentami można parsknąć śmiechem.

Z agresją nie idą jednak w parze dobre utwory. Co gorsze, muzyków bardzo poniosło z ilością materiału. 15 kawałków rozłożonych na 75 minut to zwykle nie jest dobry znak. Nie sposób przy tym podzielić te utwory na jakieś kategorie, gdyż większość oparta jest na tym samym, ogranym do bólu schemacie – bum, bum, bum na perkusji, dylu, dylu na gitarze, zwrotka, refren, riff, solówka i tak w kółko. Wszystko to zlewa się w jednego, wielkiego molocha, który ciągnie się w nieskończoność. Fakt, że raz jest bardziej thrashowo, a raz bardziej numetalowo niewiele tu zmienia. Jeśli już pojawiają się tu i ówdzie jakieś smaczki, to z reguły nijak mają się one do reszty utworu i są tylko zbędnymi (zazwyczaj) dodatkami. Mnie osobiście najłatwiej było zapamiętać te najśmieszniejsze, np. klaskanie rodem z przeboju Rubika na początku „Kaleidoscope”, któremu towarzyszy irytujące skandowanie Flynna. Po co to komu? Sam chętnie bym się dowiedział.

 Pod względem kompozytorskim jest naprawdę źle. Prawie żaden z mocnych, szybkich utworów, które tu dominują, nie ma ani dobrego riffu, ani tym bardziej melodii. Wszystkie zdają się być zagrane na jedno kopyto bez jakiegokolwiek zamysłu, a wszechobecna agresja tylko pogłębia to wrażenie. O takich utworach zazwyczaj mówi się, że jednym uchem wlatują, a drugim wylatują. W tym przypadku nie miałem do czynienia nawet z pierwszym członem tego określenia. Mimo wszystko, da się wygrzebać z tego zestawu parę piosenek wartych wyróżnienia. W „Bastards” zespół wykonuje zaskakujący zwrot w stronę popu (i w porównaniu do bezmyślnego nawalania w „Volatile” czy „California Bleeding” przyjąłem to z otwartymi ramionami). W utworze tytułowym ostre łojenie przeplata się łagodniejszymi, wzniosłymi fragmentami z czystym (rzadkość), choć trochę zbyt wysokim śpiewem Flynna. Te utwory trochę wyróżniają się na tle całości. Nie dlatego, że są bardzo udane. Po prostu nie są aż tak złe jak większość tej płyty i da się w nich dosłyszeć jakieś ślady melodii. Można wskazać jeszcze intro „Heavy Lies The Crown”, kojarzące się z muzyka filmową, ale reszta to już typowa nużąca łupanka.  Kończący całość „Eulogy” był próbą stworzenia spokojnego, klimatycznego utworu, wyszło jednak nudno i pretensjonalnie (po co te kobiece chóry w tle?). Podejrzewam też, że wiele osób może nie dotrwać do końcówki, znużona monotonią tego materiału.

Prawdziwym skarbem jest natomiast „Behind The Mask”, jedyny naprawdę udany utwór na „Catharsis”. Aż trudno uwierzyć, że udało się pośród takiej słabizny umieścić coś tak dobrego. To akustyczna ballada z piękną melodią i ciekawym rozwinięciem w postaci gitary grającej w latynoskim stylu. Świetnie wypada również delikatny wokal Flynna, po którym na tym etapie nie spodziewałbym się tak melodyjnego śpiewu. Dlaczego tak rzadko śpiewa w taki sposób zamiast wrzeszczeć w niebogłosy – pozostanie dla mnie tajemnicą. Jest to jednak, co tu dużo ukrywać, jeden utwór spośród piętnastu. Żeby chociaż był to koniec albumu. Niestety, muzycy Machine Head najwidoczniej nie znają umiaru i postanowili zepsuć tę namiastkę dobrego wrażenia kolejnymi pięcioma utworami. O „Heavy Lies The Crown” i „Eulogy” już wspominałem, zaś „Psychotic”, „Grind You Down” i „Razorblade Smile” to kolejny kwadrans metalowej sztampy, która nawet fanom tego gatunku nie ma nic do zaoferowania.

To wszystko składa się na przydługą, nudną wydmuszkę, której brakuje czegokolwiek ciekawego (na dodatek zmarnowano na niej naprawdę świetny utwór). Przy pierwszym odsłuchu trudno wręcz wychwycić tę pustkę. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi, potrzeba co najmniej dwóch podejść, by usłyszeć, jak niewiele jest tu treści, prawdziwej muzyki i dobrych pomysłów. Jednak osobiście kategorycznie odradzam. Żadna z 75minut, jakie trzeba by na to poświęcić, nie jest tego warta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *